search
REKLAMA
Recenzje

ETERNALS. Kosmiczni bogowie w kuble z popcornem

“Eternals” to kolejny przykład filmu, w którym studio pozwoliło przepalić grubą kasę na autorski rubaszny bajzel.

Radosław Pisula

7 listopada 2021

REKLAMA

Oscarowa Chloe Zhao na pokładzie, miała być zupełnie nowa jakość w ramach współdzielonego świata Marvela, ambitne cuda-wianki, wzniosłe, podniosłe, bogowie na Ziemi. I w końcu dostaliśmy Eternals, krytyka się po nich przejechała – w jakimś stopniu słusznie, bo po drodze wiele rzeczy tutaj zwyczajnie się rozjechało – ale gotowy produkt to zaskakująco angażujący bajzel twórczy, który łączy w sobie podawaną z kamienną twarzą aż kuriozalną wzniosłość (dialogi momentami przypominają kazania), kreskówkowe rozwiązania fabularne, próbujące siłą wedrzeć się na pierwszy plan Marvelowe schematy i niezaprzeczalnie ciekawy autorski styl reżyserski.

Sama Zhao tłumaczyła w wywiadach, że jej film jest inspirowany programem Ancient Aliens (gdzie kultowi już pseudonaukowcy tłumaczą, że wszystko na Ziemi zawdzięczamy kosmitom albo Chupacabrze) i kinem Terrence’a Malicka. No i to najlepsze podsumowanie tego napuchniętego, kosmicznego balona, gdzie postacie przez pół filmu muskają się po rękach, patrząc w przestrzeń lub siedzą przy stołach, po raz setny zastanawiając się, czy plan boski jest przeboski. Mamy więc tytułowych Eternals, którzy wieki temu zostali przez kosmiczne nadbyty wysłani na Ziemię, żeby bronić ludzi przed Dewiantami – potworami z CGI, które są be. Ale mogli powstrzymywać tylko ich, bo mieli zakaz mieszania się w inne ziemskie sprawy – dlatego na luziku fiku miku fą fą przeczekali zarazy, wojny światowe i najazd Thanosa. Ale teraz Dewianci wrócili, więc przedwieczni muszą zdjąć kapcie i rozwiązać sprawę raz na zawsze. Zbierają się więc grupą złożona z siedemdziesięciu postaci i robią w sumie ostatecznie to, co robią superbohaterowie w każdym filmie o biciu zła po łbie.

Bo ta szumnie zapowiadana ucieczka od formuły i schematów jest tutaj jednak bardzo iluzoryczna. Lwią część seansu zajmuje absolutnie nieinteresujący i pokraczny konflikt z Dewiantami, którzy pojawiają się w formie dzikich bestii i trzeba ich tłuc (jest taka scena w lesie, która wlecze się niemiłosiernie i jest jednym z najgorzej zaprojektowanych starć z potworami, jakie widziałem w wysokobudżetowym kinie). Więc Eternals sprzedają im fangi w nos, robią piu piu z oczu, rąk i ogólnie mocno tutaj przebija taka trochę bootlegowa Liga sprawiedliwości – tutejszy Superman lata, Flash szybko biega, pocieszny olbrzym dać w ryj daje mocno (Gilgamesh jest absolutnie wspaniałą postacią i razem z Theną dostaje najciekawszy wątek poboczny, chociaż niestety finalnie niewykorzystany), a Wonder Woman ma twarz Angeliny Jolie. Na szczęście w finale dodano kilka zmiennych do formuły na poziomie charakterów postaci, festiwal CGI ma mniejsza skalę i widać klarownie, co się dzieje na ekranie, ale koniec końców Disney nadal serwuje nam w sumie to samo – aż do kuriozalnego i zbędnego złoczyńcy, który łypie zza węgła przez cały film, a na końcu dostaje może i najgorsze sceny w historii antagonistów MCU. Cały wątek Dewiantów to zresztą po prostu żenada. Nie pomagają temu wszystkiemu też napuszone ponad stan dialogi, momentami tak bardzo, że aż trudno uwierzyć, że nad tym tekstem pracowało kilka osób – podobnie i fabuła, gdzie postacie rzucane są z miejsca na miejsce, wielkie koncepty to słowotok ekspozycji, a zainteresowanie historią szybko gdzieś się rozmywa. Nawet ciekawy wątek galaktycznego problemu moralnego – coś unikalnego, z rozmachem, a jednocześnie osobistego dla Eternals – w finale szybko zostaje zamiecione pod dywan, żeby widz przypadkiem nie zastanawiał się, że na tych posągowych bohaterach są ogromne skazy.  Technicznie to nie jest dobra robota, ale… ten dziwny miks szurskich teorii, teatralnej przewzniosłości i poważnych min w pewnym momencie zaczyna naprawdę bawić i ciężko się w przygodę nie zaangażować. To naprawdę przyjemny b-klasowy film SF, który próbuje w dosyć pokraczny sposób schować się pod pierzynką kina ambitnego, wykorzystując wyświechtane rozwiązania (szczególnie kuleje tutaj humor – żart z kamerzystą został zamordowany na jakiś milion sposobów). Ale mimo tego produkcja i tak jest wyraźnie świeża, pocieszna oraz wypełniona sympatycznymi postaciami.

Bo aktorsko widać, że to zbiorowisko ludzi, którzy dobrze bawili się na planie. Bohaterów wrzucono w tę zupę zdecydowanie za dużo, przez co część jest tutaj na doczepkę, oczywiście z łatką „do rozwinięcia w kontynuacji”, ale krąży między nimi jakaś energia i kilka rozwiązań związanych z ich decyzjami wychodzi poza klisze gatunkowe – nie ma tego dużo, ale cieszą takie chociaż małe odbicia od formuły. I tylko szkoda, że aktorzy muszą walczyć ze scenariuszem, bo na papierze te postacie nie mają dużo do zaoferowania i niektóre ciekawe na starcie wątki pozostawiają niedosyt. Szczególnie historia Theny, której poważny problem zostaje wyraźnie zarysowany, ale czym dalej w las, tym bardziej jest on przyczynkiem głównie do tego, żeby zjawiskowa jak zwykle Jolie pobiła złego gościa. Ogólnie temu powolnemu, ale pomysłowemu projektowi bardzo ciąży sztafaż MCU i naprawdę szkoda, że zamiast ładować wymagane od cyklu i dłużące się walki z kreaturami z komputera, nie postanowiono naprawdę zaryzykować i poświęcić ten czas samym bohaterom. Bo takie wyświechtane rozwiązania duszą talent Zhao, która potrafi przecież opowiadać o relacjach.

I chociaż reżyserka gubi się w opowieści o bogach na Ziemi, bo narracyjnie cała ta fabuła jest rozgardiaszem, to jednak na poziomie technicznym wprowadza do skostniałego uniwersum swoją poetykę – delikatną, skupioną na monumentalnych pejzażach, gloryfikowaniu zachodów i wschodów słońca, naturalnego światła, dotyków, powolnego przechadzania się po rozległych przestrzeniach, podkreślonego naprawdę przyjemną muzyką. Nawet, gdy sceny wchodzą na poziom „kosmiczny”, rozbuchany, pozostają bardzo intymne wizualnie. Tutaj wyciąga dużo z inspiracji Malickiem i nawet jeśli znuży to fanów trykociarskiej dynamiki, to na pewno jest jej zwycięstwem i aż bolą momenty, gdy wjeżdża CGI i karnawałowe opięte kostiumy, bo wyraźnie odstają od tej estetyki codzienności.

Dostaliśmy ostatecznie film przypominający mi trochę Lekarstwo na życie Verbinskiego, bo wielkie studio znowu pozwoliło przepalić grubą kasę na autorski rubaszny bajzel i bardzo to szanuję, gdyż całość jest zdecydowanie “jakaś”, wyróżnia się z potoku produktów marvelopodobnych. Jasne, to produkcja bardzo pokraczna, rozbijająca swoje ambicje o komiksowy festyn, ale w sumie właśnie takie były solowe dzieła Jacka Kirby’ego z tymi bohaterami – szczerą zabawą wielkim pomysłem wyjściowym, kulejącą pod względem scenariusza (z czym ten wielki autor zawsze miał problem), ale angażującą przez pryzmat swojej absurdalności i kampowego uroku. Bawiłem się nieźle, chociaż pewnie nie zgodnie z założeniami projektu. Zobaczyłbym więcej takich eksperymentów, nawet jeśli problematycznych i niedogotowanych, bo to zawsze bardziej przyciąga do ekranu niż kolejne porażająco bezpieczne produkty typu Ant-Man i Osa 7: Znowu w ulu.

Avatar

Radosław Pisula

REKLAMA