search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

GROBOWCE ŚLEPEJ ŚMIERCI. Zombie templariusze czują chuć

Krzysztof Walecki

3 maja 2020

REKLAMA

Jak już Hiszpanie wezmą się za temat zombie, to zawsze można liczyć na interesujące, a nawet nowatorskie podejście. Tak było w przypadku opisywanych w cyklu Żywych trupów w Manchester Morgue, gdzie tytułowe potwory jawiły się jako zemsta środowiska za ingerencję człowieka w naturę, a także w [REC], mistrzowskim popisie found footage’owego horroru, w którym medialna pogoń za sensacją była tożsama z ucieczką przed przemienionymi w bestie zarażonymi. Drugi z tych filmów doczekał się kilku kontynuacji oraz amerykańskiego remake’u, stając się najbardziej rozpoznawalnym tytułem XXI-wiecznego hiszpańskiego kina grozy, ale na długo przed tym cyklem, jeszcze w latach siedemdziesiątych, powstała tam seria filmowa o całkiem innych żywych trupach.

Nakręcone w 1971, a wypuszczone do kin następnego roku Grobowce ślepej śmierci (w oryginale La noche del terror ciego, czyli de facto Noc ślepej śmierci – tytuł oczywiście zainspirowany niebywałym sukcesem Nocy żywych trupów Romero) zaczynają się niewinnie, choć w duchu ówczesnego, przesiąkniętego erotyzmem europejskiego kina grozy. Mamy zatem dwie przyjaciółki ze szkoły, które spotykają się po latach podczas wypoczynku w Portugalii. Chwila rozmowy uzmysławia nam, że Betty i Virginię łączyło kiedyś coś więcej niż wspólny pokój w internacie, a potwierdzi to późniejsza retrospekcja, skąpana w lekkiej mgiełce i niezwykle zmysłowa. Widać również, że Betty wydaje się wciąż otwarta na odnowienie tamtej znajomości, ale na jej nieszczęście dawna koleżanka przyjechała z partnerem, Rogerem. Ten jednak stawia sprawę jasno („Virginia to tylko przyjaciółka”) i od razu uderza do ledwo co poznanej Betty. Nic dziwnego, że następnego dnia, kiedy cała trójka jedzie na wspólny piknik, Virginia woli wyskoczyć z pociągu niż spędzić czas w obecności kobiety, która nie daje jej zapomnieć o przeszłości, i mężczyzny jawnie zainteresowanego tą drugą. Wkrótce znajduje schronienie w ruinach pewnego klasztoru, nie zdając sobie sprawy z nocnej aktywności leżących w tamtejszych grobowcach ślepych templariuszy.

Podobne wpisy

Wówczas również film Amanda de Ossorio nabiera rumieńców – zwiedzanie przez Virginię ruin za dnia tworzy napięcie, które znajdzie swe ujście, kiedy kobieta postanowi położyć się spać, nieświadoma, że równocześnie średniowieczni rycerze wstają ze swych grobów. I choć początkowo sprawiają wrażenie powolnych, typowo Romerowskich żywych trupów, bynajmniej tacy nie są, zwłaszcza gdy wsiądą na swe konie. Z pomocą zwolnionego tempa de Ossorio tworzy obraz martwych templariuszy, który na długo pozostaje w pamięci – rzucający się w pogoń za Virginią rycerze są siłą nieustępliwą i potężną, przed którą nie można uciec. Tym większe robi to wrażenie, gdyż najczęściej filmowe zombie są nieciekawym zagrożeniem, pozbawionym wyrazu, charakteru oraz cech, które świadczyć by mogły o świadomości. Tutaj ich niszczycielska natura uzupełniona jest o majestat niepodobny innym ekranowym żywym trupom.

Dalsza część filmu obraca się wokół prób poznania przyczyny śmierci Virginii (która sama później powraca jako nieumarła), jak również historii templariuszy. Lokalni mieszkańcy nie palą się do pomocy Betty i Rogerowi, głównie dlatego, że doskonale znają legendy o zakonie Rycerzy Wschodu, który w XIII wieku został ekskomunikowany i stracony za swe bluźniercze praktyki w czczeniu diabła. W najbardziej okrutnej scenie filmu oglądamy, jak ówcześni dostojnicy okaleczają młodą dziewicę, aby następnie pić z jej ran krew, mającą dać im życie pozagrobowe. Wydaje się zatem nieprzypadkowe, że ich przebudzenie nastąpiło w momencie, gdy ruiny odwiedziła niewinna Virginia. To nie znaczy, że rycerze zabijają wyłącznie kobiety – kiedy ich ofiarą pada lokalny kryminalista, również i z niego wysysają krew. Być może jednak ważniejsze jest, że chwilę wcześniej ten sam osobnik zgwałcił Betty, która do tego momentu okazała się – uwaga, uwaga – dziewicą (nigdy nie kochała się z mężczyzną, jak sama precyzuje).

Ciało pamięta, nawet gdy wszystko inne jest już martwe. Tak jak w słynnym Świcie umarłych tytułowe postaci ciągnęło ku ich konsumpcyjnemu stylowi życia, tak tu zimni od wieków rycerze wydają się motywowani seksualnymi pragnieniami, jakich dopuszczali się za życia. Nie bez powodu również zmartwychwstała Virginia pojawia się w pracy Betty, próbując odnaleźć swą dawną kochankę. De Ossorio zaludnia ekran postaciami opętanymi myślą o seksie, bez względu na to, czy chodzi o zboczonego asystenta koronera, wspomnianego kryminalistę i jego kobietę czy głównych bohaterów. I nawet jeśli templariuszom zależy przede wszystkim na krwi swych ofiar, ich działania – tak za życia, jak i po śmierci – koncentrują się na podszytej sadyzmem potrzebie cielesnego kontaktu.

Daleko jednak Grobowcom ślepej śmierci do bycia horrorem erotycznym, na modłę kręconych wówczas przez Jesusa Franco lub Jeana Rollina filmów. Nagości jest tu niewiele, a sam de Ossorio jest bardziej zainteresowany wywołaniem grozy niż podniecenia. I udaje mu się to całkiem nieźle, zwłaszcza w scenie, w której Virginia nawiedza sklep z manekinami należący do jej przyjaciółki. Skojarzenia z Mariem Bavą są tu na miejscu, zwłaszcza przez czerwone oświetlenie z ulicznego neonu. Inna rzecz, że w niedawno oglądanym ponownie filmie, w momencie, kiedy zombie zbliża się powoli do przerażonej pracownicy Betty, natychmiast rozpoznałem podobną scenę z zeszłorocznych Upiornych opowieści po zmroku. I nie jest to wcale potwierdzenie, że wszystko już było, ale raczej jak bardzo inspirujące jest do dziś europejskie kino grozy tamtego okresu.

W finale wracamy do zombie templariuszy, nieobecnych na ekranie od czasu śmierci Virginii. „Ślepa śmierć” opuszcza ruiny, aby rzucić się w pościg za Betty, której udaje się dostać na pokład pociągu. Te ostatnie momenty znawca horroru, Jonathan Rigby, określa mianem „apokaliptycznych”, prawdopodobnie przez przekroczenie granicy, która wydawała się wcześniej obowiązywać. Morderczy rycerze opuszczają swoje grobowce i okoliczne tereny, ukazując się już nie tylko w nocy, ale i za dnia, stając się postrachem nieświadomych zagrożenia pasażerów, wyrzynając ich, na czele z kobietą, której dziecko jest z przerażenia sparaliżowane. Zakończenie to ma swoją niebywałą siłę, pomimo śmiesznego momentu, gdy Betty, próbując dobiec do pociągu, zapomina chyba nie tylko, jak się biegnie, ale i chodzi. Mimo to trudno nie traktować żywych trupów de Ossorio jako jednych z najbardziej oryginalnych tworów zombie horroru. Sukces filmu w rodzimej Hiszpanii spowodował nakręcenie trzech kontynuacji w latach 1973–75, które już z mniejszym powodzeniem próbowały poszerzyć mitologię Rycerzy Wschodu.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA