Recenzje

Z PIEKŁA RODEM. Johnny Depp na tropie Kuby Rozpruwacza

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Masoni, opium i Frank Black

Kuba Rozpruwacz – trudno wyobrazić sobie lepszy temat dla filmowca chcącego zrobić klimatyczny thriller z XIX-wiecznym Londynem w tle. Wydawałoby się, że ta historia opowiada się sama i wystarczy jej tylko nie przeszkadzać. Nic bardziej mylnego. Bracia Hughes, dysponując dostępną dzisiaj techniką realizacji, wysilili się na thriller metafizyczny, przypowieść pozbawioną duszy, co więcej, w pogoni za wyjaśnieniem zagadki zgubili gdzieś tajemnicę, która historii Kuby Rozpruwacza towarzyszy od chwili jej powstania.

Można powiedzieć, że w pewnym sensie ucieleśnia to, co w postmodernizmie najgorsze: wtórność i próby wrzucenia do jednego worka wielu lepiej lub gorzej sprecyzowanych gatunków (...).

Londyn, rok 1888. W dzielnicy gangów i nierządnic Whitechapel zaczyna grasować nieuchwytny zabójca. Ze swoimi ofiarami rozprawia się w sposób okrutny i bezlitosny. Za cel upatruje sobie starzejące się, pozbawione opieki prostytutki. Do śledztwa w sprawie zabójstw zostaje przydzielony pochodzący, co istotne, z klasy średniej inspektor Abberline (Johnny Depp), opiumista i alkoholik stosujący metody śledcze jak na owe czasy bardzo nietypowe. Dzisiaj prawdopodobnie uchodziłby za specjalistę w dziedzinie budowania portretów psychologicznych. Informacje dotyczące popełnianych zbrodni czerpie on jednak nie (a raczej nie tylko) z miejsc przestępstwa, ale przede wszystkim ze swoich narkotycznych wizji, które w większości przypadków okazują się mieć proroczy charakter. Sytuacja dodatkowo komplikuje się, gdy Rozpruwacz zaczyna polować na prostytutkę, z którą Abberline pozostaje w zażyłych stosunkach.

Z piekła rodem to niewątpliwie idealny przykład kina postmodernistycznego. W tym przypadku, niestety, daje on do ręki argumenty przeciwnikom tego popularnego ostatnimi czasy nurtu. Można powiedzieć, że w pewnym sensie ucieleśnia to, co w postmodernizmie najgorsze: wtórność i próby wrzucenia do jednego worka wielu lepiej lub gorzej sprecyzowanych gatunków: kryminału, romansu, psychologicznego dreszczowca, obficie przyprawionych wciśniętą jakby na siłę metafizyką. Próby połączenia nośnej historii z wątkami metafizycznymi są w kinie obecne od samego początku i zrozumiałe jest, że co pewien czas kolejny reżyser sięga po ten sprawdzony schemat. O ile w przypadku takich dzieł jak Siedem Davida Fichera czy Harry Angel Alana Parkera stara recepta przyprawiona odrobiną inwencji scenarzysty i błyskotliwości reżysera sprawdza się doskonale, o tyle w przypadku Z piekła rodem zaowocowała totalnym niewypałem. Cóż bowiem możemy w filmie znaleźć?

Na początek główny bohater – inspektor – narkoman, rozwiązujący sprawy kryminalne, czerpiąc wskazówki ze swoich profetycznych seansów, w których rolę sprawczą odgrywa opium. Nie byłoby może w tym nic specjalnie irytującego, gdyby jego postać do złudzenia nie przypominała znanego skądinąd Franka Blacka, bohatera popularnego serialu słynnego Chrisa Cartera. Również to można złożyć na karb cytatów z klasycznych już pozycji kanału telewizyjnego Fox, ale przecież siłą postmodernizmu jest właśnie twórcze przedstawienie cytowanych wątków. Tego twórczego podejścia do materiału źródłowego zdecydowanie w filmie braci Hughes zabrakło. Aż prosiłoby się, żeby wysłać obu reżyserów na nauki do mistrza rearanżacji, choćby takiego jak Baz Luhrmann.

Najcięższym jednak grzechem, który nasuwa się z perspektywy pewnego czasu, który minął już od obejrzenia filmu, jest nie forma, ale sama próba wyjaśnienia fenomenu i zagadki Kuby Rozpruwacza, zagadki, która w rzeczywistości nigdy przecież wyjaśniona nie została.

Kolejny, niezwykle istotny wątek Z piekła rodem – spisek masonów – rojalistów sprawia wrażenie nie tylko naciągniętego do granic logiki, ale wręcz ocierającego się o głupotę. Gdyby zapytać przeciętnego Amerykanina – odbiorcy tego obrazu, z czym kojarzy mu się słowo mason, to najprawdopodobniej uzyskalibyśmy odpowiedź, która miałaby więcej wspólnego z popularnym swego czasu aktorem niż z faktyczną definicją tego słowa. Bracia Hughes, wykorzystując tę nieznajomość rzeczy, wciskają widzowi obraz skorumpowanej i zepsutej do szpiku kości klasy wyższej, której jedynym celem jest zachowanie konserwującego przegniłe od korzeni układy „status quo”, jakby zapominając (a może nie wiedząc?) o tym, że masonem i szlachcicem był również Benjamin Franklin – jeden z twórców amerykańskiej Deklaracji Niepodległości, wynalazca i światły umysł swojej epoki. Co więcej, dla europejskiego, a tym bardziej polskiego widza, od lat i do dzisiaj straszonego chorymi wizjami masońskiej dominacji, tego typu podejście wydaje się tym bardziej niedorzeczne.

Wszystko to jednak dałoby się przełknąć w miarę bezboleśnie, składając na karb typowych hollywoodzkich uproszczeń, gdyby twórcy obrazu nie przyprawili owego spisku wspomnianym wątkiem metafizycznym. W żaden sposób nie przystaje on do całości historii, pojawia się znikąd i powoduje zamieszanie dodatkowo utrudniające zrozumienie i tak zagmatwanej już intrygi. Najcięższym jednak grzechem, który nasuwa się z perspektywy pewnego czasu, który minął już od obejrzenia filmu, jest nie forma, ale sama próba wyjaśnienia fenomenu i zagadki Kuby Rozpruwacza, zagadki, która w rzeczywistości nigdy przecież wyjaśniona nie została. Muszę przychylić się do pojawiających się tu i ówdzie głosów, że lepsze byłoby dla filmu pozostawienie pewnych spraw wyobraźni widza, niż prowadzenie nieudolnych dywagacji na temat pochodzenia czy motywacji domniemanego zabójcy, zwieńczonych, mówiąc delikatnie, pozbawionym finezji finałem.

Połączenie wymienionych wątków doprowadziło do powstania mieszanki wybuchowej, ciężkostrawnej i sprawiającej wrażenie jakby reżyserzy lekce sobie ważyli inteligencję widzów. Nie pomaga ani solidne aktorstwo Johnny’ego Deppa, Robbiego Coltrane’a i Iana Holma, ani nawet jawne cytaty z takich klasyków jak Człowiek słoń Lyncha (powtórzenie całej niemal sceny prezentacji Johna Merricka) i Bram Stoker’s Dracula Coppoli, których akcja dzieje się w Londynie niemal w tym samym czasie (koniec XIX w.). Niestety negatywne strony Z piekła rodem przysłaniają to, co w tym filmie zasługuje na uwagę największą, a mianowicie świetne kostiumy i dekoracje, które przywodzą na myśl francuskiego Vidocqa Pitofa, jak również rewelacyjne zdjęcia Petera Deminga (Mulholland Drive), dzięki którym film w ogóle daje się oglądać.

Dla mnie tajemnica Kuby Rozpruwacza, człowieka, który, jak sam się wyraził, w pewnym sensie dał początek wiekowi XX, jego motywy i zawiłości wynaturzonej psychiki wciąż pozostają nieznane. Nadal czekam na filmową interpretację godną dreszczu strachu (i obrzydzenia), który do dziś wzbudza jego postać.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane