Publicystyka filmowa
Aktorzy i aktorki, którzy zasługują na OSCARA za ZA CAŁOKSZTAŁT twórczości
Aktorzy i aktorki, którzy zasługują na OSCARA za CAŁOKSZTAŁT twórczości, to weterani kina zasługujący na hołd i sentymentalne wspomnienia.
Spieszmy się nagradzać aktorów, tak szybko odchodzą. Kategoria: honorowy Oscar za całokształt dorobku filmowego lub szczególny wkład w światową kinematografię została wycofana z głównej ceremonii przyznawania najważniejszej (?) nagrody filmowej i od 2009 roku rozdanie to odbywa się jako osobna impreza. Moim zdaniem ta decyzja nie była do końca słuszna ani sprawiedliwa. Moment wręczenia takiej statuetki na oficjalnej uroczystości miał swoją magię: uznanie, owacje na stojąco, sentymentalną podróż w przeszłość, powrót do wspomnień. W ubiegłym roku oprócz Davida Lyncha honorowego Oscara odebrała między innymi Geena Davis (tym razem za inny aspekt działalności w branży), a także Wes Studi, aktor indiańskiego pochodzenia.
Niniejszy artykuł mówi o zasłużonych odtwórcach w wieku seniora, weteranach kina, którzy kilkakrotnie otarli się o statuetkę. To nie znaczy, że poniższy tekst pozbawia ich jakiejkolwiek szansy na jej zdobycie. Nic podobnego – wystarczy jedna trafna rola i bingo. Czas jednak się nie cofa. Przypadek Benjamina Buttona raczej nie ma szans na zaistnienie w pozafilmowej rzeczywistości. Tacy aktorzy jak John Hurt, Dennis Hopper czy Rutger Hauer muszą niestety zostać usunięci z listy potencjalnych kandydatów. Na szczęście kilku starych wyjadaczy jeszcze nam zostało. Gdyby nie trafili na oscarową kreację, warto o nich pamiętać również pod kątem ukoronowania wieloletniej pracy aktorskiej.
Willem Dafoe
Charyzma, niejednoznaczność, a przede wszystkim wszechstronność, żyłka ryzykanta, otwartość i zamiłowanie do ekranowych eksperymentów. Aktor, który żadnej roli się nie lęka. Nadal w formie, ciągle aktywny, sprawdzający się w rozmaitych gatunkach i konwencjach. Role komercyjne współczesnego kina? Proszę bardzo: Spider-Man, Aquaman, John Wick. Udział w mocno kontrowersyjnych filmach z odważnymi kreacjami? Nie ma problemu: Ostatnie kuszenie Chrystusa, Antychryst. Postacie porządnych facetów niemal bez skazy? Znajdzie się ich wiele, w filmach mniej lub bardziej ambitnych: Pluton, Missisipi w ogniu, Boże skrawki, Białe piaski. Przykuwające uwagę czarne charaktery? Wystarczy wymienić tylko Żyć i umrzeć w LA i Dzikość serca. Wymagające, artystyczne role? Tych także nie brakuje: Cień wampira, Passolini, Van Gogh. U bram wieczności. Zeszłoroczny Lighthouse dowodzi, że Dafoe nie zamierza przejść na emeryturę, nadal jest głodny ciekawych ról, a tradycyjny Oscar za regularną kreację pozostaje jak najbardziej możliwy. Jednak w wyścigu do tej nagrody potrzebny jest również element szczęścia i gdyby w tym aspekcie aktorowi tego fartu zabrakło, to statuetka za dorobek zdecydowanie mu się należy!
Ed Harris
Zawodowiec i jeden z najbardziej solidnych aktorów, którego gra nie spada poniżej określonego poziomu, nawet gdy film z jego obecnością jest nieco słabszy. Harris to po prostu równy „gracz”, fachowiec rzadko (jeśli w ogóle) pozwalający sobie na ekranowe wpadki. Cztery nominacje do Oscara mówią same za siebie. Aktor jest znany ze zdecydowanych, męskich ról. Zarówno pozytywnych jak i negatywnych, lub jednych i drugich w tej samej postaci. W latach 80. i 90. trochę niedoceniony pomimo kilkunastu zapadających w pamięć ról (Alama Bay, Zabić księdza, Szalony Meg, Walker) i udziału w znanych, wysokobudżetowych produkcjach – Otchłań, Twierdza, W słusznej sprawie, Apollo 13, Truman Show (za role w dwóch ostatnich nominowany do Oscara). Od 2000 roku aktor nie zwalniał tempa, pokazując swoje możliwości na ogół w rolach drugoplanowych (z wyjątkiem np. Pollocka; kolejna nominacja od Akademii), nie dając się jednak przyćmić głównym wykonawcom. Harris był i niejednokrotnie jest filarem obrazu. Zdobył należyty szacunek. Należy do tych doświadczonych aktorów, których pojawienie się na ekranie potrafi wzbudzić respekt. Czy Oscar w jego przypadku jest kwestią czasu? Na pewno jest nagrodą na miarę jego aktorstwa.
Nick Nolte
Popularność zdobył dzięki serialowi Pogoda dla bogaczy i już wtedy dał się poznać jako wyrazisty aktor i spec od charakternych ról. Duży ekran upomniał się o niego, co było oczywistością, a nawet formalnością. Stworzył zabawny duet z debiutującym wówczas Eddiem Murphym w 48 godzinach. Nolte nawet w komediach był aktorem z krwi i kości, a będąc „tym poważnym”, umiał rozbawić na zasadzie kontrastu z partnerem. Ale ten ekranowy wyga, to przede wszystkim aktor z dramatów – obyczajowych, sensacyjnych czy wojennych. Jego wizerunek: szorstki, władczy, kategoryczny, lecz skrywający pokłady ciepła i wrażliwości, pozostał w nim w wielu wcieleniach. Do tych najlepszych należą role w takich dziełach jak Pożegnanie z królem, Książę przypływów, Olej Lorenza, Cienka czerwona linia, Prywatne piekło. Nolte miał spore problemy z alkoholem, ale na szczęście nie skończyło się na całkowitym przerwaniu kariery.
Aktor wystąpił na przykład w adaptacji komiksu Hulk i zdobył trzecią nominację do Oscara za Wojownika. Oczywiście można mu życzyć omawianej nagrody, bo aktora tego formatu jeszcze na to stać. Gdyby się jednak nie udało, to Nicka Noltego można śmiało umieścić w kolejce do Oscara za całokształt aktorstwa.
Harvey Keitel
Jeśli Harvey Keitel nie otrzyma Oscara choćby honorowego, będzie to duża ujma dla Akademii. Ten bardzo pracowity aktor według wielu widzów dorównuje samemu Robertowi De Niro, choć wciąż jest traktowany jako jego mniej faworyzowany brat.
Keitel zaczynał u Martina Scorsese i Ridleya Scotta. Długo czekał na filmowy awans do pierwszej ligi Hollywood, przez dwie dekady pozostając docenianym aktorem drugiego planu. Grał dużo, a może nawet zbyt dużo, bo chyba nie zawsze przebierał w scenariuszach czy udzielał się produkcjach głównego nurtu. Dopiero w latach 90. nastąpił przełom w postaci głównych ról w Złym poruczniku i Wściekłych psach. Aktor wciąż grał często i nie zawsze w filmach z górnej półki, zdarzały się role luźniejsze, lecz występy w Fortepianie, Pulp Fiction i Dymie potwierdziły jego pozycję jednego z bardziej istotnych aktorów amerykańskiego kina.
Co ciekawe, mimo tylu różnych ról u rozmaitych reżyserów Keitel zdobył tylko jedną nominację do Oscara za drugoplanową rolę w Bugsym z 1991 roku. Aktor w zeszłym roku pojawił się w szeroko omawianych dramatach, choć epizodycznie: gangsterskim (Irlandczyk) oraz wojennym (Malowany ptak). Ciągle jest ważnym punktem każdego projektu.
John Malkovich
Patrząc na bogatą galerię aktorskich portretów tego aktora, nietrudno się zdziwić, że tylko dwa razy konkurował do Oscara. A przecież za role w Niebezpiecznych związkach czy Myszach i ludziach powinien zostać przynajmniej nominowany. Malkovich kojarzony z postaciami cynicznych i niemoralnych bohaterów potrafił pokazać ich bardziej złożone oblicze, a o jego autoironicznym zmyśle niech świadczą obrazy Być jak John Malkovich i Być jak Stanley Kubrick. Dokładny, poważny, metodyczny i wyrafinowany styl Brytyjczyka znalazł szybko uznanie na rynku amerykańskim bez jego straty po dziś dzień. Malkovich potrafi się dopasować do każdego nurtu: filmu o wyraźnie ambitnych aspiracjach czy też tych o komercyjnych potencjale. Doświadczenie wyniesione z desek teatralnych i solidne aktorskie wykształcenie kwalifikują go do każdej roli bez względu na gatunek obrazu. Bez niego kino straciłoby na wartości, zatem jeśli Oscar go ominie, będzie to spore niedopatrzenie Akademii.
Harrison Ford
Cóż, Harrison Ford może nie jest takim eklektycznym odtwórcą jak wyżej wymienieni koledzy z branży, nie ma takich zdolności transformacji i psychologicznej wnikliwości. To jednak bezapelacyjnie aktor markowy, który zagrał w bardzo kasowych hitach jako gwiazdor w latach, kiedy o dzisiejszych efektach CGI i blockbusterach nikt nawet nie śnił.
