Action Collection

Zmierzch boga kulturystów. EGZEKUTOR

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Wydaje się, że złote czasy dla Arnolda Schwarzeneggera minęły wraz z rozpoczęciem lat 90., zwłaszcza ich drugiej połowy. Na szczęście produkcja Egzekutor nie wyróżnia się aż tak negatywnie na tle innych filmów akcji z tego okresu z Arniem w roli głównej (np. I stanie się koniec). Powstała ona jednak zbyt późno oraz jednocześnie zgodnie ze sznytem, który nie sprawdzał się już w obliczu nadchodzącego XXI wieku i zmiany stylistyki w kinie sensacyjnym. Egzekutor jest filmem klasycznym, powiedziałbym, że analogowym na tle gwiazdorskich rozwałek kręconych po 2000 roku. Dla wielu miłośników właśnie w tym tkwi jego zaleta, ale i oznaka zmierzchu samego Schwarzeneggera jako ikony superbohatera kina sensacyjnego z lat 80. Czyżby on po prostu nie pasował do blue boxa, za to doskonale sprawdzał się na tle efektów pirotechnicznych? Tak mogą uważać tylko ci, którzy nie widzieli Niezniszczalnych.

Zarówno w samej fabule Egzekutora, jak i w konstrukcji akcji nie znajdziemy nic odkrywczego.

Jak nie przepadam za filmami w reżyserii Chucka Russella (np. Maska, Król Skorpion), tak Egzekutor mu nawet wyszedł. Nie oszukujmy się, nawet jak na kino akcji, nie jest to wybitne dzieło, podobnie jak i reżyser nie jest – delikatnie rzecz ujmując – genialnym artystą. Na szczęście pojawiła się dwójka aktorów, która zdołała uratować produkcję i uczynić z niej całkiem rozrywkowe filmowe danie. Oprócz Schwarzeneggera mowa tu oczywiście o wypróbowanym w kinie wojennym Jamesie Caanie. Gdzieś w tle pojawia się również taka ikona kina jak James Coburn. Jego występ jednak ma znaczenie raczej marginalne. Gdyby go nie było, film niczego by nie stracił. A szkoda, bo taki aktor mógł wprowadzić do akcji porządny suspens.

Zarówno w samej fabule Egzekutora, jak i w konstrukcji akcji nie znajdziemy nic odkrywczego. Film to jedna wielka kalka sensacyjnych produkcji z lat 80, z tym że wzbogacona o coraz częściej pojawiające się od lat 90. wątki technologiczne i korporacyjne w sensie ogólnopaństwowego, albo i wręcz światowego, spisku wielkich firmowych molochów. Wizerunek policjanta czy też agenta FBI nie jest zbyt odkrywczy – nadal jest to gość, który nawet w tzw. terenie, w czasie akcji, musi nosić ciemny garnitur oraz krawat, jakby specjalnie po to, by z daleka można było rozpoznać, że to pies.

W takim, bardzo przewidywalnym świecie pojawia się główny bohater, John Kruger, któremu Arnold Schwarzenegger, moim zdaniem, oddał całą swoją superbohaterską osobowość, wypracowaną w latach 80. w takich rewelacyjnych filmach akcji jak np. Predator czy też Komando. Już na pierwszy rzut oka jasne jest, że to ktoś inny, z emanującą na cały szary scenariusz filmu charyzmą, która powstrzymuje widza od wyłączenia telewizora. Można to ocenić nawet po ubiorze. Kruger, jak przystało na specjalistę od ukrywania kluczowych świadków, nie wyróżnia się banalnym krawatem ani zaprasowanymi w kant spodniami. Jedynie oczy zdradzają, że nie warto stawać mu na drodze.

Jego przeciwnikiem jest skorumpowany agent Robert Deguerin. W tej roli częściowo zmarnowany w scenariuszu James Caan. Mimo okropnej czytelności postaci (niemal od samego początku wiadomo, że to on będzie głównym antagonistą Schwarzeneggera) Caan wypada bardzo autentycznie pod względem dwulicowości. W relacji z prostolinijnym Krugerem, który za wszelką cenę chce oddanie chronić swoją klientkę, Lee Cullen (Vanessa Williams), wydaje się diaboliczny i inteligentny, przynajmniej na początku. Im jednak bardziej fabuła się rozwija, tym w Caanie pozostaje coraz mniej mafijno-szpiegowskiej estymy, a coraz więcej typowo „krawężnikarskiego” zidiocenia. Ot kolejny głupi policjant w tanim filmie sensacyjnym. Co do Vanessy Williams, byłej Miss Nowego Jorku, to jej rola ogranicza się do uosabiania ofiary, żeby Kruger i Deguerin mieli o co toczyć swoją małą wojnę z użyciem tajemniczej, elektromagnetycznej broni.

Owa broń to chyba najsłabszy element filmu, a Schwarzenegger z dwoma miotaczami tajemniczych promieni w muskularnych rękach wcale nie wygląda aż tak groźnie, raczej śmiesznie i pretensjonalnie. Same zaś karabiny z zielonymi latarkami rodem z naszego PRL-u oraz tak wolno lecące z nich pociski, że na większych odległościach można się przed nimi po prostu uchylić, nie sprawiają wrażenia ani odkrywczych, ani zabójczo groźnych. O co więc cała ta heca? Scenarzyści widocznie niezbyt dopracowali realia całej rozgrywki. Bardziej zależało im na rozrywce, na którą trudno utyskiwać w typowym kinie akcji i to nieźle sfilmowanym przez Adama Greenberga. Kto jak kto, ale on potrafi wycisnąć z twarzy Schwarzeneggera maksimum dramatyzmu. Zrobił to w dwóch pierwszych Terminatorach. Udało mu się również w Egzekutorze, chociaż obiektywnie trzeba stwierdzić, że cała stylistyka, światło oraz projekt kadrów wraz ze scenografią stoją na znacznie niższym poziomie niż w historycznych już produkcjach Jamesa Camerona.

Bronią się natomiast efekty pirotechniczne, autentycznie wyglądające strzelaniny oraz sprawny montaż. Mimo że Egzekutor jest kinem akcji, to jednak nie polega ona wyłącznie na brutalnym wykańczaniu wszystkiego, co się rusza i ma broń. Film jest dobrze zrównoważony pod tym względem. Szkoda tylko, że dialogi nie należą do zbyt skomplikowanych, ale dobrze, że występują, i to w tak zaskakująco pokaźnej ilości. Całej produkcji natomiast brak krwistej soczystości. Ma ją np. Sabotaż Davida Ayera, mięsiste kino akcji ze współczesną odsłoną Schwarzeneggera w roli twardego dowódcy specjalnej jednostki. Egzekutor zaś przypomina za długo smażony stek. Białko w nim już dawno się ścięło, a krew wygląda jak wiekowa rdza. Jedynie wysokiej jakości mięso kusi jeszcze, by takie danie zjeść. Kto nim jest? Oczywiście Arnie. Z żalem muszę jednak przyznać, że czas dotyka również takich bogów jak niezłomny bohater Predatora. Albo więc trzeba zniknąć z ekranu na dobre, albo coś radykalnie w sobie zmienić.

Udziałem w Egzekutorze Arnold Schwarzenegger zamknął pewien etap swojego aktorstwa, a także wraz z nim zgasł pewien model kina akcji. Później nastąpił mały kryzys w karierze Austriaka. Z dzisiejszej perspektywy można jednak z ulgą stwierdzić, że wielki Arnie powrócił z charyzmą godną NIEZNISZCZALNEGO. Zmierzch boga kulturystów okazał się dla niego narodzinami dojrzałego mistrza SABOTAŻU, którego nie jest wstyd nazwać ERASER.

Ostatnio dodane