Zestawienie
12 klasycznych seriali SCI-FI, o których mówi się ZDECYDOWANIE za mało
Klasyczne seriale sci-fi, które zasługują na więcej uwagi niż dostają. Sprawdź, co warto nadrobić z telewizyjnej fantastyki.
Telewizyjna fantastyka potrafi straszyć bez kosmicznych flot: wystarczy człowiek, któremu nikt nie wierzy, szpital po katastrofie albo restauracja, w której nagle przestaje rozpoznawać cię własna żona. W takich serialach bohaterowie odkrywają, że codzienne życie może w jednej chwili zmienić się w koszmar, a instytucje mające zapewniać bezpieczeństwo niekoniecznie stoją po ich stronie. Dawne seriale science fiction wciąż zaskakują pomysłami na przyszłość, lecz jeszcze ciekawsze bywają wtedy, gdy pokazują ludzi próbujących zachować rozsądek, niezależność i odrobinę przyzwoitości. Klasyczne seriale sci-fi, zatem.
The Prisoner (1967)
Agent rezygnuje z pracy, zostaje uprowadzony i trafia do Wioski, która na pierwszy rzut oka przypomina spokojny kurort. Jego gospodarze nadają mu oznaczenie Numer Sześć i próbują wydobyć odpowiedź na pozornie proste pytanie: dlaczego odszedł ze służby? Bohater opiera się psychologicznej presji i usiłuje odzyskać wolność, ale nie wie, kto właściwie nim manipuluje ani komu służą jego rozmówcy. W pozornie idyllicznym otoczeniu musi bronić zarówno swoich tajemnic, jak i prawa do decydowania o sobie, którego porywacze nie zamierzają uszanować.

Patrick McGoohan i George Markstein połączyli opowieść szpiegowską z surrealistycznym koszmarem o człowieku, którego inni chcą sprowadzić do numeru. Znakomicie zderzyli pogodną powierzchowność Wioski z bezwzględnością jej zarządców: zamiast łatwego do rozpoznania więzienia bohater dostaje świat, w którym musi nieustannie kwestionować cudze intencje. Serial zachwyca pomysłowością i traktuje opór jednostki zupełnie serio. Kto od zagadki oczekuje czegoś więcej niż nazwiska sprawcy, znajdzie tu wyjątkowo przewrotną i niepokojącą opowieść.
UFO (1970)
Ed Straker kieruje tajną organizacją SHADO, której zadaniem jest obrona Ziemi przed obcymi porywającymi ludzi dla ich narządów. Jego podwładni muszą powstrzymywać kolejne ataki, a zarazem nie ujawniać swojej działalności światu, który nie powinien dowiedzieć się o zagrożeniu. Straker nie jest jednak wyłącznie dowódcą wydającym rozkazy: pod efektowną powierzchnią opowieści o latających spodkach kryje się życie człowieka podporządkowanego służbie, zmuszonego do podejmowania decyzji, za które płaci także poza miejscem pracy.

Gerry i Sylvia Andersonowie stworzyli widowisko, które przyciąga wzrok retrofuturystycznymi projektami, a zatrzymuje przy ekranie mrokiem osobistych historii. Derek Meddings nadał miniaturom i efektom tyle charakteru, że oglądanie technicznych pomysłów twórców samo w sobie sprawia przyjemność. Andersonowie równie ciekawie pokazują ludzi obsługujących te wszystkie imponujące urządzenia: obrona planety wymaga od nich więcej niż zawodowej sprawności. Miłośnicy dawnego wzornictwa sci-fi dostaną piękne maszyny, ale zapamiętają przede wszystkim cenę obowiązku.
Survivors (1975)
Zabójcza epidemia rozprzestrzenia się wśród ludzi, a Abby Grant należy do nielicznych, którym udaje się przeżyć, i wyrusza na poszukiwanie syna. Pozostali ocalali próbują zdobywać żywność i organizować życie bez infrastruktury, którą dotąd uważali za oczywistość: codzienne potrzeby muszą zaspokajać w świecie pozbawionym dawnych udogodnień. Gdy spotykają innych ludzi, stają przed zadaniem stworzenia wspólnoty od podstaw, bo samo przetrwanie zarazy nie rozstrzyga jeszcze, jak będą ze sobą żyć i na jakich zasadach współpracować.

Terry Nation opowiedział o końcu cywilizacji z perspektywy ludzi, którzy następnego dnia nadal muszą wykonać najbardziej przyziemne czynności. Właśnie ta konkretność robi ogromne wrażenie: ocalali nie dostają nowego świata gotowego do zamieszkania, tylko mozolnie uczą się funkcjonować bez dawnych udogodnień. Nation znakomicie pokazuje, ile wysiłku wymaga odbudowanie choćby małej wspólnoty, i nie potrzebuje do tego kolejnych widowiskowych katastrof. Przejmująca postapokalipsa, w której zdobycie jedzenia potrafi obchodzić bardziej niż los całej planety.
Blake’s 7 (1978)
Roj Blake sprzeciwia się totalitarnej Federacji i zostaje wysłany na planetę więzienną, lecz podczas transportu wraz z innymi skazańcami uzyskuje dostęp do statku. Dzięki niemu może podjąć walkę z prześladowcami i zamiast bezpiecznej ucieczki wybiera bunt przeciwko potężnemu przeciwnikowi. Jego towarzysze nie tworzą jednak zgodnej drużyny szlachetnych wybawców: mają własne interesy, różne motywacje i niewiele powodów, by bezwarunkowo sobie ufać, więc Blake musi prowadzić opór z pomocą ludzi dalekich od bezinteresownego bohaterstwa.

Terry Nation zrobił z kosmicznej przygody opowieść o oporze, w której bohaterom nie przysługuje moralna niewinność tylko dlatego, że walczą z tyranią. Cynizm, tarcia w załodze i pesymizm sprawiają, że kolejne decyzje mają wyraźny ciężar, a sojusze warto obserwować równie uważnie jak działania Federacji. Nation nie rozdaje łatwych rozgrzeszeń. Ta drapieżna space opera szczególnie przypadnie do gustu widzom, którzy wolą niebezpiecznych sojuszników od nieskazitelnej drużyny.
Sapphire & Steel (1979)
W domu dwojga dzieci zatrzymują się zegary, a rodzice znikają po odczytaniu rymowanki, pozostawiając rodzeństwo wobec niezrozumiałego zagrożenia. Na miejscu pojawiają się Sapphire i Steel, tajemnicza para badająca naruszenie porządku czasu, która wie o wydarzeniach znacznie więcej niż pozostali. Dzieci muszą odnaleźć się we własnym domu, nagle pozbawionym rodziców i codziennego bezpieczeństwa, podczas gdy przybysze zajmują się sprawą wymykającą się zwykłemu doświadczeniu: nie chodzi tu o awarię zegarów, którą wystarczy naprawić.

Peter J. Hammond znakomicie wykorzystał kameralność, łącząc fantastykę z opowieścią o duchach i grozą nadprzyrodzoną. Nie potrzebuje wielkiego widowiska, skoro potrafi przestraszyć zatrzymanym zegarem, rymowanką i poczuciem, że znajome miejsce podlega obcym regułom. Odważnie pozostawia widza bez wygodnej instrukcji, każe uważnie przyglądać się drobiazgom i nie sprowadza tajemnicy do technicznej łamigłówki. Wielbiciele surrealistycznego horroru będą zachwyceni, bo po takim seansie nawet własne mieszkanie wydaje się nieco mniej przytulne.
Dzień tryfidów (The Day of the Triffids, 1981)
Bill Masen dochodzi w szpitalu do siebie po ataku tryfida, ma zabandażowane oczy, więc nie ogląda niezwykłego zjawiska na niebie. Kiedy większość ludzi traci po nim wzrok, on zachowuje zdolność widzenia i opuszcza szpital, odkrywając rozpad dotychczasowego porządku. W świecie pozbawionym sprawnie działającego społeczeństwa Bill musi odnaleźć innych ocalałych i poradzić sobie z zagrożeniem ze strony ruchliwych, drapieżnych roślin, które wykorzystują katastrofę: ludzie nie mogą już utrzymywać nad nimi dawnej kontroli.

Douglas Livingstone w adaptacji powieści Johna Wyndhama zachował to, co szczególnie niepokojące: zwyczajni ludzie muszą działać w okolicznościach, do których nikt ich nie przygotował. Twórcy przekonują zachowaniem ocalałych i powściągliwym sposobem pokazywania katastrofy, dzięki czemu widz nie odzyskuje spokoju wraz ze zniknięciem roślin z kadru. Dobre aktorstwo i gęsta atmosfera pozwalają przejąć się losem ludzi bez reszty. W tej znakomitej ekranizacji można bać się tryfidów, ale to ludzki dramat pozostaje prawdziwie dotkliwy.
The Invaders (1967)
Architekt David Vincent widzi lądowanie statku kosmicznego i odkrywa obecność obcych, którzy wyglądają jak ludzie. Ponieważ nikt nie chce mu uwierzyć, przemierza kraj w poszukiwaniu dowodów infiltracji, próbując przekonać innych do zagrożenia, którego sam jest świadomy. Vincent musi działać samotnie, bez pewności, komu może zaufać: przybysze nie wyróżniają się wyglądem, a człowiek, którego chciałby poprosić o pomoc, może okazać się jednym z nich. Każde spotkanie wymaga więc od niego ostrożności, nawet gdy rozmówca wydaje się życzliwy.

Larry Cohen wykorzystał motyw inwazji do opowiedzenia o samotności człowieka, którego wiedza oddziela od reszty społeczeństwa. Najmocniej działa tu nie pokaz siły przybyszów, ale uporczywa niepewność: Vincent musi rozmawiać z ludźmi, choć każda rozmowa może narazić go na niebezpieczeństwo. Bohater uparcie szuka dowodów, a widz ma coraz więcej powodów, by podzielać jego nieufność. Cohen znakomicie odtworzył zimnowojenną paranoję i pokazał, że w thrillerze o inwazji uprzejmy nieznajomy potrafi przestraszyć bardziej niż kosmiczna armada.
Star Cops (1987)
Detektyw Nathan Spring obejmuje kierownictwo niesprawnej Międzynarodowej Policji Kosmicznej i musi doprowadzić ją do porządku. Jego zespół zajmuje się przestępstwami na stacjach orbitalnych oraz na Księżycu, gdzie ludzie przenoszą nie tylko technologię, ale również całkiem znajome skłonności do łamania prawa. Spring ma rozwiązywać konkretne sprawy z pomocą podwładnych, a nie walczyć z kosmicznymi potworami: potrzebuje skutecznych metod śledczych w otoczeniu, w którym zwykła policyjna robota odbywa się daleko od ziemskich warunków.

Chris Boucher potraktował kosmos jak miejsce pracy, w którym śledczy nadal potrzebują dowodów, procedur i zdrowego rozsądku. Zrezygnował z obcych oraz podróży szybszych od światła i starał się przestrzegać fizyki, niekoniecznie podporządkowując ją wygodzie scenariusza. Dzięki temu widz może śledzić dochodzenia bez czekania, aż scenarzysta wyciągnie z kapelusza cudowną technologię. Boucher pomysłowo pogodził policyjną robotę z kosmicznymi warunkami. Powstał bardzo dobry kryminał w skafandrze, którego bohaterowie muszą przede wszystkim myśleć.
Max Headroom (1987)
Dziennikarz Edison Carter bada śmierć telewidza związaną z nowym rodzajem reklam i napotyka opór własnej stacji, zainteresowanej czymś innym niż ujawnienie prawdy. Dochodzenie staje się dla niego niebezpieczne: po zamachu na reportera powstaje Max, jego cyfrowy sobowtór. Carter próbuje ustalić, co się wydarzyło, w świecie podporządkowanym telewizji i korporacyjnym interesom, a zarazem styka się z elektroniczną wersją samego siebie. Nie musi szukać przeciwników w odległym kosmosie, bo ma ich wśród ludzi związanych z własnym medium.

Annabel Jankel i Rocky Morton stworzyli świat, w którym telewizja jest zarazem narzędziem pracy, wielkim biznesem i źródłem zagrożenia. Twórcy atakują korporacyjną zachłanność zjadliwym humorem, a cyberpunkową przyszłość pokazują tak osobliwie, że trudno pomylić ten serial z innym. Dziennikarską dociekliwość Cartera świetnie zestawiają z cyfrowym absurdem Maxa. Ta kapitalna satyra bezceremonialnie kpi z mediów, reklamy i naiwnej wiary, że technologia z natury służy ludziom, nawet gdy zarządzają nią wyłącznie zainteresowani zyskiem.
Przybysze (Alien Nation, 1989)
Po rozbiciu się statku dawnych niewolników z Tenctonu przybysze próbują ułożyć sobie życie w Los Angeles, gdzie spotykają się z uprzedzeniami. Ludzki detektyw Matt Sikes niechętnie rozpoczyna współpracę z George’em Francisco, partnerem należącym do obcej społeczności, i wspólnie z nim rozwiązuje policyjne sprawy. George ma również rodzinę, która poznaje ziemskie obyczaje i szuka swojego miejsca w nowym otoczeniu. Obaj policjanci muszą porozumieć się podczas wykonywania obowiązków, choć do wspólnej pracy przystępują z bardzo różnym doświadczeniem.

Kenneth Johnson i Rockne S. O’Bannon połączyli kryminał o niedobranych partnerach z opowieścią o rodzinie próbującej znaleźć miejsce w nowym otoczeniu. Sikes i Francisco są interesującym duetem, bo wspólna praca zmusza ich do konfrontowania własnych przyzwyczajeń z doświadczeniem drugiej osoby. Twórcy równie trafnie kierują uwagę na codzienność domową George’a: obcy nie są tu tylko zagadką do rozwiązania, lecz ludźmi z potrzebami bliskimi ziemskim sąsiadom. Warto go obejrzeć właśnie dla tych relacji i ciepła, z jakim pokazano rodzinę Francisco.
Gwiezdna Eskadra (Space: Above and Beyond, 1995)
Obca cywilizacja atakuje ludzką kolonię, a młodzi żołnierze trafiają na wojnę z Chigami jako członkowie eskadry pilotów piechoty morskiej. Nathan West, Shane Vansen i Cooper Hawkes muszą odnaleźć się w konflikcie, którego skala wykracza daleko poza ich osobiste doświadczenia, i wykonywać zadania przeciwko obcemu przeciwnikowi. Nie są gotowymi bohaterami kosmicznej legendy, tylko młodymi ludźmi wystawionymi na strach i niebezpieczeństwo. Podczas walk muszą podejmować decyzje dotyczące nie tylko własnego przetrwania, ale też pozostałych żołnierzy.

Glen Morgan i James Wong opowiedzieli o kosmicznym konflikcie za pomocą kina wojennego: obok widowiskowych walk pokazują ponurą codzienność żołnierzy postawionych wobec obcego przeciwnika. Najlepiej wypadają wtedy, gdy zestawiają rozmach starć z bezpośrednim doświadczeniem uczestniczących w nich ludzi. Miłośnicy wojennej fantastyki znajdą tu efektowne maszyny, ale również bohaterów, dla których udział w walce nie jest beztroską przygodą.
Człowiek, którego nie ma (Nowhere Man, 1995)
Fotoreporter Thomas Veil odchodzi na chwilę od restauracyjnego stolika, a po powrocie odkrywa, że jego żona zniknęła i nikt z obsługi go nie zna. Kolejne ślady dotychczasowego życia przestają potwierdzać jego tożsamość, więc musi szukać wyjaśnienia sytuacji, która przeczy wszystkiemu, co uważał za pewne. Żeby odzyskać swoje życie, musi najpierw dowieść swojego istnienia, choć ludzie, na których mógłby się powołać, nie potwierdzają jego wersji wydarzeń.

Lawrence Hertzog zaczyna od sytuacji, która natychmiast uruchamia wyobraźnię: co zrobić, kiedy inni ludzie przestają potwierdzać najbardziej podstawowe fakty z twojego życia? Bruce Greenwood przekonująco pokazuje bohatera próbującego odzyskać pewność, a twórca konsekwentnie podsyca atmosferę osaczenia. Widzowi łatwo przejąć się zagadką, bo dla Veila nie chodzi o rozwiązanie ciekawej łamigłówki, lecz o odzyskanie miejsca w świecie. Hertzog znakomicie połączył paranoiczny thriller z bardzo osobistym koszmarem utraty wszystkiego, co znajome.

