search
REKLAMA
Recenzje

PROCES CHRISTINE KEELER. Recenzja pierwszych dwóch odcinków

Jan Tracz

21 kwietnia 2021

REKLAMA

Sophie Cookson, grająca tutaj tytułową call girl Christine Keeler, przypomina chwilami aktorkę Eve Harrington z klasycznego filmu Wszystko o Ewie (1952) Josepha L. Mankiewicza. Z pozoru wydaje się niegroźna, jako młoda dziewczyna do towarzystwa jedynie spełnia podstawowe funkcje swojego zawodu, spotyka się z nowymi mężczyznami, utrzymuje własną matkę, walczy o lepsze życie w czasach, kiedy niższa klasa społeczna wiązała koniec z końcem. Kiedy wdaje się w romans z konserwatywnym politykiem, Johnem Profumo, nie ma pojęcia, że za jakiś czas cały kraj pozna jej nazwisko. Samo wydarzenie stanie się zaś fenomenem politycznym, ponieważ jeden romans doprowadzi do upadku rządu Harolda Macmillana i na zawsze odmieni postrzeganie seksualności i głów państwa przez brytyjskie społeczeństwo.

Proces Christine Keeler jest nowym serialem, biorącym na warsztat bardzo głośną aferę Profumo, skandal polityczny z 1963 roku. Pierwsze dwa odcinki, które otrzymaliśmy dzięki uprzejmości kanału Epic Drama (na którym seria jest aktualnie emitowana), są pełne sprzeczności, choć dają nadzieję na przyzwoitą, a przynajmniej niezłą/porządną produkcję sześcioodcinkową. Wyreżyserowany na angielską modłę Proces pełen jest wyszukanego dżentelmeństwa, zmieniania perspektyw i aktorskiej teatralizacji, w której aktorzy grają często nie dla widza, ale jakby dla siebie. Zatem: co zagrało, a co nie do końca okazało się słusznym założeniem?

Aktorzy są stosunkowo konkretnie i zachowawczo dobrani: próżno tu szukać jakichś charakteryzacji na poziomie Glenn Close z Elegii dla bidoków, ale kiedy przyrównamy sobie postaci historyczne z dobranymi aktorami, na pewno poczujemy, że w przynajmniej minimalnym stopniu pogłębia się nasza immersja obcowania z historią. James Norton, wspomniana wcześniej Cookson i cała reszta zawodowo spełniają swoje role – nie znajdziemy tu ekspresywnych, pamiętnych spektakli, ale ogólny poziom jest wysoki i oglądający nie ma poczucia, żeby dobrani aktorzy nie nadawali się do tych ról. Drażni jednak ich nadmierna teatralność, w momentach kameralnych sprzeczek często aż za bardzo uwypuklają nerwy, a w stoickich sekwencjach zbytnio silą się na sztuczne uśmiechy czy udawany chichot. My naprawdę czujemy się, jakbyśmy oglądali spektakl w teatrze, a nie biopic z krwi i kości, który ma za zadanie upoić nas swoją prostotą i od razu spowodować, że zapomnimy, iż poznawana przez nas historia jeszcze dwa odcinki temu była dla nas zupełnie obca.

No właśnie, pierwszy epizod (drugi już nie) jawi się jako ciężki orzech do zgryzienia, jego chaos bowiem przypomina coś w rodzaju filmu Mank Davida Finchera. Twórcy wrzucają nas na głęboką wodę; osoba, która wcześniej w ogóle nie słyszała o całym skandalu Johna Profumo, raczej połowę seansu spędzi na wpisywaniu nazwisk poszczególnych bohaterów w wyszukiwarce Google. Postaci często się mieszają, pojawiają i znikają, a co więcej, panuje zupełny chaos narracyjny. Pięć minut działo się dwa lata wcześniej, następne dziesięć to serialowy czas rzeczywisty, następnie jesteśmy trzy lata przed wydarzeniami. Jeżeli to jakaś celowa chęć wzorowania się na Faulknerowskim modernizmie, to zwracam honor scenarzystom, jednak nie oszukujmy się – na takie rzeczy zazwyczaj wydawca pozwala sobie dopiero w drugim lub trzecim sezonie, kiedy widz zapoznał się ze wszystkimi bohaterami, a portretowany świat nie będzie mu obcy. A tutaj mamy tylko sześć odcinków, by w skondensowany, a przy tym ekscytujący sposób zachęcić nas do wyczekiwania samego finału.

Nie zmienia to faktu, że kolejny odcinek staje się przeciwieństwem pierwszego; akcja po lekkim podkręceniu tempa zaczyna być interesująca, z rejonów obyczajowych powoli przechodzimy na tereny szpiegowsko-polityczne. Wiadomo, serial idealny już od pierwszego odcinka powinien trzymać nas w napięciu totalnym (pierwszy przykład z brzegu: polski Klangor), ale przymykając oczy na te początkowe niedociągnięcia, będziemy mieli szansę nieco zmienić zdanie i poznać od podstaw historię afery Profumo. A żeby nie skarżyć się tak na twórców Procesu Christine Keeler, to muszę przyznać, że kupuję rozrysowanie akcji na wiele perspektyw. Nie ma tu jakiegoś zagmatwanego oniryzmu, całość nie jest widziana wyłącznie oczami Keeler, mamy do czynienia z wieloma przeróżnymi portretami, a te, całkiem ładnie poprowadzone, wkomponowują się w niebezpieczny, aczkolwiek urzekający klimat wielkomiasteczkowej Anglii.

Zagraniczne komentarze są zazwyczaj zgodne z moimi przewidywaniami: im dalej, tym lepiej i znacznie mniej w tym wszystkim nieprzystępności. Jak nie dla aktorów, to trzeba dać szansę edukacji historycznej. A jeśli nie dla niej oglądamy tego typu seriale, to zawsze można włączyć w tle i napić się Earl Grey. Przy śniadaniu takie aktywności wybrzmiewają najlepiej, niczym mała, poranna arkadia.

Serial można oglądać w środy o 21:30 na kanale Epic Drama.

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz, Przeglądu i Gry-OnLine. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA