Recenzje
RESIDENT EVIL 2: APOKALIPSA (2004)
W filmie RESIDENT EVIL 2: APOKALIPSA przetrwanie staje się wyzwaniem w świecie pełnym zombie. Radość z akcji miesza się z rozczarowaniem.
„Resident Evil” to nazwa gry komputerowej z gatunku survival horror. Doczekała się kilku kontynuacji i jest przez graczy na całym świecie uważana za grę kultową. W 2002 roku do światowych kin wszedł film na podstawie gry i, co tu dużo mówić, okazał się strzałem w dziesiątkę. Kwestią czasu pozostawało zatem nakręcenie drugiej części – tak powstał „Resident Evil: Apokalipsa”. Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że nie miałem przyjemności zagrania w grę, a więc ewentualne porównania będą stricte filmowe.
Może też od razu zaznaczę, że druga część adaptacji popularnej gry komputerowej jest o wiele słabsza od poprzedniczki. Jeżeli kogoś interesuje dlaczego tak jest, zapraszam do poniższej recenzji, ale jednocześnie ostrzegam, że mogą się w niej znaleźć malutkie spoilery filmu.
Początkowo film miał wyreżyserować twórca części pierwszej – Paul W.S. Anderson. Niestety porzucił reżyserkę „Apokalipsy” na rzecz powstającego w tym samym czasie „Alien vs Predator”, jako oficjalny powód podając chęć jak najszybszego ukończenia „AvP”. Tak więc Anderson został 'tylko’ producentem i posadził na stołku reżyserskim Alexandra Witta – debiutanta, który wcześniej pracował m. in. jako operator kamery. Był to pierwszy z wielu błędów, które zostały popełnione w fazie produkcji „Apokalipsy” i zarazem chyba największy, którego skutki są najbardziej widoczne.
Niezaprzeczalnym atutem jedynki był gęsty, klaustrofobiczny klimat podziemnego laboratorium, z którego nie ma ucieczki. Dwójka takiego klimatu nie posiada, a było nad czym popracować – opustoszałe miasto, porzucone budynki (m. in. kościół i szkoła). To wszystko mogło stworzyć wspaniały nastrój, ale reżyser niestety miał zupełnie inną wizję. Dla Witta nie ma znaczenia gdzie akcja się rozgrywa, ważne jest tylko to, jak zrobić jak najwięcej spektakularnych scen akcji.
Niestety tym właśnie „Apokalipsa” jest – typową rozwałką, niemającą nic wspólnego z horrorem. Kolejnym gwoździem do trumny jest sam scenariusz. Anderson, który jest jego autorem, po prostu pokpił sprawę (oczywiście nie wiemy jaki udział w tym mieli producenci…). Scenariusz jest tak hollywoodzki, że szkoda gadać. Nie dość, że złożony z samych klisz filmowych (bo oczywiście film o zombie bez czarnego dowcipnisia, który skomentuje każde wydarzenie, to żaden film…), to dialogi są momentami tak spartolone, że wołają o pomstę do nieba. Na dodatek reżyser wyraźnie chciał, żeby jego dziecko miało zacięcie dramatyczne, które.
..ech, szkoda pisać. Wygląda na to, że Anderson i Witt poszli na kasę, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. W przypadku reżysera jeszcze potrafię zrozumieć, że chciał pokazać się z jak najlepszej (czytaj wizualnej) strony, żeby dostać fundusze na kolejny film. Natomiast Andersona nijak nie mogę zrozumieć, bo udowodnił, że potrafi zrobić dobrą adaptację gry komputerowej („Mortal Kombat” i „Resident Evil„), a teraz wygląda na to, że i jego wciągnęła hollywoodzka maszynka do robienia pieniędzy. Oczywiście o widzach nikt nie pamięta, bo i po co…
Tych, którzy nie są zaznajomieni z historią z części pierwszej, odsyłam do recenzji Alieena. Fabuła „Apokalipsy” ma swój początek dokładnie w tym samym momencie, w którym skończyła się jedynka. Alice (Milla Jovovich) wychodzi z laboratorium na całkowicie zdemolowaną ulicę Racoon City i bierze do rąk shotguna. Teraz dowiadujemy się co i jak doprowadziło do tragedii w mieście. Mianowicie nieostrożność pracowników korporacji Umbrella, którzy uwolnili zombie zamkniętych w pozostałościach laboratorium z części pierwszej.
Sytuacja jest tragiczna, miasto jest ogarnięte paniką i chaosem. Korporacja ewakuuje mieszkańców Racoon City do momentu, gdy niebezpieczeństwo wydostania się wirusa T poza granice miasta staje się zbyt wielkie. Władze zamykają bramy miasta, skazując tym samym pozostałych wewnątrz mieszkańców na pewną śmierć. Była członkini elitarnej jednostki specjalnej S.T.A.R.S. (Special Tactics And Rescue Squad) Jill Valentine (Sienna Guillory) wraz z policjantem i dziennikarką telewizyjną zaczynają swą walkę o przeżycie w opanowanym przez zombie i inne mutanty mieście.
