Publicystyka filmowa
DOM NA PRZEKLĘTYM WZGÓRZU. Odtrutka na dwór w Bly
DOM NA PRZEKLĘTYM WZGÓRZU to znakomity horror, który z mistrzowską precyzją łączy egzystencjalny smutek z niepowtarzalnym klimatem grozy.
Niedawna premiera Nawiedzonego dworu w Bly przyniosła większości widzów raczej spore rozczarowanie, zwłaszcza po znakomitym Nawiedzonym domu na wzgórzu tych samych twórców. Nie jestem w swej ocenie tak surowy jak Jan Dąbrowski, który recenzując nowy serial, dał mu 3/10, ale i ja uważam, że Mike Flanagan ze swoją ekipą nie przyłożyli się do zadania zaadaptowania (czy też zmiksowania) W kleszczach lęku i innych opowieści o duchach Henry’ego Jamesa tak, jak zrobili to dwa lata wcześniej z Nawiedzonym domem Shirley Jackson.
Egzystencjalny smutek niespełnionego, nagle przerwanego życia oraz związana z tym tragedia tych, którzy pozostali, są ponownie podstawą horroru, ale tym razem to nie działa, groza gdzieś uleciała. W przypadku historii o nawiedzonym domostwie jest to rzecz wręcz niewybaczalna. Doceniam ambicje Flanagana, ale czasem tym, co widzowie chcą najbardziej zobaczyć w tego typu opowieściach, jest prosty schemat oparty na efektownym straszeniu uwięzionych w domu bohaterów. Rozczarowanie netfliksowym serialem sprawiło, że przypomniałem sobie o filmie, który pod wieloma względami stanowi jego całkowite przeciwieństwo.
W 1999 roku Joel Silver, Robert Zemeckis i Gilbert Adler założyli Dark Castle Entertainment, oddział firmy produkcyjnej Silver Pictures, w swej nazwie nawiązujący do nazwiska Williama Castle’a, twórcy B-klasowych horrorów z lat 50. i 60. Panowie współpracowali ze sobą już przy okazji serialowych Opowieści z krypty, których geneza również sięgała połowy ubiegłego wieku, mając swój początek w komiksach wydawnictwa EC. Tym samym ich nowe przedsięwzięcie można było uznać za kontynuację zainteresowań bardzo konkretną odmianą horroru, krwawego, groteskowego, ale i pełnego czarnego humoru.
Z solidnymi budżetami w przedziale 20-40 milionów dolarów, uznanymi aktorami w obsadzie, efektowną oprawą wizualną, a przede wszystkim zamiłowaniem do fantastycznej makabry Dark Castle proponował widzom – przynajmniej w założeniu – atrakcyjniejszy rodzaj horroru od tego, który naówczas gościł w amerykańskich kinach (a był to czas, kiedy slasher wrócił do łask za sprawą Krzyku, zaś wystawne gotyckie filmy grozy przestały się podobać). Ich inauguracyjnym tytułem był Dom na przeklętym wzgórzu w reżyserii Williama Malone’a.
Ten luźny remake filmu Castle’a z 1959 roku opiera się na podobnych założeniach co oryginał – grupka nieznajomych otrzymuje zaproszenie do spędzenia nocy w nawiedzonym domu za pokaźną sumkę pieniędzy (w starej wersji jest to 10 tysięcy dolarów dla każdego, w nowej okrągły milion). Nie wiedzą jednak, że ich gospodarz i jego żona nienawidzą się do tego stopnia, że być może bardziej od duchów goście powinni bać się toksycznych małżonków. Z drugiej strony dom faktycznie sprawia niepokojące wrażenie – swą konstrukcją niemal wyrasta ze wzgórza, ale to jego niesławna historia miejsca, w którym mieścił się szpital psychiatryczny aż do buntu pacjentów i rzezi niemal całego personelu w latach 30. , może budzić lęk. Wkrótce czwórka gości, zarządca posiadłości oraz ci, którzy ich rzekomo zaprosili, zostają zamknięci w domu w ramach towarzyskiej zabawy.
Film otwiera czołówka przywodząca na myśl dokonania braci Quay w animacji poklatkowej, zilustrowana znakomitym, ponurym motywem przewodnim Dona Davisa. Celnie nadaje ona ton dla reszty obrazu, który niemal od początku sugeruje obecność złowieszczej, fantastycznej siły zamieszkującej tytułowy dom. Mimo to scenariusz Dicka Beebe’a (wg pierwotnego skryptu Robba White’a) przez długi czas nie rezygnuje z pytania o faktyczny udział duchów, opierając się na zwrocie akcji z oryginalnego filmu, ale również rysunku bohatera granego w remake’u przez Geoffreya Rusha.
W pierwowzorze główną rolę organizatora upiornej zabawy zagrał Vincent Price, ikona kina grozy, z jednej strony aktor, który potrafił nasycić swe postaci niemal arystokratyczną pozą, z drugiej nierezygnujący ze sporej dozy ironii i dystansu nawet wtedy, gdy wcielał się w łajdaków. Teatralność jego gry doskonale pasowała do reżyserowanych przez Rogera Cormana adaptacji prozy Edgara Allana Poego, czy też właśnie do B-klasowego repertuaru Castle’a. Tę samą rolę w nowej wersji gra Rush i mógłby być on jedynym powodem, dla którego warto obejrzeć nową wersję. Jego Stephen Price wziął od swego poprzednika nie tylko nazwisko, ale też wygląd (mimo że pierwotnym zamiarem Rusha było upodobnienie się do.
.. Johna Watersa) i rodzaj scenicznej maniery, aktorzenie na pożytek publiki nieświadomej tego, że nią jest. Równocześnie jest to coś, co główny bohater mógł odziedziczyć po twórcy oryginalnego filmu. William Castle był bowiem lepszym marketingowcem niż filmowcem – oferował polisy na życie, realizowane w wypadku śmierci ze strachu podczas seansów jego horrorów, zawieszał nad widownią latające szkielety, montował pod siedzeniami kinowych foteli wibrujące urządzenia. Ekranowy Price jest właśnie takim genialnym przedsiębiorcą-showmanem, który żyje z napędzania ludziom strachu.
Nic dziwnego, że w widzu rodzi się przeświadczenie, iż cała noc straszenia została wcześniej zaplanowana przez gospodarza, i nawet jeśli on sam wydaje się miejscami zaskoczony przebiegiem zabawy, może być to wyłącznie gra na potrzeby uwiarygodnienia sytuacji. Z drugiej strony na pomysł zorganizowania imprezy w domu na przeklętym wzgórzu wpadła małżonka Price’a, zimna jak lód Evelyn (Famke Janssen w swoim najbardziej jędzowatym wcieleniu), zatem być może to ona pociąga za wszystkie sznurki. Masochistyczna relacja między tą dwójką działa najlepiej w całym filmie, gdyż – podobnie jak w przypadku samych duchów – rodzi pytania.
Nie wiadomo, jak daleko posuną się małżonkowie w swojej nienawiści do siebie i czy ta nie jest przypadkiem tym, co napędza ich związek. Nie dziwi, że zaproszeni goście stanowią w dużej mierze tło dla wojenki Price’ów, może z wyjątkiem wziętego prosto z Saturday Night Live Chrisa Kattana, tutaj jako strachliwego, krzykliwego i coraz bardziej pijanego Pritchetta, zarządcy domu, który nie ma wątpliwości, że wszyscy zginą przed świtem.
Malone przez długi czas zachowuje równowagę między gęstą atmosferą filmu, spotęgowaną przez muzykę Davisa, zdjęcia Ricka Boty oraz fantastyczną scenografię Davida F. Klassena, Richarda F. Maysa i Lauri Gaffin, a rozrywkowością konceptu, który zasiewa w widzach ziarno wątpliwości, czy aby na pewno w domu straszy coś więcej niż Steven i Evelyn. Niestety w momencie, w którym poznajemy odpowiedź na to pytanie, widowisko staje się bardziej męczące niż emocjonujące, humor wyparowuje, teledyskowa oprawa irytuje, a przeniesienie uwagi z Price’ów na grających ich gości Petera Gallaghera, Bridgette Wilson, a zwłaszcza Ali Larter oraz Taye’a Diggsa jest rozczarowujące.
Nie jest to wina aktorów, a scenariusza, który nie daje im nic do grania. Szkoda zwłaszcza znanego z Re-Animatora Jeffreya Combsa, tutaj w epizodycznej roli upiornego doktora Vannacutta. Rush do samego końca zachowuje klasę, choć nawet on w pewnym momencie musi ukorzyć się przed zalewającą ekran falą efektów specjalnych, z których najlepiej pomyślanym jest żywy test Rorschacha. Szkoda, że jako efekt CGI nie jest w ogóle straszny.
Dom na przeklętym wzgórzu stanowi modelowy wzór dla przyszłych realizacji Dark Castle, ze wszystkimi plusami i minusami. Jest głośno, efekciarsko i nie zawsze logicznie (lista gości jest nieprzypadkowa, choć jedno nazwisko nie powinno się na niej znaleźć), równocześnie oprawa wizualna robi wrażenie, a klimat bezmyślnej zabawy udziela się widzom chętnym eksploracji nawiedzonych przybytków z niezbyt mądrymi bohaterami. Podobnie rzecz się ma z Trzynastoma duchami, Statkiem widmo, Domem woskowych ciał i Gothiką (najlepszym horrorem Dark Castle jest jednak Sierota, która mocno odchodzi od standardów tamtych filmów na rzecz grozy psychologicznej i pozbawionej nadprzyrodzonych naleciałości). Mimo to ich pierwszy film góruje nad przyszłymi właśnie dzięki Rushowi, podważającym „straszną” konwencję pełną wdzięku rolą, odsyłającą nas pamięcią do dużo bardziej figlarnego oryginału.
Sentyment do filmów Dark Castle pozostał, choć świadomość ich doraźnej wartości wcale nie zachęca do powtórek. Mimo że nigdy nie zawiesili działalności, już kilka lat minęło od premiery ostatniego obrazu, który wyprodukowali (co ciekawe, nie był to wcale horror, a Suburbicon George’a Clooneya). Próbowali ożywić gatunek powrotem do B-klasowego repertuaru za grube miliony, ale teledyskowa estetyka potrafiła zabić nawet najlepiej ucharakteryzowane duchy, o ledwie naszkicowanych żywych bohaterach nie wspominając. Być może jednak nadchodzące Halloween będzie świetną okazją, aby sprawdzić – po raz pierwszy lub wtóry – jak dobrze można się bawić na produkcjach Dark Castle. Na pewno lepiej niż w Bly.
