Recenzje

AT ETERNITY’S GATE. Mój Vincent (Camerimage 2018)

Poruszający obraz destrukcyjnej relacji postępującego szaleństwa z wielką sztuką

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Stosunkowo niedawno na ekranach kin gościł Twój Vincent, który z mniejszym lub większym powodzeniem przedstawiał historię słynnego malarza. Interesującym, ale nieco krzywdzącym dla tytułowej postaci zabiegiem okazało się ukazanie van Gogha poprzez oczy innych. W efekcie filmowemu artyście było bliżej do chodzącej legendy niż człowieka z krwi i kości. Ten nieco wyidealizowany punkt widzenia nie do końca pokrywał się z rzeczywistym stosunkiem ówczesnych ludzi do Vincenta i jego sztuki. Cały film określiłbym natomiast jako przepięknie oprawione i pełne emocji stadium późniejszej fascynacji malarzem. Każdy, kto chciałby jednak lepiej zrozumieć osobę, jaką był Vincent van Gogh, powinien zainteresować się At Eternity’s Gate. Tutaj nikt nie jest zainteresowany przedstawieniem władającego pędzlem półboga, a w zamian dostajemy obraz złamanego człowieka.

To właśnie problemy psychiczne van Gogha i jego trudności w relacjach z innymi ludźmi interesują reżysera najbardziej. Zamiast odhaczać kolejne kamienie milowe życiorysu malarza (jak to bywa w wielu banalnych biografiach), reżyser postanowił skupić się na końcowym etapie jego życia. Pokazuje on nam zagubionego mężczyznę, który nie potrafi poradzić sobie z samotnością i swoimi impulsywnymi odruchami. Filmowy van Gogh jest niezrozumiany i odtrącany przez większość społeczeństwa. Mało kto potrafi docenić jego obrazy – dla przeciętnego odbiorcy są chaotyczne i brzydkie. On sam nie marzy o sławie czy bogactwie, zależy mu po prostu na podzieleniu się z innymi swoim spojrzeniem na świat.

Schnabel podejmuje odważną próbę zrozumienia Vincenta, rezygnując z dawania widzowi tego, czego ten mógłby się spodziewać.

Nie zobaczycie tu sceny odcinania własnego ucha, a spragnieni widoku wyrządzonej szkody dostają go w bardzo przewrotnej formie (wyobrażam sobie chichot reżysera kręcącego tę scenę). Nie mniej śmiałe zabiegi dotyczą formy filmu, która na pierwszy rzut oka nie jest tak imponująca, jak w Twoim Vincencie, ale na mnie zrobiła jeszcze większe wrażenie.

Praca kamery zaskakuje już od pierwszej sceny, w której przyjmuje ona punkt widzenia van Gogha podchodzącego do jakiejś kobiety, której podobiznę chce naszkicować. Operator bezceremonialnie narusza przestrzeń osobistą bohaterów oddając niezręczność ich relacji. Vincent ma w zwyczaju być nerwowym i bezpośrednim (bez wyczucia taktu), a zachowanie innych ludzi często kompletnie go przytłacza. Dzięki nietypowym zabiegom operatorskim odczuwamy ten dyskomfort równie intensywnie, co filmowe postaci. W innych momentach kamera często skupia się na pozornie nieistotnych detalach albo pokazuje zniekształcony i utrzymany w odcieniach żółtego obraz świata – jedno i drugie pozwala nam spojrzeć na rzeczywistość oczyma van Gogha (możliwe jest, że cierpiał na ksantopsję).

Postać wybitnego malarza jest nam tak bliska również (a w zasadzie przede wszystkim) dzięki fenomenalnej kreacji Willema Dafoe. Schnabel przy okazji jakiegoś wywiadu powiedział, że Dafoe był jego pierwszym i jedynym wyborem do tej roli, co doskonale rozumiem. Powierzchowność aktora czyni go niezwykle wiarygodnym w tym wydaniu, a jego występ jest autentyczny i poruszający. Jego Vincentowi nie sposób nie współczuć – pod warstwą cierpienia, zagubienia i postępującej utraty kontroli nad swoimi zachowaniami kryje się bardzo wrażliwy i wyczulony na piękno człowiek. Przez film przewija się również kilku innych świetnych aktorów i nawet jeśli pojawiają się tylko na chwilę, jak Mads Mikkelsen, to skutecznie czynią swoje epizody pamiętnymi. Wśród nich na pierwszy plan wysuwa się świetny Oscar Isaac wcielający się w Paula Gauguina, kolegę po fachu i zarazem przyjaciela van Gogha. Relacja mężczyzn pozwala nam lepiej zrozumieć samotność Vincenta, a przy okazji posłuchać dyskusji na temat malarstwa i procesu twórczego. Bohaterowie rozmawiają o tych kwestiach swobodnie i bez nadęcia, którego można by było się spodziewać. Vincent w pewnym momencie mówi, że czasem ma wrażenie, że maluje dla przyszłych pokoleń – mam szczerą nadzieję, że prawdziwy van Gogh również myślał w taki sposób.

Ostatnio dodane