Recenzje
SAHARA. Niesłusznie zmiażdżony i zapomniany film przygodowy
Niestety „Sahara” poległa w kinach, a i późniejsze zamieszanie sądowe nie pomogło, więc film został właściwie pogrzebany i zapomniany.
Autorem tekstu jest Piotr Żymełka.
Amerykański pisarz Clive Cussler zdobył ogromną popularność tworząc cykl o przygodach Dirka Pitta, bohatera dość sztampowego i w gruncie rzeczy płaskiego, ale obdarzonego dużą charyzmą oraz ogromnie sympatycznego, stanowiącego połączenie Jamesa Bonda i Indiany Jonesa z lekką domieszką MacGyvera. Fabuła zawsze ociera się o jakąś tajemnicę związaną z morzem, a poszczególne części czyta się szybko i mile spędza przy tym czas. Bujna wyobraźnia autora rzuca Pitta i jego przyjaciół po całej kuli ziemskiej i zawsze po piętach depczą im jakieś wredne dranie. Seria liczy dziś już dwadzieścia siedem tomów i jest kontynuowana przez syna Cusslera, Dirka (to właśnie po nim imię dostał Pitt), ponieważ autor zmarł w 2020 roku.
Każda z książek jest gotowym właściwie scenariuszem na doskonały film przygodowy, więc może dziwić fakt, że Pitt pojawił się na ekranie zaledwie dwukrotnie, najpierw w nieudanym „Raise the Titanic!” z 1980 roku, a następnie dopiero ponad ćwierć wieku później w „Saharze”. I właśnie nad tym drugim się dzisiaj pochylimy.
Film jest ekranizacją jedenastej powieści w cyklu. Pitt poszukuje pancernika z czasów Wojny Secesyjnej, który zaginął, wioząc ładunek złotych monet. Tymczasem w afrykańskim Mali szerzy się tajemnicza zaraza. Jej źródło próbuje wykryć dr Eva Rojas z WHO. Wkrótce drogi Evy i Pitta przetną się, a w całą sprawę zamieszani okażą się lokalny watażka Kazim i francuski biznesmen Ive Massarde.
Gdy Cussler ujrzał, jak filmowcy wypatroszyli jego powieść „Wydobyć Titanica!”, zniechęcił się do Hollywood na długie lata i uległ filmowcom dopiero krótko przed rokiem 2000, gwarantując sobie jednak wpływ na kluczowe decyzje. Niestety, współpraca z producentami się nie układała. W efekcie, procesy sądowe ciągnęły się długo po premierze. Jak to w przypadku ekranizacji bywa, scenarzyści pozmieniali nieco fabułę książki, niektóre wątki słusznie ucinając lub prowadząc inaczej niż autor. W Pitta wciela się Matthew MacCounaughey, a w jego najlepszego przyjaciela, Ala Giordino, Steve Zahn.
Dirk i Al znają się jak łyse konie, mogą na sobie polegać w każdej sytuacji i jeden za drugiego skoczyłby w ogień. Aktorzy wspaniale oddali ich relację z książek i nie będzie przesady w stwierdzeniu, że gdyby powstały kolejne części, moglibyśmy dostać jeden z lepszych kumpelskich duetów w dziejach kina (na miarę Riggsa i Murthaugha z „Zabójczej broni”). Na ekranie pojawiają się również Penélope Cruz, zawsze świetny William H. Macy, znany z amerykańskiej wersji „The Office” Rainn Wilson, a w role antagonistów wcielają się popularny francuski aktor Lambert Wilson i Lennie James („The Walking Dead”).
Ktoś kiedyś napisał, że największym grzechem filmu przygodowego jest nuda i na tym polu „Sahara” wypada nieźle, choć można by w kilku miejscach poprawić tempo. Jednak sceny dynamiczne robią wrażenie, napięcie rozładowywane jest humorem, zgodnie z najlepszymi regułami gatunku, a Pitt i Giordino znajdą wyjście z każdej sytuacji. I są cholernie sympatyczni, więc kibicujemy im od pierwszej sceny. Klimat podkreśla muzyka solidnego Clinta Mansella, a motyw przewodni przywodzi na myśl „James Bond Theme” Monty’ego Normana.
Nie sposób nie wspomnieć też o zdjęciach Seamusa McGarveya. Większość akcji dzieje się w pustynnych rejonach i niemalże czuć bijące z ekranu gorąco. Wiarygodności dodaje fakt, że film kręcono w plenerze, a nie w studiu. Twórcy wybrali się do Maroka, które „gra” Mali i ponoć to między innymi łapówki dla miejscowych władz rozdęły budżet produkcji. I koniecznie muszę również zwrócić uwagę na fantastyczną czołówkę, w której kamera przesuwa się po gabinecie Pitta, pokazując pamiątki z jego rozlicznych wojaży, a przy okazji w pomysłowy sposób dobudowuje wcześniejszą historię Dirka i Ala. Świetnie zapowiada to bohaterów, jednocześnie pokazując, że za nimi już wiele wspólnych przygód.
Niestety „Sahara” poległa w kinach, a i późniejsze zamieszanie sądowe nie pomogło, więc film został właściwie pogrzebany i zapomniany. Ja jednak uważam, że jest całkiem przyjemny, klimatyczny i z fantastyczną parą głównych bohaterów. Zresztą popatrzcie tylko na plakat – przecież on aż krzyczy: „Przygoda!”. Bardzo żałuję, że nie powstały sequele i zawsze będę „Saharę” polecał.
