Recenzje

PORWANA PAMIĘĆ. Mroczne tajemnice i południowokoreański Joseph Gordon-Levitt

"Gi-eok-ui Bam", jak w oryginale nazywa się "Porwana pamięć", to ciekawa wycieczka po filmowych gatunkach, poczynając od horroru, poprzez thriller i kino sensacyjne, a na dramacie kończąc. Zdecydowanie pozytywne zaskoczenie.

Autor: Damian Halik
opublikowano

A co ty zrobiłbyś dla najbliższych?

Przyznam, że miałem pewne obawy co do tej południowokoreańskiej produkcji. Choć tytuł intrygował, czar (przynajmniej częściowo) pryskał za sprawą lakonicznego zarysu fabuły – ten zaś (na szczęście!) okazał się zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, która z każdą minutą seansu zbliża się do nas na wyraźnie kolizyjnym kursie. Jak ostatecznie wypada Porwana pamięć? Nie jestem ekspertem od azjatyckiej kinematografii, ale z europejskiego punktu widzenia jest to ciekawa propozycja filmowa – nie dziwi więc fakt, że Netflix postanowił wykupić do niej prawa.

Film zaczyna się co prawda od koszmaru, który budzi głównego bohatera imieniem Jin-seok (Ha-neul Kang*) ze snu, ale na szczęście obok jest jego mama (Young-hee Na), zresztą podobnie jak ojciec (Seong-kun Mun) i starszy brat – Yoo-seok (Moo-Yul Kim), w którego dwudziestojednolatek jest zapatrzony. Rodzinę zastajemy w samochodzie – właśnie jadą do nowego domu w Seulu, gdzie postanowili się przeprowadzić. Wszystko zdaje się być w jak najlepszym porządku – jest sielsko i anielsko, a ich wzajemne relacje (zwłaszcza braci) budzą podziw. Właściwie jedynym mankamentem nowego domu jest to, że poprzedni najemca zostawił część swoich rzeczy w jednym z pokoi, przez co chłopcy muszą przez jakiś czas spać razem. I pewnie nie byłoby problemu, gdyby z owego pokoju nie dobiegały dziwne dźwięki, które najwidoczniej słyszy jedynie najmłodszy członek rodziny. Na tym etapie Hang-Jun Jang (reżyser i scenarzysta) zdaje się robić wszystko, by wprowadzić widza w lekkie zakłopotanie – choć Porwana pamięć opisywana jest jako thriller, to właśnie ten wątek rodem z horroru wybija się na pierwszy plan. Na szczęście nie bez powodu, ale o tym dowiadujemy się dopiero w dalszej części filmu.

Po części sytuacja ta nie powinna nikogo dziwić – jeśli przyjrzymy się metodom, jakie azjatyccy twórcy wykorzystują, by sprzedać swoje obrazy na Zachodzie, dość płynne przechodzenie między charakterystycznymi wyznacznikami różnych gatunków okaże się regułą, nie wyjątkiem. Oczywiście dobór motywów to inna sprawa, ale zazwyczaj spotkamy się z takimi elementami, jak mroczny klimat (jest), przemoc (jest), nieoczekiwane zwroty akcji (są) oraz dodające azjatyckiego posmaku typowe dla danego kraju potrawy (są) i spora doza wątków obyczajowych (są, i to mocne).

Początkowa sielanka komplikuje się, gdy Yoo-seok zostaje porwany na oczach Jin-seoka – chłopak przeżywa olbrzymią traumę, obwinia się za wszystko, bo nie udało mu się doścignąć furgonetki, do której wciągnięto jego starszego brata, a zapamiętany przez niego numer rejestracji okazał się nie figurować w policyjnej bazie danych. Wszystko to tylko potęguje problemy chłopaka, który i tak musi zażywać leki, by zachować trzeźwość umysłu. Gdy po dziewiętnastu dniach Yoo-seok wraca do domu, nie pamiętając zupełnie niczego z poprzednich trzech tygodni, Jin zdaje się robić coraz bardziej podejrzliwy – jak gdyby nie widział w nim już swojego brata. I tak zaczynamy pełną zwrotów akcji wycieczkę po różnych filmowych gatunkach.

Hang-Jun Jang robi to wszystko w całkiem sprawny sposób, choć część scenariuszowych rozwiązań można uznać za mało wyrafinowane, ba, wręcz zbędnie upraszczające sytuację. W niektórych fragmentach filmu tempo akcji zupełnie siada, a w pewnym momencie wszystkie zawiłości fabularne są nam wykładane kawa na ławę – cieszy natomiast fakt, że nawet jeśli zwroty akcji przewidzimy, kolejne twisty sprawiają, że nie ma to większego znaczenia. Porwana pamięć oferuje więc całkiem przyjemną rozrywkę dla osób, które lubią wielokrotne odbicia od głównego wątku w boczne uliczki, ale też nie przepadają za niedopowiedzeniami, pozostawianiem intryg bez ostatecznego rozstrzygnięcia.

Porwana pamięć nie jest może filmem wybitnym, ale potrafi zaskoczyć widza.

Koniec końców Porwana pamięć nie jest może filmem wybitnym, ale – co najważniejsze – mimo wszystko potrafi zaskoczyć. To ciekawa propozycja głównie dla miłośników filmowych zagadek. Gdybym miał szukać podobnych tytułów wśród hollywoodzkich produkcji, najpewniej wskazałbym Wyspę tajemnic oraz… Incepcję. Złożoność historii i oniryczne motywy mają tu bowiem olbrzymie znaczenie, ale nie mniejsze wrażenie robi choćby kreacja Moo-Yul Kima, który gra co prawda tylko brata głównego bohatera, lecz to wokół niego Porwana pamięć wykonuje kolejne fabularne wygibasy. No i trudno nie zauważyć, że wygląda niemal jak południowokoreański Joseph Gordon-Levitt.

Ciekawostka: w Korei Południowej, gdzie Gi-eok-ui Bam (tytuł oryginalny) miał premierę 29 listopada 2017, na film wybrało się niemal półtora miliona osób, dzięki czemu Porwana pamięć zarobiła około 10 milionów dolarów – jakież było moje zdziwienie, gdy w boxoffice’owym zestawieniu za zeszły rok przeczytałem, że wynik ten przebił między innymi Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi. W jeszcze większe zdumienie wprawił mnie natomiast fakt, że była to zaledwie czterdziesta siódma pozycja w rankingu, podczas gdy u szczytu listy znalazła się inna południowokoreańska produkcja (nie ona jedna – najwyraźniej Koreańczycy cenią sobie tamtejszy przemysł filmowy), która zarobiła dziesięciokrotnie więcej. Tak czy inaczej – teraz, dzięki Netflixowi, film trafił do 190 krajów.

*Pisownia azjatyckich nazwisk zgodna z obsadą podawaną przez Netflixa.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane