Publicystyka filmowa
NARZECZONY ŚMIERCI. 5 najlepszych ról Javiera Bardema
JAVIER BARDEM w NARZECZONYM ŚMIERCI to prawdziwy majstersztyk. Odkryj jego pięć niezapomnianych ról, które zachwycają i zaskakują!
Zobaczyłem go po raz pierwszy w Drżącym ciele Almodóvara, a później w Wysokich obcasach. Mimo że wtedy, jako aktor i w ogóle postać filmowa, przypadł mi do gustu, to nie przypuszczałem, że kiedykolwiek wyjdzie z Almodóvarowskiego światka. Potraktowałem go raczej jako europejską egzotykę, wartą zapamiętania, lecz bez szans na rozpychanie się łokciami wśród tłumów na czerwonych dywanach np. w Cannes. Dzisiaj Javier ma na koncie zasłużonego Oscara i wiele emblematycznych kreacji filmowych, zarówno w kinie europejskim, jak i w tym podobno najbardziej komercyjnym, czyli amerykańskim. Nieoczekiwanie (przynajmniej dla mnie) udowodnił także, że drzemie w nim niezwykły talent melodramatyczny, jednak z taką twarzą jak mógłby też nie zagrać psychopaty (Antona Chigurha)?
5. Ramón Sampedro, W stronę morza (2004), reż. Alejandro Amenábar
Reżyser pamiętnych Agory i Tezy sukcesywnie przyzwyczaja widza do nieco bardziej metafizycznego namysłu nad życiem, światem i generalnie ludzkim poznaniem rzeczywistości. Raz wychodzi mu to lepiej, a raz gorzej. W stronę morza to raczej ta druga, mniej doskonała część filmografii reżysera, uparcie jednak wywyższana ponad inne jego filmy z trudnych do zrozumienia dla mnie przyczyn. Film z pewnością egzystencjalnym arcydziełem nie jest, podobnież w żadnym wypadku nowatorsko nie redefiniuje problemu eutanazji, znakomicie wyciska natomiast na zewnątrz emocje w postaci łez. Niemała w tym zasługa Javiera Bardema, który usilnie domaga się godnego zakończenia swojego życia. Gdyby nie on właśnie oraz jego jakże racjonalna postawa aktorska w odgrywaniu tak napakowanego negatywnymi emocjami Ramóna, całość filmu pogrążyłaby się zapewne w odmętach przewidywalnego melodramatyzmu. A tak przykuty do łóżka główny bohater jako „narzeczony śmierci” oraz jego uczuciowe perypetie z dwoma kobietami i usilnie trzymającym się go życiem sprawiają, że W stronę morza ogląda się bez zażenowania wywołanego nadmiarem patosu.
4. David, Drżące ciało (1997), reż. Pedro Almodóvar
Szczerze powiem, że pierwsza scena z Bardemem w Drżącym ciele zupełnie nie zapowiadała tego, jak doskonale rozwinie się jego postać w ciągu całego filmu. W pewnym sensie jest to charakterystyczne dla Almodóvara, że stopniuje widzowi poznanie stworzonych przez siebie bohaterów. Jeśli tylko widz zdoła przetrwać pierwsze dwadzieścia minut, później już się nie oderwie od mięsistej i emocjonalnej historii.
Bardem sugestywnie zagrał nie tylko ofiarę, ale też uwikłanego w sieć nietuzinkowych relacji osobistych niepełnosprawnego, który tak do końca nawet sam nie jest świadomy, jaką chęcią zemsty pała. Dopóki bohater filmu, David, chodzi, jest dość zwyczajny, a sam Bardem z kolei niczego niezwykłego i godnego zapamiętania mu od siebie nie daje. Kiedy zaś ten sam aktor w roli Davida siada na wózku i zaczyna planować swoją wymyślną zemstę, sytuacja się radykalnie zmienia. Bardem zachowuje się nie tylko jak skrzywdzona ofiara, lecz także jak zdolny do wszystkiego desperat. Almodóvar dał mu szansę stać się człowiekiem dwulicowym. Jego zaciętej twarzy trudno nie uwierzyć. Dopiero w takiej sytuacji aktorskiej Javier mógł uświadomić sobie, że szeroki świat rozrywkowego kina go potrzebuje, a widzowie mogli to potwierdzić.
3. On, mother! (2017), reż. Darren Aronofsky
Po premierze oceniłem ten film na 7 i uznałem, że to ocena na tyle dobra, żebym nie miał poczucia zmarnowanego czasu w kinie. Czułem jednak spory niedosyt i zmęczenie, które sprawiły, że raczej nie powrócę do mother!. Po jednym seansie wiem już o nim na tyle dużo, by zdać sobie sprawę z tezy i być może również dylematu reżysera – uzależnienie człowieka od jakiejkolwiek religii wygląda na chorobę całkowicie nieuleczalną.
Mimo że Javier Bardem akurat w tej produkcji nie wzniósł się na wyżyny swojego aktorstwa, nawet to, co z siebie dał, wystarczyło do jakże sugestywnego zaprezentowania metafizycznego więzienia, które jest ludzką potrzebą tworzenia bogów. Gdyby nie duet Bardema i Jennifer Lawrence, Aronofsky całkowicie utopiłby się w swoim dla niektórych znakomitym dziele, a dla innych buńczucznym do zrzygania symbolu niemal jak sfilmowana, zbyt długa do wystania msza z nudnym kazaniem. Skąd więc ta moja siódemka? Najwidoczniej uznałem, że w przypadku tak metaforycznego projektu nie da się zrealizować tematu lepiej.
2. Brat Lorenzo, Duchy Goi (2006), reż. Miloš Forman
Czym może się skończyć jedzenie wieprzowiny w XVIII-wiecznej Hiszpanii? Uwięzieniem w lochach inkwizycji, wymuszającymi zeznania torturami, wreszcie oskarżeniem o bycie praktykującym judaizm Żydem i stosem. I nie szkodzi, że Miloš Forman w swoim ostatnim filmie nieco mija się z prawdą historyczną, bo inkwizycja w tym okresie panowania Burbonów w Hiszpanii była w rozsypce, zarówno od strony ideowej, jak i tej dotyczącej możliwości podejmowania rozmaitych działań (jak tortury, stosy).
Udało mu się jednak przy pomocy talentu dwójki aktorów (Natalie Portman i Javiera Bardema) stworzyć coś w rodzaju ekscerptu z dwulicowości instytucjonalnej Kościoła, któremu pod względem manipulacji umysłami ludzi wcale nie ustępuje ani usilnie trzymająca się władzy monarchia, ani napompowana ideami wolności republika. Takie pożegnanie reżysera z kinem jest niejako trafnym podsumowaniem jego europejskiego doświadczenia ucisku jednostki przez władzę. Dlatego też nie sposób sobie wyobrazić, żeby w takim filmie rolę brata Lorenzo mógł zagrać ktoś inny niż Europejczyk, Hiszpan i właśnie Javier.
I kto tu jest dziwką? – jak pyta Goya (Stellan Skarsgård). On, Hiszpania? A może najdoskonalej w roli ideowej kurwy sprawdza się właśnie eksbrat Lorenzo (więc i Bardem), naśladując swój Kościół?
1. Anton Chigurh, To nie jest kraj dla starych ludzi (2007), reż. Joel Coen, Ethan Coen
Pewnie nie będę w tym przypadku oryginalny, bo akurat ta rola Bardema dla ogromnej rzeszy kinomanów jest aktorskim majstersztykiem. Została również doceniona m.in. aż Oscarem, nie licząc innych nagród. Powodów można by wymienić bardzo wiele, poczynając od fizyczności Bardema, a kończąc na scenariuszowym rozpisaniu samej roli.
Narzędzia, których Anton Chigurh używa do zabijania, również są nietuzinkowe i przez to straszne. A przy tym nie jest on pierwszym lepszym zwyrodnialcem mordującym z czysto hedonistycznych pobudek. Chigurh jest zwyrodnialcem z krwi i kości. Jego przeciwna wszelkiej skłonnej do dobra naturze psychika mordercy tak głęboko tkwi w tym, co nazywamy złem, że można pokusić się o stwierdzenie, że Anton w obrębie swoich zasad i krwiożerczej moralności jest wręcz uczciwy i bardzo ludzki. Nie zna czegoś takiego jak współczucie, wyrzuty sumienia czy skrucha, jednak cechuje go rozwaga oraz racjonalizm, i to niekiedy umotywowany w sposób trudny do logicznego podważenia.
Dlatego też uważam, że zagrać tak jednoznacznie negatywną postać, a przy tym rozważną i logiczną, mógł tylko aktor niezwykle utalentowany i oddany bez reszty bohaterowi, którego odtwarza na ekranie. Potworna autentyczność Chigurha w wykonaniu Bardema sprawia, że jest to jeden z najstraszniejszych charakterów, jakie kiedykolwiek widziałem w kinie.
Wiem, że pozostawiłem poza zestawieniem wiele ciekawych ról Bardema – chociażby Fiorentino Arizy w Miłości w czasach zarazy Mike’a Newella, Reinaldo Arenasa w Zanim zapadnie noc Juliana Schnabela, Reinera w Adwokacie Ridleya Scotta czy też Pablo Escobara w Kochając Pabla, nienawidząc Escobara Fernando Leóna de Aranoi. Wspominam je więc na końcu, bo wcale nie uważam, że są złe – wręcz przeciwnie, chociaż pojawiły się w niekoniecznie wybitnych filmach. Co dla mnie najbardziej istotne, są znacznie mniej popkulturowo wpływowe i zapamiętywalne niż te, które znalazły się w wielkiej piątce.
