search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

KOSZMAR MINIONEGO LATA. Slasher z hakiem

Krzysztof Walecki

29 sierpnia 2020

REKLAMA

Jest coś dziwnego w tym, że slasher odrodził się tuż po premierze Krzyku, wszakże pełnoprawnego przedstawiciela tej odmiany horroru, a jednocześnie tego, który wypunktował i w błyskotliwy sposób wyśmiał wszystkie jej grzechy i założenia. Następujące po nim filmy nie tylko nie osiągnęły poziomu maestrii Wesa Cravena w budowaniu napięcia i inscenizacji krwawych scen, ale przede wszystkim kompletnie nie były zainteresowane możliwością zabawy formułą, która wyczerpała się, nim jeszcze lata 80. osiągnęły półmetek.

Ulice strachu, Walentynki, kolejne sequele Halloween czy nowe wersje klasycznych już tytułów były kompetentnie zrobione, nieprzesadnie krwawe, z modną obsadą młodych aktorów, ale mentalnie wciąż tkwiły gdzieś w okolicach obozu Crystal Lake. Zdarzały się produkcje próbujące igrać z żelaznymi zasadami slasherów – we Krwi niewinnych tylko utrata dziewictwa mogła ocalić przed śmiercią, mockument Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon zdradził techniki bycia niezniszczalnym mordercą, tytułowej bohaterce Wszyscy kochają Mandy Lane daleko było do standardowej final girl, a Porąbani w sposób niemal parodystyczny obalili mit złego rednecka – lecz nawet im ciążyła schematyczność. Być może jednak to powodzenie nie Krzyku, a innego filmu zdecydowało w większym stopniu o wysypie tego typu horrorów na przełomie wieków.

W marcu 1997 roku, zaledwie trzy miesiące po premierze dzieła Cravena, rozpoczęły się zdjęcia do Koszmaru minionego lata, który nie tylko wyprzedził pojawienie się kontynuacji wcześniejszego filmu w tym samym roku, ale i zręcznie wykorzystał fakt, że autorem scenariuszy do nich wszystkich był jeden człowiek – Kevin Williamson. Pokusa, aby reklamować Koszmar hasłem „film twórcy Krzyku” była zbyt wielka, co poskutkowało późniejszym pozwem ze strony producentów cytowanego tytułu, słusznie twierdzących, że slogan sugerował reżyserię Wesa Cravena, który z projektem nie miał nic wspólnego (w rzeczywistości film podpisał debiutujący Jim Gillespie). Wystarczyło to jednak, aby tłumnie przyciągnąć widzów do kin – Koszmar minionego lata stał się sporym przebojem (125 milionów dolarów wpływów przy 17-milionowym budżecie), przyczyniając się do odnowy slashera, z którego tak ochoczo kpił Krzyk. Ironia nakazuje mi zadać pytanie, co poszło nie tak.

Zacznijmy od tego, że film Gillespiego ani przez chwilę nie stara się wyjść poza ramy gatunku, swojej siły szukając w tradycyjnym podejściu i wierności schematom. Mamy zatem czwórkę kończących liceum przyjaciół, marzących o tym, aby jak najszybciej opuścić małe rybackie miasteczko i wejść w dorosłość. Plany pokrzyżuje im stojący na drodze człowiek – jadąc nocą do domu, potrącają nieszczęśnika, a w przypływie silnych emocji decydują się wyrzucić ciało do morza, nikomu nie mówiąc o wypadku. Rok później cała czwórka staje się celem ubranego w rybacki płaszcz i uzbrojonego w wielki hak osobnika, który zna ich sekret.

Scenariusz filmu został oparty na powieści dla młodzieży autorstwa Lois Duncan, gdzie bynajmniej nie znajdziemy mordercy z hakiem, a fabuła służy przede wszystkim temu, aby edukacyjnym tonem opowiedzieć o poczuciu winy i konieczności stawienia czoła odpowiedzialności. U Gillespiego motyw ten wybrzmiewa całkiem udanie, ukazując feralne wydarzenie jako moment, w którym plany młodych na przyszłość na zawsze odeszły w zapomnienie (choć warto zastanowić się, czy w ogóle mieli szanse na ich realizację), a przyjaźń rozpadła się niczym domek z kart. Po roku są dla siebie obcymi ludźmi, zmuszonymi odnowić relacje w obliczu zagrożenia. Początkowo dotyczy to wyłącznie ujawnienia prawdy, które zaprowadziłoby bohaterów prosto do więzienia, ale tajemniczy prześladowca bardzo szybko daje im do zrozumienia, że interesuje go dużo dotkliwsza dla nich kara.

Warto przy tym zwrócić uwagę na figurę mordercy, wziętą z jednej z najpopularniejszych amerykańskich miejskich legend, w której para nastolatków zostaje wystraszona przez mężczyznę z hakiem zamiast dłoni akurat w momencie, kiedy oddają się miłosnym igraszkom. Sięgającą lat 50. zeszłego wieku historię można interpretować jako przestrogę dla szukającej doświadczeń seksualnych młodzieży, ale również dopatrując się w szaleńcu bez ręki symbolu seksualnego wynaturzenia. Również bohaterowie filmu rozmawiają o legendzie tuż przed wypadkiem (doskonałe wyczucie czasu). Grana przez Jennifer Love Hewitt Julie zdradza, że nie wierzy w prawdziwość historii, ale w jej symbolizm już tak. Późniejsze pojawienie się mordercy jawi się tym samym jako wyprowadzenie dziewczyny z błędu – znaczenie i funkcja opowieści są mniej ważne, kiedy na horyzoncie pojawia się rzeczywisty morderca. Ostatecznie Williamson zadowala się wyłącznie kostiumem, bez próby nadania tej postaci cech wykraczających poza schemat klasycznego horrorowego złoczyńcy.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA