Connect with us

Publicystyka filmowa

RĘCE OPADAJĄ, czyli FILMOWE ROZCZAROWANIA 2018

RĘCE OPADAJĄ to przegląd filmowych zawodów 2018 roku. Odkryj, które tytuły zawiodły nas najbardziej, a które miały potencjał!

Published

on

RĘCE OPADAJĄ, czyli FILMOWE ROZCZAROWANIA 2018

Skoro były już „ochy i achy” na temat tegorocznych premier kinowych, to teraz przydałoby się również kilka z nich zbesztać. W końcu nie każdy film jest w stanie nas „kupić”, nierzadko żałujemy też, iż w ogóle przyszło nam za nie zapłacić. I nawet jeśli nie są to dokumentnie złe produkcje, a bywa, że i wręcz przeciwnie, to jednak nie ma co ukrywać faktu, iż w taki czy inny sposób mocno nas rozczarowały. Oto wybrane przykłady takich filmowych przygód z 2018 roku.
Advertisement

A was co zawiodło? Komentujcie!

Pomniejszenie

Bardzo ciekawy koncept miniaturyzacji społeczeństwa jako rozwiązania przeludnienia i innych problemów współczesnej cywilizacji. Niestety ten Kingsajz XXI wieku szybko traci na siebie pomysł, a rozwleczona do granic historia rozczarowuje zawartością, jak i wykonaniem, które poza kilkoma nad wyraz dużymi rekwizytami zamienia się w przeciętny dramacik, jakich wiele. Po tym reżyserze, po tej obsadzie i po samym pomyśle wyjściowym można było oczekiwać o wiele więcej. A tymczasem jedynym, co zostaje w głowie po seansie, jest wizerunek łysego Matta Damona. Całość jest zupełnie jak mająca nastąpić w jednej ze scen filmu eksplozja, która ostatecznie okazuje się tylko małym pierdnięciem.

Czarna Pantera

Ponad miliard dolarów wpływów i zalew optymistycznych recenzji to w tym wypadku jawny wpływ politycznej poprawności i solidarności czarnej społeczności szturmującej kina. Szkoda, że nie było tak różowo w latach świetności blaxploitation, wtedy może ta przeciętna w ogólnym rozrachunku odsłona marvelowskiego uniwersum nie byłaby traktowana jak objawienie, lecz jak film niespełniający oczekiwań. Leży tu bowiem praktycznie wszystko – od fatalnych efektów specjalnych, przez mało zajmującą intrygę, po kompletnie niewykorzystany (i mdły) świat Wakandy i jego postacie, z których i tak najlepiej wypada. .. biały facet, w dodatku zły. A wszystko to przewidywalne od góry do dołu. Nie jest to może produkcja tragiczna, ale do miana „super” z pewnością dużo jej brakuje.

Advertisement

Kształt wody

Szacun dla Guillermo del Toro, że w czasach na maksa wymuskanych filmideł od Disneya potrafił za zaledwie dziewiętnaście baniek (!!!) stworzyć bajkę z kategorią R, gdzie już pierwsza scena to radosna masturbacja. Generalnie to taka wielce naiwna baśń dla nieco starszych dzieci – taka, w której nikt nie udaje, że ludzie nie krwawią i nie klną, pozbawiona miliarda odniesień do popkultury i ciętych ripost, a przy tym pozwalająca zapomnieć się na te dwie godziny. Mało odkrywcza i do Labiryntu fauna niemająca startu, ale zrealizowana z podobną klasą i będąca niezłą alternatywą dla codziennego repertuaru. Szkoda jedynie, że całość uszyto na tyle grubymi nićmi i owinięto zbyt letnimi emocjami, aby można się było jakkolwiek przejąć. Idealnie punktuje ją zresztą poniższy mem:

Lady Bird

Ponownie dużo było nad tym projektem zachwytów (aż pięć nominacji do Oscara!) i raz jeszcze nie wiadomo dlaczego. Podobnych opowieści o młodzieńczym buncie i atrakcjach dorastania było już mnóstwo i Panna Ptasiek nie proponuje absolutnie nic, czego wcześniej nie zrobiłby lepiej chociażby John Hughes. Zresztą podświadomie reżyserka parę razy go cytuje, podobnie jak przemyca do fabuły nijak nieprzystające do niej, wybitnie allenowskie wtręty, które w ustach nastolatek brzmią co najmniej dziwnie.

Advertisement

To z jednej strony film hipsterski aż do przesady (nawet pseudo głównej bohaterki jest na zasadzie „bo tak i już”), a z drugiej pozbawiony jakiegoś wyjątkowego klimatu czy spojrzenia na świat. Nawet chwalone przez krytyków Sacramento jest tu tylko tłem bez wyrazu i, co gorsza, bez charakteru. Generalnie stany mocno średnie. Taka tam „szósteczka”. I to nawet bez plusika.

Ciche miejsce

Niektórzy sugerują, że to „horror roku“. Wtóruje im w tym duży sukces finansowy (aczkolwiek mało który film z tego gatunku się nie sprzedaje, zwłaszcza biorąc pod uwagę śmiesznie niskie koszty). A dla mnie to jeden z najgłupszych straszaków, jakie widziałem. Jasne, punkt wyjścia ma naprawdę dobry i przez pierwsze minuty intryguje tą swoją niewygodną ciszą. Ale sam trick, na którym oparto całą fabułę, szybko zaczyna męczyć swoją powtarzalnością. Historia oraz świat przedstawiony są zupełnie nieprzemyślane, akcja nie ma żadnej konsekwencji i wypełniona jest schematami, które dosłownie robią z widza debila (przykładem jest tu naprawdę co druga scena), a bohaterowie.

Advertisement

.. nie myślą. Także finał woła o pomstę do nieba, wprost przepoczwarzając się w kino klasy Z. Generalnie jest to twór, w którym mało co się do siebie dodaje. Dlatego niesiony prostymi emocjami zwyczajnie nie działa. Za to nudzi. I śmieszy. Chyba nie o to chodziło.

Avengers: Wojna bez granic

Zmęczenie superbohaterskiego materiału jest w tym filmie wręcz ewidentne. Niby pierwszej klasy widowisko, które odpowiednio gra na emocjach nagromadzonych przez ostatnią dekadę. Ale ciągłe okładanie się po pyskach, kolejne sojusze i rozpady zaczynają nużyć gdzieś w połowie, podobnie jak natłok postaci. Nie pomaga też fakt, że ciekawszy od wszystkich obecnych na ekranie herosów jest ich główny przeciwnik, któremu w pewnym momencie zaczyna się wręcz kibicować, a którego twórcy wyposażyli także w moce pozwalające na zakończenie tytułowej wojny w pięć minut. A mimo to film trwający dwie i pół godziny zdaje się de facto nie mieć granic.

Advertisement

To wszystko sprawia wrażenie wielkiego hałasu o nic. W teorii dobre kino komiksowe, w praktyce stara się zbyt dużo naraz osiągnąć, ostatecznie niewiele dając w zamian. Także w kwestii końcowego wzruszenia, na które reagują jedynie ramiona.

Zimna wojna

Nie jestem hejterem filmu Pawła Pawlikowskiego. To już od samej strony technicznej rzecz godna uwagi. I doskonale zagrana jeśli idzie o główną rolę żeńską – z czym nie można się kłócić. Jest to więc dzieło będące swoistym objawieniem na skalę europejską. Jeśli jednak zapomnimy na chwilę o rewelacyjnej Joannie Kulig; gdy przymkniemy oko na czarno-białe, nie wiedzieć czemu ponownie zamknięte w ciasnej formie kwadratu zdjęcia Łukasza Żala oraz machniemy ręką na całą tę artystyczną otoczkę, to… nie zostaje nam wiele. Fabuła jest pretekstowa i mało przejmująca, daleka zarazem od historycznego przepychu i efektowności sugerowanej przez tytuł oraz czasy, w których ją osadzono.

Advertisement

Nie emocjonuje, bo nie ma głębi, a po jej kolejnych epizodach dosłownie się prześlizgujemy – jakby twórcy znowu, podobnie jak w przypadku Idy, nie mieli pomysłu na pełny metraż, ale mimo to kurczowo trzymali się tej formy prezentacji. To zatem kino solidne, ale dalekie od pożądanej wybitności. Szkoda.

Mission: Impossible – Fallout

Najgorsza część serii. Przekombinowana, niezgrabna i bełkotliwa mieszanka stylistyczna, pełna skopiowanych z innych filmów scen (a przecież dotychczas to M:I wyznaczało na tym polu standardy). Ponowny angaż tej samej ekipy zaowocował filmem brzydkim formalnie, chaotycznym fabularnie i po prostu… męczącym. Widowiskiem pozbawionym energii, choć akcja pędzi w nim na złamanie karku. Film idealnie podsumowuje błaha chwila, kiedy to jedna z pań impulsywnie całuje Cruise’a w usta.

Advertisement

Czyni to jednak w tak gówniarski wręcz sposób – nieprzystający do jej pozycji i charakteru – że trudno w ogóle się tym przejąć. Takie jest też cały Fallout – to nieudolnie udający dorosłe kino szczeniacki wybryk. Rzecz niebezpiecznie bliska parodii nie tylko samego cyklu, lecz także gatunku w ogóle. To wszystkie grzechy współczesnych blockbusterów zamknięte w dwóch i pół godzinie. Pozostaje liczyć na to, że gorzej już nie będzie. To w końcu… niemożliwe.

Bonus: Nić widmo

Swego czasu umieściłem ten film wśród najlepszych tego roku. Swoje zdanie podtrzymuję, aczkolwiek trudno mi się na dłuższą metę nim totalnie zachwycać. Jest zbyt zimny i czegoś ewidentnie w nim zabrakło do perfekcji i kompletności wizji wcześniejszych dzieł reżysera. Nie zawiódł mnie tak zupełnie, ale też nie mogę pisać o pełnej satysfakcji. Zatem ani tam (zaskoczenia), ani tu (rozczarowania) nie pasuje – ot, tytuł środka.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *