Publicystyka filmowa
Steven Spielberg radzi: JAK WBIĆ SZPILĘ KONKURENCJI, STRZELAJĄC SOBIE W STOPĘ
W świecie pełnym wirtualnych ucieczek, STEVEN SPIELBERG radzi, jak uniknąć strzału w stopę. Warto poznać jego niecodzienne przemyślenia!
Kampania promująca najnowsze dzieło Stevena Spielberga – Ready Player One – jest na ostatniej prostej. Byłoby szkoda, gdyby na kilka dni przed premierą reżyser chlapnął coś głupiego, co mogłoby zniechęcić widzów do jego osoby, a w rezultacie także do odwiedzenia kina… Tymczasem Amerykanin dał się podpuścić prowadzącej z nim wywiad dziennikarce, która odbiegła od rozmowy na temat futurystycznych wizji z filmu i zapytała o przyszłość branży oraz rolę, jaką może odegrać w niej Netflix – zdaniem Spielberga nie ma jednak o czym rozmawiać, bo to tylko telewizyjna usługa, której produkcje są niegodne najwyższych laurów. Na czele z Oscarami, rzecz jasna.
Niesamowicie rozbuchana wizualnie produkcja o dystopijnej przyszłości i ludziach, którzy uciekają od życiowych problemów do świata wirtualnego, ma za sobą już amerykańską premierę podczas festiwalu South by Southwest (11.03) oraz bardziej oficjalną, brytyjską (19.03) – jak dotąd Ready Player One zbiera świetne recenzje. Film trafi do szerokiej dystrybucji 28 marca (w Polsce będzie wyświetlany od 6 kwietnia pod tytułem Player One), jednak ostatnie dni przed premierą upłyną najprawdopodobniej pod znakiem nieudanego kuksańca, jakiego Steven Spielberg próbował wymierzyć Netflixowi, lecz zamiast tego w świat wysłał krótki komunikat o arogancji i przywiązaniu do swoich ciepłych posadek wśród hollywoodzkich elit.
W wywiadzie dla brytyjskiej stacji ITV News Spielberg brzmiał całkiem sympatycznie – jak to Spielberg. Reżyser przekonywał między innymi, że Ready Player One porusza tematykę, która wcale nie musi stanowić futurologicznych majaków, zrównując potencjalne zatopienie się w wirtualnej rzeczywistości w przyszłości z już teraz pochłaniającymi nas „rozpraszaczami”, którymi bez wątpienia są media społecznościowe czy internet ogółem.
I wszystko byłoby fajnie, gdyby Nina Nannar nie nadepnęła uznanemu artyście na odcisk – trudno bowiem inaczej nazwać pytania o Netflix i jego filmową rewolucję, podczas gdy opowiada się o swoim najnowszym „dziecku”. I choć Steven Spielberg wyraźnie starał się udzielić dyplomatycznej odpowiedzi, nie do końca mu się to udało:
Wiele współczesnych wytwórni filmowych skupia się raczej na produkcji potencjalnych hitów kasowych, filmów bazujących na uznanych markach, które już odniosły sukces, niż realizacji mniejszych projektów. To dlatego pomniejsze tytuły, które dotąd lądowały w telewizji, dziś trafiają do serwisów takich jak Amazon, Hulu czy Netflix. Dzięki temu telewizja rozkwita – ma jakość i filmy artystyczne, ale stwarza to także pewne zagrożenia dla widzów.
W tym momencie reżyser zdecydował się na wprowadzenie wyraźnego podziału:
Gdy coś powstaje z myślą o telewizji, trzeba jasno powiedzieć, że jest to film telewizyjny. Jeśli to dobry film, z pewnością zasługuje na Emmy, ale nie na Oscara – nie powinno się więc kwalifikować ich do nominacji, nawet jeśli spełnią wymagania minimalne, czyli przez kilka dni będą wyświetlane w kilku kinach.
I choć twórca Szczęk nie jest wyjątkiem w filmowym środowisku, trudno nie wyczuć w tego typu stwierdzeniach olbrzymiej dozy hipokryzji i arogancji, na jaką pozwolić sobie może tylko osoba „na szczycie”.
