Zestawienie

Najbardziej ROMANTYCZNE filmy SCIENCE FICTION

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Dla podobnych zestawień kluczowe jest, by założyć, jak w ogóle traktujemy gatunek science fiction. Osobiście kocham ten rodzaj kina, lecz powątpiewam w naturalną czystość i trwałość fantastyki naukowej, która wraz z mijającym czasem zmienia się o wiele bardziej niż inne typy kina, na przykład dramat czy sensacja. Część produkcji science fiction po prostu w końcu przestanie nim być i zmieni się najczęściej w zwykłe akcyjniaki. Szerzej wyjaśniłem, o co mi chodzi, w tekście Fantastyka na gumowych tranzystorach. W poniższym zestawieniu ta teoria jest o tyle ważna, że dotyczy filmów sci-fi z wyraźnymi elementami melodramatycznymi. Część z nich ma więc szansę za 50 czy 100 lat przemienić się w mniej lub bardziej dramatyczne i psychologiczne obyczaje. A fanowska nerdoza będzie rwać sobie włosy z głowy, bo jakże to. A tak, że jak wiemy z historii powszechnej, dziejowe przemiany kulturalne nie są zależne od naszej woli, zmysłu estetycznego i teraźniejszych przekonań ideologicznych.

Wracając do romantyzmu, zdefiniujmy, o co w ogóle chodzi. Wątki miłosne są nieodłączną częścią scenariuszy filmowych, bo są nieodłączną częścią naszej egzystencji i często stawiają człowieka w sytuacjach niemal granicznych. Głównym zadaniem filmu jest danie nam szansy utożsamienia się z bohaterami i przeżycia przygód w świecie zbudowanym co do podstawowych zasad tak samo jak ten nasz, realny. Stąd wszelkie międzyludzkie i transhumanistyczne romanse są nieodłączną częścią znakomitej większości filmów science fiction, czy tego chcemy, czy nie. Czasem jest ich jednak mniej i występują jako wątek poboczny lub więcej, jeśli stanowią trzon fabuły.

Poniżej wybrałem te produkcje, w których romantyczne uczucia wpływają na bohaterów w kluczowy dla opowieści sposób. I bynajmniej nie chodzi tylko o nacechowane erotyzmem relacje damsko-męskie i wszelkie inne seksualne układy, chociaż nie ma się co oszukiwać, że to jednak większość tego, co nazywamy romantyzmem w kinie w ogóle i w tych konkretnych przykładach filmów z gatunku science fiction wymienionych niżej.

Gwiezdny przybysz (1984), reż. John Carpenter

Ilekroć myślę o tym, że ten film wyreżyserował go John Carpenter, coś mi w tym nie pasuje, lecz po głębszym namyśle przekonuję się, że jest to produkcja bardzo carpenterowska, ponieważ łamiąca schematy gatunkowe. Gwiezdnego przybysza można z powodzeniem określić kosmiczną operą z elementami science fiction. Trzon fabuły bazuje na intymnej relacji między Jenny (Karen Allen) i przybyszem z kosmosu (Jeff Bridges), który przyjmuje ciało zmarłego męża bohaterki. Obcy uczy się, jak być człowiekiem, co nie jest technicznie proste, zwłaszcza gdy poczuje się miłość. Ten stan chwilowego zatracenia, przypominający zachowanie psychotyczne, jest decydujący dla całego przyszłego życia Jenny. Gdyby nie dała Gwiezdnemu Przybyszowi miłości, zarówno tej emocjonalnej, jak i stricte fizycznej, nigdy nie zaszłaby w ciążę, paradoksalnie ze swoim zmarłym mężem. Taka egzystencjalna ironia tylko u łamiącego stereotypy Johna Carpentera.

Equilibrium (2002), reż. Kurt Wimmer

Mimo sprzeczności, na której oparty jest scenariusz (ludzie z zahamowanymi uczuciami wciąż potrafią opiekować się dziećmi, mieć partnerów i tworzyć społeczność), film celnie pokazuje, co się może stać, gdy wyrugujemy odczuwanie z naszego życia. Tak naprawdę nie da się tego zrobić, bo poszukiwana idea racjonalności mylnie została zdefiniowana jako przeciwstawna tak zwanemu sercu. Serce nadal w dopuszczaniu do głosu rozumu jest, chociaż albo radykalnie przez niego kontrolowane, albo puszczone na wypas bez obroży. Jak potrafi targać wnętrznościami, gdy nie ma zasad, poczuł kleryk Preston (Christian Bale), chociaż jego zachowanie wobec Mary (Emily Watson) przypomina również nieco zachłyśnięcie się dawno wygaszoną chucią. Niewątpliwie to wszystko podpada pod szeroko pojęty ROMANTYZM, jakkolwiek zdefiniujemy afekt Prestona, czy górnolotnie, czy seksualnie.

Saga Star Wars (1977–2019), reż. m.in. George Lucas, Irvin Kershner, J.J. Abrams

Gwiezdne wojny niezależnie od roku produkcji to jeden wielki melodramat z elementami science fiction, w którym od czasu do czasu ktoś strzela albo bije się na laserowe miecze. I za to je pokochałem, przynajmniej w wydaniu Lucasfilm, kiedy jeszcze był Lucasfilmem, a nie klonem Disneya. Gdyby nie kosmiczna forma romansów Lei i Hana czy Amidali i Anakina, być może byłyby to okropnie nudne romansidła, jakich tysiące w filmach spod znaku Danielle Steel, a tak nasza wyobraźnia z jednej strony pobudzana jest przez wszystkie te kosmiczne i technologiczne osiągnięcia, a z drugiej postrzega i rozumie bardzo klasycznie to, co dzieje się między bohaterami, z tym że owa klasyka opakowana w międzygalaktyczne przygody już tak nie męczy. Im jednak więcej będzie tego typu zabiegów w innych produkcjach z gatunku, tym szybciej znów przybliżymy się do czysto romansowego infantylizmu komromów. Więc z umiarem proszę.

Wyścig z czasem (2011), reż. Andrew Niccol

Miłość, która formuje się stopniowo, podtrzymuje nadzieję, jest ponadklasowa i tragiczna oraz daje czas i to dosłownie. W dystopijnym świecie Wyścigu z czasem właśnie on jest walutą. Można za niego kupić wszystko, a co najważniejsze – własne życie: kolejne minuty, godziny, dni i lata, aż po wieczność, jednak za cenę natychmiastowej śmierci, kiedy zegar na przedramieniu wskaże same zera. Lepiej więc tak nie żyć, niż męczyć się z „czasem” przez całą wieczność, kiedy przeżycie kolejnego dnia wcale nie jest takie oczywiste. Główni bohaterowie, Will (Justin Timberlake) i Sylvia (Amanda Seyfried), pochodzący z różnych klas społecznych, tylko dzięki miłości są w stanie pokonać nawet ów czas. Może niekiedy w realizacji tego karkołomnego pomysłu film popada w tragiczny wręcz infantylizm, jednak co do pomysłu jest nowatorski. Niski budżet o dziwo pomaga, bo skupia uwagę widza na relacji między postaciami. Wybaczam zatem nawet dziecinnie zaprojektowany finał.

Władcy umysłów (2011), reż. George Nolfi

Po Wyścigu z czasem jest to kolejny niskobudżetowy sci-fi z ciekawie zaprojektowaną intrygą i klasycznie zmaszczonym końcem. Obwiniałbym za to rzecz jasna konieczność zaspokojenia oczekiwań widzów, gdy chodzi o happy end. Można było jednak nieco mniej sztubacko rozegrać finał. Mimo wszystko wartka akcja w połączeniu z dobrze zgranym duetem aktorskim Matta Damona i Emily Blunt zatrzymują przed ekranem do samego końca. Ogromną romantyczną wartością produkcji jest sugestywne i emocjonalne pokazanie, jak nierozerwalne więzi mogą połączyć ludzi, kiedy ich zainteresowanie sobą wejdzie w sferę seksualną. Ludzki instynkt oraz potrzeba łączenia się w pary przekracza swoją mocą nawet działanie domniemanych sił nadprzyrodzonych i burzy sztucznie ustalony porządek rzeczy. Identycznie jak u zwierząt, z tym że u nich tej usilnej potrzeby cielesnego i emocjonalnego współbycia nie nazywamy romantyczną miłością. Może u ludzi również nie powinniśmy?

Ostatnio dodane