Okazuje się, że jest jeszcze iskierka nadziei – córka doktora Ashforda, jednego z najważniejszych naukowców korporacji, przebywa gdzieś na terenie miasta. Ashford zawiera z grupką, do której po drodze dołączyła Alice i dwóch komandosów ze S.T.A.R.S., układ – wskaże im drogę ucieczki w zamian za uratowanie życia córki. Nie mając innego wyjścia, Alice i reszta wyruszają na poszukiwania, a żeby było śmieszniej, władze korporacji wypuszczają na ulice miasta swój najnowszy twór genetyczny o nazwie Nemesis (taki podtytuł miała także trzecia część gry) w celu sprawdzenia efektywności tego czegoś…
No to teraz może słów kilka o aktorstwie. Jak wiadomo, w filmach tego typu nie jest to najważniejszy czynnik – ważniejsze jest to, żeby obsada była wygimnastykowana. W części pierwszej wszyscy aktorzy (z Millą na czele) stworzyli wyraziste postacie, które można było polubić lub nie. W „Apokalipsie” natomiast aktorstwo 'leży’, co jest winą tak scenariusza i reżyserii jak i niektórych aktorów, którzy mogli wykrzesać z siebie coś więcej. Nie można się przywiązać do żadnej z postaci, a całą akcję obserwujemy z obojętnością. Alice powoli staje się Ellen Ripley XXI wieku i niczym bohaterka serii „Obcych” stopniowo zatraca w sobie człowieczeństwo za sprawą eksperymentów genetycznych.
To już nie ta sama Alice, która oprócz walki z amnezją potrafiła z niesamowitą gracją i finezją rozprawiać się z tłumami zombie (robiąc przy tym kolosalne wrażenie swoim ubiorem). Niestety, to co nam funduje reżyser w tym przypadku to przede wszystkim sztuczność, a Milla też nie za bardzo wie jak sobie poradzić z nowym obliczem bohaterki. Najciekawszą chyba postacią w filmie jest Jill Valentine, która kradnie Alice cały film (o mini-spódniczce nie wspomnę). Robi dokładnie takie wrażenie jakie robiła Alice, gdy ją ujrzeliśmy pierwszy raz. Może w trójce, która na pewno powstanie, znowu jakaś nowa postać będzie fascynowała zamiast starych bohaterów.
..? Oded Fehr zatrzymał się chyba w ewolucji aktorskiej – wygląda i mówi tak samo jak w obu „Mumiach” z tą tylko różnicą, że tu zamiast używać białej broni może sobie dużo postrzelać. Aha…został jeszcze czarny charakter grany przez Thomasa Kretschmanna, który jest niestety równocześnie najsłabszym ogniwem ekipy aktorskiej. Tak słabego 'złego’ moje oczy dawno nie widziały w kinie. Nie dość, że wyraźnie brakuje chłopakowi charyzmy, to jeszcze wygląda jakby uciekł z planu jakiegoś filmu familijnego.
Przejdźmy teraz do strony technicznej filmu. W zasadzie jest to największy plus tej produkcji i nie można mieć tu większych zastrzeżeń. Wszystko wygląda widowiskowo i efektownie, akcja jest prowadzona w szybkim tempie, no może trochę przesadzono z montażem niektórych scen, ponieważ są momenty, w których ciężko się połapać co się dzieje. Są świetne zdjęcia autorstwa Dereka Rogersa („Cube„), które momentami zahaczają o klimat z części pierwszej. Jednakże zawsze jest jakieś 'ale’. W tym przypadku jest to oprawa muzyczna filmu, która nota bene byłą jedną z największych zalet jedynki.
Motyw muzyczny autorstwa Mansona potrafię sobie zanucić nawet teraz, po ponad roku od obejrzenia filmu, natomiast w dwójce nie dość, że nie ma takowego (chyba że jakoś umknął mej uwadze), to dzisiaj po kilkunastu godzinach od seansu nie potrafię sobie przypomnieć, czy w filmie była jakaś muzyka, czy to tylko odgłosy jęczących zombie… Podsumowując, „Resident Evil: Apokalipsa” pomimo wszystkich swoich wad da się obejrzeć i nawet przy tym dobrze bawić, ale fani części pierwszej (podejrzewam, że to samo tyczy się także fanów gry) nie będą do końca zachwyceni tym, co przyjdzie im zobaczyć na ekranie.
Niestety „Apokalipsa” to tylko jednorazowa rozrywka, o której bardzo szybko się zapomina i stąd mój apel do twórców, a przede wszystkim Paula Andersona – jak będziecie robili trójkę, to postarajcie się bardziej!
Tekst z archiwum film.org.pl
