Recenzje

KORPO. Po trupach do celu

Jest więc i brutalnie, i zabawnie, jednym słowem: przyjemnie.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Wielkim korporacjom nieraz obrywało się w kulturze. Niewolniczą pracę przy biurku oraz bezrefleksyjność wykonującej ją jednostki punktował już na początku dwudziestego wieku sam Franz Kafka w wiekopomnym Procesie. W kinie pałeczkę tę przejął chociażby Billy Wilder, który pod płaszczykiem przyjaznej widzowi komedii romantycznej przedstawił w Garsonierze ohydny świat korporacyjnych układzików. Wczoraj do dystrybucji w Polsce trafił kolejny udany film uderzający w środowisko biznesu – Korpo Joego Lyncha (gwoli ścisłości, z Davidem nie ma on nic wspólnego). Sześćdziesięcioośmioletni reżyser postanowił swój bezpardonowy atak przeprowadzić w konwencji pełnokrwistej czarnej komedii. Jest więc i brutalnie, i zabawnie, jednym słowem: przyjemnie.

Na świecie spustoszenie sieje wirus ID-7. Zarażeni nim tracą nad sobą kontrolę i zaczynają, niczym zwierzęta, podejmować decyzje jedynie za sprawą pierwotnych instynktów. Dzięki luce prawnej wszelkie popełnione pod wpływem infekcji czyny nie są karalne. Można więc zabijać, gwałcić, palić i rabować bez opamiętania i strachu przed konsekwencjami. Pewnego dnia wirus dociera do szklanego biurowca, w którym pracuje główny bohater Korpo – Derek Cho (Steven Yeun). Mężczyzna ma potwornie zły poranek: w tajemniczych okolicznościach zniknął jego ulubiony kubek do kawy, a podstępna koleżanka z pracy zrzuciła na niego odpowiedzialność za zaniedbaną sprawę sądową. Kariera Dereka zaczyna wisieć na włosku, gdy nagle ze względu na błyskawicznie rozprzestrzeniającą się infekcję budynek zostaje objęty całkowitą kwarantanną. Bohater dostrzega w tym zdarzeniu szansę na odpłacenie się podstępnej współpracowniczce oraz znienawidzonemu szefostwu pięknym za nadobne.

Świetny duet

Determinacja Dereka najpełniej wychodzi na jaw podczas, okraszonej narracją z offu, bardzo pomysłowej sekwencji montażowej w windzie.

Fantastycznie w filmie Lyncha (tak, wiem jak to brzmi) uzupełniają się Steven Yeun i Samara Weaving. On wykreował postać głównego bohatera, a ona wcieliła się w Melanie Cross – kobietę, która decyduje się pomóc protagoniście w realizacji jego brutalnego planu zemsty i przy okazji ocalić swoją rodzinę przed eksmisją. Bohaterowie podczas pełnej krwi i korpotrupów wyprawy na najwyższe piętro biurowca rozmawiają między innymi o ulubionych rockowych kapelach, aby z czasem zrozumieć własne motywacje i zacząć pałać do siebie szczerą sympatią. Yeun, którego wcześniej miałem okazję podziwiać jedynie w Okjy, sprawdza się w roli ambitnego, żądnego sukcesu pracownika znakomicie. Determinacja Dereka najpełniej wychodzi na jaw podczas, okraszonej narracją z offu, bardzo pomysłowej sekwencji montażowej w windzie. Przemiana, którą bohater ostatecznie przechodzi pod wpływem znajomości z Melanie, wypada wiarygodnie, a jego planom zemsty kibicujemy od samego początku. Tak samo dobrze na ekranie prezentuje się Samara Weaving. Aktorka do swojej roli wnosi wiele z epatującej seksem Bee, w którą wcieliła się rok temu na potrzeby netfliksowej Opiekunki. I chociaż reklamowanie jej w materiałach promocyjnych Korpo jako gwiazdy Trzech billboardów za Ebbing, Missouri jest grubą przesadą, to i tak chyba najwyższa pora, aby zacząć śledzić karierę tej obiecującej, naprawdę zdolnej australijskiej piękności.

Satyra

W tej kategorii Korpo wypada naprawdę dobrze. W filmie Joego Lyncha najmocniej dostaje się mechanicznie, wręcz bezdusznie wypełniającym swoje obowiązki korposzczurom reprezentowanym przez demonicznego dyrektora do spraw zasobów ludzkich albo początkowo nawet samego Dereka. Reżyser krytykuje również lizusostwo i służalstwo, które na co dzień uskuteczniają pracownicy niższego szczebla wobec wyżej postawionych kolegów po fachu. Mistrzostwo w tej materii osiągnęła Syrena (Caroline Chikezie) – ulubienica szefa korporacji oraz owa podstępna współpracowniczka, której interwencja sprawiła, że Derek zaczął poważnie obawiać się o utratę wygodnego stołka. Pamiętajmy jednak, że żaden z wymienionych tutaj bohaterów nie jest z gruntu zły. Uczyniła ich takimi bezlitosna korporacyjna maszyna i to ona przede wszystkimi zdaje się największym antagonistą filmu Lyncha, a także głównym obiektem satyry. Wyrwanie się z jej szponów możliwe jest dopiero wtedy, kiedy, na wzór Dereka, zrewiduje się swoje życiowe priorytety i dostrzeże podjęte w przeszłości błędne, nieludzkie decyzje.

Inspiracje

Widać jak na dłoni. Dynamiczny, sugestywny montaż przywodzi na myśl wczesne filmy Edgara Wrighta, w szczególności Wysyp żywych trupów oraz Hot Fuzz – Ostre psy. Podział na klasy według piętra, na którym się pracuje, przypomina nieco ten zastosowany w High-Rise – powieści J.G. Ballarda, którą na ekran w 2015 roku przeniósł Ben Wheatley. Odizolowanie bohaterów w wysokim biurowcu, na którego terenie znajduje się horda przeciwników do zneutralizowania, na kilometr zalatuje schematem spopularyzowanym przez kultową Szklaną pułapkę. Tajemnicza choroba zaś, którą wywołuje wirus ID-7, budzi skojarzenia z przypadłością, jaką zaserwował całemu światu za pomocą telefonii komórkowej nikczemny Valentine w Kingsmanie: Tajnych służbach. Pomimo takiego ogromu inspiracji Korpo pozostaje dziełem koherentnym, które ogląda się ze stale rosnącym, aż do finałowego pojedynku, zainteresowaniem.

Zupełnie niepotrzebnie w epilogu Joe Lynch wysilił się na łopatologiczny, moralizatorski monolog Dereka, w którym bohater tłumaczy nam, że nie powinniśmy traktować tego filmu jedynie jako bezpretensjonalnej rozrywki. Warto jednak zignorować ten wyjątkowo irytujący szczegół, na półtorej godziny całkowicie wyłączyć logiczne myślenie i po prostu świetnie się na Korpo bawić. Może nie o taki dokładnie odbiór reżyserowi chodziło, ale tak naprawdę co z tego?

Ostatnio dodane