Filmowe elity walczą z postępem, odcinek 789
Niesnaski między Netflixem a filmową elitą nie są niczym nowym i zapewne nieprędko doczekamy się w tej kwestii jakiegoś kompromisu. O niechęci branżowej śmietanki towarzyskiej względem największej na świecie platformy streamingowej napisano już wiele, ale od osoby kręcącej film o technologii, która rozwija się tak szybko, że niebawem może stać się rzeczywistością, powinno się wymagać nieco większej otwartości. Tymczasem starym wyjadaczom rynku filmowego wyraźnie nie w smak jest zmiana status quo, który obecnie – na ich nieszczęście – nie idzie w parze z rozwojem kinematografii.
Nie zamierzam przekonywać, że Netflix zabije kino – o wypieraniu jednych mediów przez inne mówi się zawsze, gdy pojawia się coś nowego, lecz następcy nigdy jeszcze nie udało się ostatecznie wykończyć swojego poprzednika. Wiecie – radio nie zabiło prasy, telewizja radia, a internet telewizji. Nie mam jednak wątpliwości, że najbliższe dwie, góra trzy dekady przyniosą tradycyjnym kinom wiele zmian, które ostatecznie mogą sprawić, że nasze wnuki będą je odwiedzać raczej jako ciekawostkę na kształt skansenu aniżeli miejsce regularnie serwujące nam filmową rozrywkę.
Składa się na to wiele czynników – przede wszystkim jest to jednak rozwój technologii. Już teraz wiele osób we własnych czterech kątach dysponuje olbrzymimi telewizorami i wypasionymi zestawami audio-wideo, które pod dużym znakiem zapytania stawiają sensowność fatygowania się do kina. Centrum rozrywki mamy w domu – nawet jeśli doznania nie będą aż tak silne, jak podczas seansu w IMAX-ie, przynajmniej oszczędzamy sobie potencjalnych nerwów wynikających z klątwy multipleksu.
Nie jest także tajemnicą, że kinowe repertuary wcale nie są kierowane do widza świadomego, przez co ogrom naprawdę ciekawych premier przechodzi nam koło nosa, ponieważ nie mają one życia poza festiwalami, gdyż za sprawą ich dystrybucji nie zarobi się tyle, co na kolejnym blockbusterze. Spielberg przyznał to przecież bez ogródek, ale czy nie lepiej pozwolić Akademii, której decyzje i tak często nie idą w parze z jakością, jeśli na horyzoncie pojawia się film, który trzeba promować ze względów politycznych, by mogła wybierać z szerszego grona kandydatów aniżeli tylko produkcji największych wytwórni? Jeśli filmy platform streamingowych są słabsze, to po co w ogóle dyskutować nad ograniczeniem ich dostępu do wszelakich konkursów, skoro mogą uczciwie przegrać na gruncie artystycznym?
W zeszłym roku w Cannes wynikła podobna dyskusja, gdyż zgodnie z – umówmy się, dość przestarzałym – regulaminem Netflix nie mógł wystawianych w konkursie tytułów (Okja i Opowieści o rodzinie Meyerowitz) wprowadzić do swojej biblioteki tuż po jego zakończeniu. Tu akurat należy się spółce z Los Gatos bura, bo nie wykazali się chęcią negocjacji, ale Thierry Frémaux – były dyrektor canneńskiego festiwalu, wciąż działający na rzecz imprezy – szybko posypał głowę popiołem, przyznając, że próbował nieco wymusić na internetowym potentacie otwarcie się na rynek kinowy. To jednak nie rozwiązuje sprawy, ponieważ obecne wymogi i tak są dość restrykcyjne, wcale nie ułatwiając nowym graczom konkurowania z rekinami filmowego biznesu.
Dzieci wylane z kąpielą. Czy Netflix przestanie być ziemią obiecaną dla ambitnych autorów?
Tym, co odróżnia Netflixa od wielkich wytwórni, jest z pewnością otwartość. Serwis Reeda Hastingsa dysponuje olbrzymim budżetem i wielkimi ambicjami, a biorąc pod uwagę fakt, że za szumnymi zapowiedziami filmowej rewolucji idą nie tylko słowa, ale i czyny, warto przychylniejszym okiem spojrzeć na tę inicjatywę – to cała masa dobrych chęci, które mogą mieć realne odzwierciedlenie w różnorodności filmowego inwentarzu i nie muszą stanowić wielkiej konkurencji dla branży, jeśli ta zmieni swe staromodne przyzwyczajenia. Swego czasu Christopher Nolan porównał serwis do wypożyczalni kaset wideo (zabawne, bo akurat z firmy prowadzącej wypożyczalnię wyrósł Netflix) na zasadzie pewnej analogii: w latach 80. nie było nic gorszego, niż dowiedzieć się, że wydawca postanowił nie dystrybuować filmu w kinach, lecz od razu wydać go na kasecie. I choć Brytyjczyk bardzo celnie wytknął Netflixowi pewne błędy w strategii, trudno obecnie ocenić, czy to kwestia starych przeświadczeń, czy rzeczywiście serwis mógłby zyskać, od czasu do czasu uśmiechając się do branży i organizując kinowe seanse swoich produkcji.
Wracając jednak do słów Stevena Spielberga – jestem świeżo po seansie Dobrze naoliwionej maszyny, więc istnienie wszelkiego rodzaju układów, schematów działania sugerujących nie do końca czyste intencje i zakulisowe rozgrywki, będzie mi się kołatać po głowie jeszcze przez przynajmniej kilka dni, ale trudno nie zauważyć, że także i tu mamy do czynienia z siłową próbą utrzymania władzy.
Najgorsze jednak, że ucierpią na tym przede wszystkim młodzi filmowcy
Celowo czy nie – słowa Stevena Spielberga wywołały niemałe poruszenie. Trudno powstrzymać się od niepochlebnych komentarzy na temat kogoś, kto właśnie uznał branżę filmową za maszynkę do robienia pieniędzy (to akurat żadne odkrycie), w której nie ma miejsca na ambitniejsze projekty, a nawet jeśli ktoś z zewnątrz chciałby stanąć z nim w szranki, to chce się mu odebrać prawo do tego. Ograniczanie możliwości konkurencji jest jak oznaka strachu, bo choć zrozumiałe jest, że broni on swoich interesów, łatwo dopatrzyć się tu analogii do przypisywanych Mahatmie Gandhiemu (w rzeczywistości powiedział to Nicholas Klein) słów: „Najpierw cię ignorują, potem kpią, aż w końcu atakują, by w efekcie postawić ci pomnik”.
Netflix długo funkcjonował na peryferiach filmowego świata. Po tym, jak ogłosił swoje wielkie plany na rok 2018, kpiono, ale obecnie najwidoczniej postanowiono zaatakować, zanim rzeczywiście serwis osiągnie przewagę. Czy rewolucja się ziści? To już zupełnie inny temat. Jak na razie pełnometrażowe produkcje Netflixa nie są w stanie dorównać osiągnięciom jego seriali i filmów dokumentalnych, choć serwis pokazał już, że pod względem audiowizualnym wcale nie musi bać się swoich kinowych oponentów. Jeśli w końcu nacisk położony zostanie na kreowanie historii, które nie będą pięknymi wydmuszkami, rywalizacja z pewnością nabierze rumieńców.
W swej płomiennej (jak na warunki telewizyjnego wywiadu na zupełnie inny temat) przemowie twórca ekranizacji Parku Jurajskiego dość jasno postawił granicę, za którą filmy przestają zasługiwać na nagrody – przyjęcie kryterium przynależności, a więc i poniekąd uzależnienie artystycznej wartości od zasobów finansowych wytwórni, trzeba jednak uznać za karygodne. Nikt z nas nie powinien zastanawiać się, czy film jest dobry, patrząc na to przez pryzmat jego budżetu – jak udowadniają kiczowate blockbustery, to tylko teoretycznie ma związek z jakością.
Sprowadzając tę sprawę do kwestii czysto filmowych, trudno nie uznać, że Netflix jak na razie jest dla pierwszej ligi chłopcem do bicia, ale czy to nie hollywoodzkie filmy nauczyły nas, że na końcu zazwyczaj wygrywa właśnie ten, który był pomiatany przez większych, ale wolą walki zapracował na szacunek? Pycha kroczy przed upadkiem, więc warto skupić się na własnej robocie, zamiast rzucać kłody pod nogi konkurencji, zanim ta zdąży w ogóle się ukształtować. Inaczej Netflix nie będzie musiał konkurować z rynkiem kinowym, bo ten wykończy się sam. Prędzej czy później.
korekta: Kornelia Farynowska