W latach 90. redakcja czasopisma filmowego „Cinema Press Video” ogłosiła ranking dla czytelników, którzy mieli zagłosować na ulubione filmy wydane na VHS, a także na ulubionego aktora i aktorkę. Z aktorów zwyciężył Harrison Ford, z aktorek wygrała Sharon Stone. Ford był specjalistą od ról szlachetnych, prawych mężczyzn z niezłomnymi zasadami. Han Solo, Indiana Jones, Rick Deckard czy Jack Ryan to przykłady pierwsze z brzegu, ale nie należy pomijać w filmografii aktora takich tytułów jak Świadek, Wybrzeże moskitów, Frantic, Odnaleźć siebie czy oczywiście Ścigany. Warto zaznaczyć, że aktor niezbyt często korzystał z pomocy kaskaderów i niejednokrotnie sam wykonywał ryzykowne zadania na planie. Widać, że dosięgnął go ząb czasu, jego role nie są już tak efektowne i szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby udało mu się zdobyć Oscara przed zasłużoną emeryturą (a przynajmniej ma mniejsze szanse niż powyższa gwardia). Jestem jednak zdania, że nagrodzenie go specjalnym Oscarem byłoby jak najbardziej na miejscu.
Sylvester Stallone
Dlaczego Sly zamiast Richarda Gere’a, Jamesa Caana, Martina Sheena albo aktorów jego pokroju, czyli Arnolda Schwarzeneggera, Bruce’a Willisa czy Kurta Russella? Już wyjaśniam. Stallone to tytan nie tylko kina akcji. Jego droga do kariery, determinacja, wytrwałość, serce i zaangażowanie współgrają z jego postaciami i sposobem ich pokazywania na ekranie.
W jego rolach zawsze (albo niemal zawsze) można było dostrzec płomień ambicji i próbę wyłamania się z krzywdzącej szufladki „osiłka kina rozrywkowego”. Był w nich jakiś życiowy dramatyzm, realna walka z losem, chęć udowodnienia, że stać go na więcej wbrew wszelkim przeciwnościom. Rocky czy Rambo to niewątpliwie ikony w jego dorobku, aczkolwiek aktor udowodnił, że potrafi grać nie tylko mięśniami i także w mniej popularnych obrazach (Ucieczka do zwycięstwa, Tunel, Copland).
Mimo siódmego krzyżyka na karku i nadejścia nowej ery kina Stallone ciągnie całą serię, pokazując ducha swojego najlepszego okresu oraz szkołę tamtej epoki. Dostosowuje się do nowych standardów nie tylko z pozycji aktora, ale też inicjatora (zgromadzenie klasycznych i nowych gwiazd kina akcji w jednym projekcie – Niezniszczalni). Nieraz stawał po obu stronach kamery, realizując swoje scenariusze. Pod tym względem można go przyrównać do Clinta Eastwooda. Obaj są niezniszczalnymi autorytetami wykraczającymi poza kinowy ekran.
Dlatego honorowy Oscar dla Sylvestra Stallone’a byłby pięknym zwieńczeniem jego osiągnięć.
Glenn Close
Na liście nie mogło zabraknąć chociaż dwóch pań wielkiego ekranu. Glenn Close, żelazna dama amerykańskiego kina, ma na swoim koncie siedem nominacji do Oscara, który wciąż pozostaje w zasięgu ręki. Znana z ról silnych, stanowczych kobiet, ma na swoim koncie szeroki wachlarz kreacji i może się poszczycić znakomitym warsztatem.
Aktorkę ciągle stać na to, aby stanąć w szranki z młodszymi koleżankami o nagrodę Akademii, czego dowodzi główna rola w Żonie. Gdyby coś jednak nie poszło zgodnie z tymi przypuszczeniami, należy docenić pracowitość i rzetelność tej aktorki oraz wiele ról powyżej przeciętnej. Obecnie aktorka przymierza się do roli matki próbującej wyciągnąć córkę (Mila Kunis) z nałogu narkotykowego. Szykuje się kolejna rola na miarę Oscara?
Sigourney Weaver
Kolejna aktorka z mocną osobowością ekranową, która pomimo upływu lat nie pozwala się zepchnąć na dalszy plan przez młode gwiazdy, które ciągle mogą się od niej uczyć. W roku 1988 była podwójnie nominowana do Oscara: za rolę pierwszoplanową w Gorylach we mgle oraz za drugi plan w Pracującej dziewczynie. Utożsamiana przede wszystkim z waleczną Ellen Ripley, Weaver nie pozostawiła złudzeń co do swojego szerszego zakresu umiejętności. Aktorka nie została spisana na straty – obecnie powstają kontynuacje Avatara i Pogromców duchów z jej udziałem i wcale nie zanosi się na zwolnienie tempa. Nie ma wątpliwości, że jest jedną z tych odtwórczyń, u której brak Oscara można odczytać jako niedocenienie. Warto, aby za kilka lat AAF pomyślała o specjalnym uhonorowaniu tej dzielnej kobiety dużego ekranu.
