Recenzje

OPIEKUNKA. „Kevin sam w domu” dla dorosłych

W Polsce powierzanie dziecka babci czy cioci to częstsza praktyka niż korzystanie z usług opiekunki, a po obejrzeniu nowego filmu McG nie będziecie mieć wątpliwości, że jest to zdecydowanie lepsza tradycja.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Ach, ta dzisiejsza młodzież...

Kiedy producent Moustapha Akkad dostał scenariusz oryginalnego Halloween, zainteresował go nie Michael Myers, lecz opiekunka w roli ofiary, ponieważ była to postać, jaką mógł znać niemal każdy młody Amerykanin. Po latach role się jednak odwróciły, w 2017 roku to opiekunka jest oprawcą.

Jeżeli zapomnieliście już, dlaczego tak bardzo nienawidzicie McG – twórcę remake’u Aniołków Charliego z 2000 roku oraz Terminatora: Ocalenie – pierwsze minuty Opiekunki o wszystkim wam przypomną. Jak wielu, którzy zaczynali od reżyserii teledysków, także Joseph McGinty Nichol nigdy nie uwolnił się od maniery specyficznej dla tworzenia na usługach muzyki i widać to w jego najnowszym obrazie bardzo wyraźnie. Ścieżka dźwiękowa, tempo, kolorowe podpisy zajmujące pół ekranu i obowiązkowe odniesienia do zdobyczy popkultury od pierwszych minut wmawiają widzowi, że ma do czynienia z fajnym, młodzieżowym filmem, choć faktycznie przypominają czterdziestoparoletniego, łysiejącego mężczyznę w obcisłych spodniach, który na zakrapianej imprezie karaoke odśpiewuje przebój Miley Cyrus i co rusz rzuca w stronę nastoletnich dzieci swoich zażenowanych znajomych: „Zgadnij, ile mam lat”, licząc, że ktoś odmłodzi go przynajmniej o dekadę. Najdobitniej widać to w relacji głównych bohaterów, opiekunki Bee oraz jej podopiecznego, Cole’a.

Widz odwołujący się do własnych doświadczeń może odnieść wrażenie, że proces jego dorastania przebiegał w zaburzony, nienaturalny sposób. Miałem dwanaście lat, gdy zapaliłem pierwszego papierosa, przez rok zdążyłem nawet oduczyć się tego paskudnego przyzwyczajenia, a kiedy rodziców nie było w domu, wylewaliśmy z bratem zmywacz do paznokci na matchboxy i podpalaliśmy je. Tymczasem trzynastoletni Cole wciąż potrzebuje opiekunki, co jemu pasuje, bo może podsycać swe młodzieńcze zauroczenie, i pasuje także jej, bo ma ukryty, szatański plan, ale rodzice, którzy nie dostrzegają dziwaczności takiej sytuacji, mogą mieć pretensje wyłącznie do siebie za całe późniejsze zamieszanie. Pomyślelibyście, że Bee ma gdzieś dzieciaka odkrywającego pierwsze włosy pod nosem, ale McG wmawia nam istnienie wielkiej przyjaźni pomiędzy nimi. Oglądają razem filmy, tańczą zgodnie z autorską choreografią, taplają się w basenie i wymyślają Międzygalaktyczne Drużyny Mistrzów, są tak słodcy, że nie trzeba cukru do herbaty, wystarczy postawić kubek pod ekranem. Gdy jednak dochodzimy do momentu krytycznego, gdy pojawia się natrętna myśl namawiająca do przerwania seansu, następuje zwrot, komedia romantyczna przemienia się w krwawy slasher i nieoczekiwanie trudno oderwać od niego wzrok.

Okazuje się, że McG lepiej zna konwencję horroru, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, i manipuluje nią z dużą sprawnością, intencjonalnie wyolbrzymiając gatunkowe klisze, co sprawia, że pierwszy akt filmu przestaje być aż tak irytujący, jak początkowo się zdawało.

Mniej więcej po półgodzinie sielanka przemienia się w gore, jakiego nie powstydziłby się Sam Raimi. Oczywiście wczesny Sam Raimi. Dalej nie ma już żadnych kompromisów – pogrzebacz przebija czyjąś głowę na wylot, kryształowe trofeum rozrywa tętnicę, fajerwerki rozdzierają całe ciało na strzępy, a wszystko w pięknie przerysowanym, krwawym wydaniu przypominającym połączenie Martwego zła z Kevinem samym w domu i Legionem samobójców. Okazuje się, że McG lepiej zna konwencję horroru, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, i manipuluje nią z dużą sprawnością, intencjonalnie wyolbrzymiając gatunkowe klisze, co sprawia, że pierwszy akt filmu przestaje być aż tak irytujący, jak się zdawało. Dopiero z tej perspektywy można dostrzec, że reżyser od początku miał wszystko pod kontrolą. Nie jest to, rzecz jasna, tak mistrzowskie wykonanie, jak Krzyk Wesa Cravena czy Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon, niemniej dostarcza wielu ludycznych uniesień.

Ostatecznie tym, co pozwala wciągnąć się w scenariusz Briana Duffielda, jest relacja głównych bohaterów, czyli element, który pierwotnie zdawał się jednoznacznie źle zrealizowany. Cole i Bee uwielbiają się i nienawidzą w sposób, który zdaje się być skrajnie nierzeczywisty, ale o taki efekt twórcom najwyraźniej chodziło. Nawet w finałowej, do bólu „dramatycznej” scenie z jednej strony czuć kicz w najczystszej postaci, z drugiej trudno się nie wzruszyć. Opiekunka to ważna pozycja w dorobku McG, ale także Duffielda, znanego wcześniej ze współudziału w tworzeniu scenariusza Zbuntowanej – koszmarnego, hollywoodzkiego gniota. Panowie udowadniają, że jak się przyłożą i dostaną wolną rękę, to potrafią stworzyć przyjemny, rozrywkowy i niegłupi film. Na koniec ostrzeżenie – zwiastun zawiera spoilery, które mogą popsuć seans. Oglądacie na własną odpowiedzialność.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane