DANNY TREJO. Brzydki, zły i z wąsem | FILM.ORG.PL

DANNY TREJO. Brzydki, zły i z wąsem








Tomasz Urbański
03.11.2013


danny-trejo-fox-search-retro-w

Facjatę Danny’ego Trejo trudno pomylić z jakąkolwiek. Po prostu nie wygląda wyjściowo. Być może zaczynam mało elegancko, ale właśnie tak powierzchowna sprawa jak lico, z jakim przyszło żyć temu niezwykle charakterystycznemu aktorowi, jest kluczem do zrozumienia jego drogi filmowej. Morda  klasycznego zakapiora z wydatnym wąsem i zabójcze spojrzenie twardego sukinsyna wciąż implikują ograniczenia w wachlarzu jego ról.

Na szczęście ten sympatyczny Meksykanin nie sprawia wrażenia specjalnie zawiedzionego. Paradoksalnie właśnie głęboko zapadająca w pamięć, pełna bruzd twarz, kojarząca się z typem spod ciemnej gwiazdy, pozwoliła zagościć Trejo na ekranie kinowym przez długie lata. Świadomy niedostatków warsztatowych, przyjmuje z pokorą to, co otrzymał od losu, wykorzystując w pełni i z uśmiechem na ustach sytuację. Tym bardziej, że nic nie zapowiadało takiego stanu rzeczy, bo pierwsze lata życia jednak łatwymi dla niego nie były.

trejo1

Urodził się w Kalifornii, trzy tygodnie przed lądowaniem w Normandii wojsk alianckich. Dzieciństwo nie było rozkoszne. W domu się nie przelewało. Rodzina też niespecjalnie interesowała się jego losem. To właśnie za jej sprawą ośmioletni Danny wpadł w poważne tarapaty. Mało roztropny wujek wciągnął go w świat narkotyków i ciemnych interesów. Regularnie, będąc na bakier z prawem, z początkiem lat 60. stał się częstym bywalcem kalifornijskich miejsc odosobnienia, znanych na całym świecie. Takie „marki” jak San Quentin czy Folsom mówią same za siebie. Walczył z uzależnieniem od heroiny i alkoholu, ostatecznie wygrywając. W więzieniach szlifował swój talent bokserski. Od dziecka pragnął być pięściarzem i tę profesję z powodzeniem rozwijał za kratkami, stając się mistrzem wśród tamtejszych mieszkańców. Wreszcie dzięki silnej woli i programowi resocjalizacyjnemu na początku lat 70. rozpoczął nowe życie, przechodząc na jasną stronę mocy. Dalej było już tylko lepiej.

PIERWSZE KROKI

Przed kamerą pojawił się, jak to często bywa, zupełnie przypadkowo. Znajomy z pudła, który pracował przy „Runaway Train” Andrieja Konczałowskiego, zaprosił Trejo na plan. Tu otrzymał – właśnie ze względu na wygląd – angaż. Producenci przyoszczędzili na charakteryzacji, która w przypadku Danny’ego była kompletnie zbędna. Umiejętności boksowania również posiadał, zatem ominęło go też szkolenie. Wypadł na tyle przekonująco, że już jako facet po czterdziestce rozpoczął niespodziewanie dla siebie hollywoodzką drogę ku sławie.

I znów wszystko rozbijało się o aparycję. Z tej racji Danny musiał zadowolić się propozycjami aktorskimi, które nie wymagały od niego dużych umiejętności. Wystarczyło pojawić się na planie i zrobić groźną minę. Wszelkiej maści zabijaki, bandziory, mordercy, gwałciciele, zbiry, skurczysyny byli jego chlebem powszednim. Obowiązki na planie polegały głównie na zadaniu kilku ciosów w szczękę, paru dźgnięć nożem czy puszczeniu niewybrednych wulgarnych wiązanek. Przykładał się do tego sumiennie, pojawiając się w kilku zapomnianych produkcjach klasy B. Z racji swej przeszłości i doświadczenia życiowego, wiarygodnie wypadał w roli więźniów („Penitentiary III”, „Maniac Cop 2”). Romansował z mainstreamowym kinem akcji, głównie w okolicach trzeciego i czwartego planu. Mimo tego z czystym sumieniem mógł w CV wpisać udział w „Lock Up” z Sylvestrem Stallone i „Marked For Death” z mistrzem Seagalem. Powoli, acz skutecznie wpisywał się w krajobraz aktorów drugiego sortu, którzy ubarwiali filmowe produkcje swoją aparycją. Regularne występy w serialach, filmach telewizyjnych i kinowych powodowały, że coraz chętniej był zapraszany na castingi do kolejnych projektów, choć wciąż nie były to filmy godne zapamiętania. Na początku lat 90. przeżył małe załamanie po zdjęciach do filmu Taylora Hackforda „Blood In, Blood Out„, który kręcony był w San Quentin. Trejo jednak dzielnie zniósł terapię, wychodząc z tego bez szwanku. Dodało mu to sił i motywacji w myśl porzekadła „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Ten epizod zwiastował nadejście nowego.

trejo2

PRZEŁOM

Nastąpił rok 1995. Rok, który okazał się niezwykle istotny dla dalszych losów naszego bohatera. Ta cezura czasowa definiuje moment, w którym jego kariera nabrała przyspieszenia i rumieńców. Właśnie wtedy premierę miały produkcje z udziałem Danny’ego, które okazały się po pierwsze przełomowymi, a po drugie najlepszymi w jego opasłej filmografii. Mówię tu oczywiście o arcydziele Michaela Manna „Heat”, gdzie aktor zagrał jednego z rabusiów (nomen omen o nazwisku Trejo!) bandy dowodzonej przez Neila McCauleya (Robert De Niro), wybitnym dramacie sensacyjnym w znakomitej obsadzie i z równie dobrą historią. Do tej pory jest to ulubiony obraz Danny’ego. Drugi film to „Desperado” Roberta Rodrigueza, wówczas nieznanego reżysera pochodzenia meksykańskiego, który osiągnął niebywały sukces tą kontynuacją swojego debiutu „El Mariachi”. Co ciekawe, na planie okazało się, że panowie są rodziną. Kuzynami w drugiej linii. Ten fakt, jak i wzorowa współpraca oraz obopólna sympatia zaważyły na tym, że w przyszłości jeszcze wielokrotnie ten duet cieszył widzów znakomitą współpracą. Tak stało się przy następnym filmie Rodrigueza „From Dusk Till Dawn”, gdzie Trejo pojawił się w pamiętnej roli Razora Charliego. Jest jedynym aktorem, który zagrał we wszystkich trzech częściach cyklu. Ten przewrotny obraz również cieszył się uznaniem i popularnością, co automatycznie przełożyło się na zwiększenie liczby lepszych ofert pracy. Efektem było regularne pojawianie się u boku gwiazd ekranu w hollywoodzkich hitach, jak choćby „Anaconda”, „Con Air”, „The Replacement Killers” czy „Six Days, Seven Nights”. Mimo tego, Trejo nie zdradził niskobudżetowych B-klasowców, konsekwentnie  grywając w tanich szlagierach, mających swoje grono zagorzałych fanów.

trejo3

W 2000 roku założył własną firmę producencką Starburst, która podjęła się realizacji dramatu więziennego „Animal Factory”. Reżyserią tego ciepło przyjętego filmu zajął się przyjaciel Danny’ego, Steve Buscemi. Spore zmiany w emploi aktora nastąpiły wraz z nadejściem nowego tysiąclecia. Odpowiednia konstelacja gwiazd i zwiększające się globalne ocieplenie spowodowały wygładzenie ekranowego wizerunku dotychczasowego mendy i szumowiny. Wszystko za sprawą… wspominanego Rodrigueza, który w 2001 roku obsadził Trejo w roli wujka Maczety w familijnej produkcji „Spy Kids”. Dzieciaki odwiedzające kina były zachwycone wujaszkiem do tego stopnia, że postać ta ostatecznie pojawiła się we wszystkich czterech filmach cyklu. Ta zmiana frontu spowodowała też urozmaicenie repertuaru; w filmografii pojawiły się komedie („Bubble Boy”, „Anchorman”), w których aktor bawił się swoim dotychczasowym wizerunkiem. Wyjątkowy dla jego kariery był rok 2002, kiedy premierę miało aż 11 produkcji, w których się pojawił. Jak się później okazało, był to dopiero początek lawiny, która zdaje się nie mieć końca. Trejo ponownie zagrał u Roberta Rodrigueza w „Once Upon A Time In Mexico”, zaliczał kolejne epizody w serialach „Monk”, „Desperate Housewives”, „Heist”, „Breaking Bad” czy „Stargate: Atlantis” i seryjnie kręcił akcyjniaki i horrory trzeciej świeżości, o których wiedzą i które widzieli tylko wtajemniczeni. Nie pozostawia w potrzebie swoich pobratymców i chętnie przyjmuje zaproszenia na plan meksykańskich produkcji, firmując swoim fizys nierzadko karkołomne tytuły. Niewątpliwy charakterystyczny sznyt dostrzegł w aktorze Rob Zombie, zatrudniając go zarówno w „The Devil’s Rejects”, jak i w odświeżonym „Halloween”. Danny nie odprawił z kwitkiem nawet producentów legendarnej soap-opery „The Young And The Restless” i dał się namówić na rolę barmana (swoją drogą to jeden z najczęściej wykonywanych przez niego ekranowych zawodów). Znalazł też chwilę na użyczenie swojego głosu w dwóch odsłonach gier z cyklu „Grand Theft Auto”.

Machete

MACHETE

Kiedy Quentin Tarantino i Robert Rodriguez wpadli na pomysł realizacji dwóch filmów w duchu grindhouse’owym, nie mogli przypuszczać, że najlepiej wyjdzie na tym… oczywiście Danny Trejo. Zarówno „Death Proof”, jak i „Planet Terror” (w USA pokazywane podczas jednego seansu jako „Grindhouse”) nie okazały się spodziewanymi przebojami, ale prawdziwą furorę zrobiły zrealizowane na potrzeby tego wyjątkowego projektu fałszywe zwiastuny do nieistniejących filmów. Stały się tak popularne i cenione wśród fanów, że dość szybko pojawił się pomysł realizacji filmów na ich podstawie. Producenci bardzo szybko podchwycili pomysł i wkrótce mogliśmy zobaczyć pełnometrażowy, nie do końca udany „Hobo With A Shotgun”. Ale to debiutujący na ekranach w 2010 roku „Machete” Rodrigueza, hołd i pastisz zarazem kina exploitation, stał się prawdziwą sensacją i hitem.

Niewątpliwie duża w tym zasługa znakomicie odnajdującego się w takim kinie charyzmatycznego Danny’ego Trejo, który po ćwierćwieczu grania ogonów, z 65 latami na karku, wreszcie miał możliwość wykreowania pierwszoplanowej postaci (to mu się należało!). Wywiązał się z tego zadania wybornie. Reżyser szybko wyczuł pismo nosem, i wkrótce zapowiedział stworzenie trylogii. Trejo tymczasem ponownie rzucił się w wir pracy, robiąc z kuzynem „Predators”. Woda sodowa nie uderzyła mu do głowy, czego efektem były kolejne urocze, celuloidowe szmiry (by oddać sprawiedliwość, należy wspomnieć o kilku interesujących, niskobudżetowych dramatach, jak „Sherry Baby”), wypuszczane z wybitnie dużą częstotliwością. Sporą część z nich stanowią epigońskie próby podpięcia się pod popularność widowisk świadomie imitujących stare, B-klasowe kino. Niestety jakość tych produktów pozostawia wiele do życzenia (vide „Zombie Hunter”).

bad-ass01

 

Z tego zalewu obrazów wyróżniłbym żartobliwy „Bad Ass” z 2012 roku, ponownie z główną rolą Danny’ego, który pod postacią brodatego Franka Vegi z wdziękiem i gracją oczyszcza ulice z szumowin i męt za pomocą bejzbola. Trzymały poziom dwie kontynuacje (prosto na DVD) „Death Race”, a sporym echem odbił się gościnny, dobrze oceniany występ w piątym sezonie „Sons Of Anarchy”. Niedawno premierę miała obiecywana wcześniej kontynuacja „Machete” pod wymownym tytułem „Machete Kills”. Jeszcze bardziej szalona, wybuchowa i upstrzona (również upadłymi) gwiazdami. Trejo znów straszył z plakatów swą wątpliwej urody twarzą. Trzecia część w przygotowaniu. Jej tytuł „Machete Kills Again.. In Space” mówi wszystko. A skoro mowa o sequelach, to już na ukończeniu jest „Bad Asses”, druga część niedawno wspomnianego obrazu. Tym razem tytułowemu bohaterowi z pomocą pospieszy imiennik Danny Glover, dzierżący w ręku kij hokejowy. Równie ciekawie prezentuje się też „Vengeance”, adaptacja komiksu reżysera Gila Mediny (nie ma to nic wspólnego z grą „Danny Trejo’s Vengeance: Woz With Coz”, dostępnej na smartfony, w której możemy wcielić się w tytułowa postać). Jak sam tytuł wskazuje, zapowiada się klasyczne kino zemsty.

BĘDZIE REKORD?

Studiując filmografię Danny’ego, nietrudno wywnioskować, że pierwsza dekada nowego milenium to szturm trejo-produktów wszelakich. Można odnieść wrażenie, że aktor zmienił swojego agenta, który za punkt honoru postawił sobie zorganizowanie swojemu klientowi czasu w taki sposób, by ten nie miał nawet chwili na oddychanie. Przyjął taktykę nie przebierania w rolach, a brania wszystkiego jak leci, co oczywiście odbija się na jakości. Liczba produkcji z nazwiskiem Trejo w obsadzie z roku na rok przybierała coraz większe rozmiary i nic nie wskazuje, by to się miało zmienić. Filmy kinowe, telewizyjne, seriale, gry, teledyski – gdzie się nie obejrzycie, Danny tam jest!

 

Mimo wieku emerytalnego, facet ani myśli przystopować. Nie pomagają monity z domu spokojnej starości. Trejo jest na fali wznoszącej i przy takim wskaźniku ilościowym rekord Leona Niemczyka jest w jego zasięgu (jednak na plecach czuć może oddech Michaela Madsena, który walczy równie zaciekle). Choć ma już prawie siedemdziesiątkę na karku, to siły witalne go nie opuszczają. Na potwierdzenie garść liczb. Jak do tej pory jego filmografia obejmuje około 230 ról! 2006 rok to 14 premierowych pozycji, 2007 rok – 13 pozycji, kolejne lata to podtrzymanie chlubnego poziomu. W 2010 padł rekord – 27 premier, czyli właściwie jedna co dwa tygodnie. W tym roku jest to już 25 produkcji, a na przyszły jest zakontraktowanych kolejne jedenaście. Podpinając się pod tę wyliczankę, nadmienię, trochę odbiegając od sedna, że był uprzejmy począć piątkę dzieci.

Jak widać z powyższego, ten nietuzinkowy dżentelmen to prawdziwy tytan pracy. Rzec o nim „niezniszczalny” to za mało (tylko czekać, aż na plan zaprosi go Sylvester Stallone, do swojej flagowej ostatnio serii). On, jego wizerunek, jego facjata, jego wąs, jego tatuaże i jego kucyk tworzą absolut. Ze zrozumiałych względów doświadcza hołdów (jak choćby w utworze „Danny Trejo” meksykańskiej kapeli Plastilina Mosh czy poświęconym mu dokumentalnym „Championie”) i zupełnie nic nie wskazuje, by jego dobra passa miała się skończyć. To jest zwyczajnie niemożliwe.

Danny-Trejo-in-the-new-Sneeze-Mag.

danny-trejo-snapped-on-the-rsd-stealth-bagger-28948_1

still-of-danny-trejo-in-once-upon-a-time-in-mexico

tomashec - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • janko

    Danny rządzi, dziwne że jeszcze nie trafił do Niezniszczalnych.

  • Janek Steifer

    Warto wspomnieć, że pomimo grania wciąż i wciąż mega-twardzieli, Trejo jest cholernie niski (ma bodaj 1,70m).

  • Artur Gralla

    w koncu jakis fajny art a nie tylko placz ;) dzieki ci czlowieku.to sie da czytac bez denerwowania sie ;)

  • ercer

    Danny rzeczywiście ma sporo filmów na koncie i jest tytanem pracy, ale przy Ericu Robertsie wypada obecnie jak leń :)

  • sonny

    Jak najwięcej takich biografii!!

  • jołman

    tylko czekać Oskara za całokształt :D

  • Marek

    ZNAKOMITY BAD GUY.N
    IECH KRĘCI JAK NAJWIĘCEJ…






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#86 Terminator

Następny tekst

Frustracja Briana De Palmy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE