search
REKLAMA
Recenzje

DRESZCZE. Pasożyt zwycięzca

Jan Dąbrowski

31 października 2017

REKLAMA

Wieżowiec Starliner na wyspie w pobliżu Montrealu to luksusowe miejsce. Umeblowane mieszkania zachęcają do rozgoszczenia się w środku, a kiedy już się tam jest, właściwie nie trzeba wychodzić na zewnątrz. Na terenie budynku nie brakuje ani sklepów, ani usług, ani rozrywek. Jest nawet klinika medyczna z wykwalifikowanym personelem. Nic, tylko cieszyć się izolacją od miejskiego hałasu i uciążliwych korków. Od pierwszych scen Dreszczy Starliner reklamowany jest jak niedoścignione dotąd marzenie, które wreszcie można spełnić – wystarczy podpisać umowę najmu. Kiedy elokwentny i szarmancki agent nieruchomości Merrick (Ronald Mlodzik) oprowadza parę potencjalnych lokatorów po budynku, wydaje się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Jednak w tym samym czasie w jednym z mieszkań dochodzi do makabrycznej zbrodni: postawny starszy mężczyzna dusi młodą dziewczynę w szkolnym mundurku. Kiedy traci przytomność, kładzie ją na stole, rozbiera, rozcina jej brzuch skalpelem i wlewa żrący kwas. Chwilę potem podrzyna sobie gardło i umiera.

Tragiczne zdarzenie najbardziej wpływa na miejscowego lekarza, doktora St. Luca (Paul Hampton), który znał zmarłego mężczyznę, Emila Hobbesa – specjalistę urologa i wenerologa, będącego uznanym autorytetem medycznym. Zbierając kolejne wywiady od pacjentów budynku i konsultując się z kolegą po fachu (Joe Silver), St. Luc dowiaduje się wielu niepokojących rzeczy o samobójcy i zamordowanej przez niego dziewczynie, Annabelle Brown. Widywano ją niejednokrotnie w wieżowcu w towarzystwie starszych mężczyzn, z którymi miała uprawiać seks mimo młodego wieku. Z kolei badania naukowe doktora Hobbesa okazują się niepokojące. Jego zdaniem człowiek to zwierzę, które za dużo myśli. Zamiast tego najlepiej byłoby pobudzać swoje instynkty, zwłaszcza seksualne. Na krótko po śmierci jego i Annabelle w budynku Starlinera dochodzi do kolejnych dziwnych zdarzeń – mieszkańcy skarżą się na wypukłe, ruchome guzy w żołądku. Jeden z pacjentów wspomina, że podobne wybrzuszenia widział u zmarłej dziewczyny, z którą swego czasu uprawiał seks. Doktor St. Luc podejrzewa, że sypiająca z lokatorami Annabelle zaraziła ich jakimś pasożytem. Wkrótce lokatorów ogarnia epidemia seksualnego szaleństwa.

Dreszcze to zarazem debiut i reżyserskie exposé Davida Cronenberga, filmowe oświadczenie, w którym przedstawił fundamenty swojej twórczości. Najważniejszy z nich to zagrożenie pochodzące z wnętrza ludzkiego organizmu, a nie z zewnątrz, jak zazwyczaj było w horrorach. W ramach tej konkretnej, właściwej Cronenbergowi odmiany gatunkowej – horrorze cielesnym, zwanym też horrorem wenerycznym – reżyser Dreszczy mógł najdobitniej pokazać, co interesuje go najbardziej. Filmowy pasożyt łączy w sobie afrodyzjak i chorobę weneryczną, więc uosabia dwie obsesje Cronenberga: fascynacje ciałem oraz jego możliwościami, ograniczeniami i ewentualnymi rozszerzeniami. To sedno każdego jego filmu, a każdy, kto widział Muchę, wie, że mało kto potrafi tak dokładnie zajmować się fizycznością bohatera. W Dreszczach wyuzdana bohaterka jest nosicielką pasożytniczego organizmu wywołującego chorobliwe pożądanie, co zmienia cywilizowanych, kulturalnych ludzi w seksualne zombie. Jednak, jak to u Cronenberga, nawet gatunek jest pretekstem do czegoś bardziej złożonego.

Paradoksalnie Dreszcze najlepiej ogląda się właśnie w poszukiwaniu kolejnych sensów, tropów. Idylliczny wieżowiec na wyspie ma dać lokatorom poczucie elitarności, bycia lepszym. Ale pasożyt nie wybiera – zaraża wszystkich, nie dyskryminuje nikogo. Początkowo nieznający się ludzie łączą się w masowej orgii w myśl zasady, że każde ciało – młode, stare, piękne i zniszczone – jest obiektem seksualnym. Porzucenie konwenansów i zaspokajanie swoich potrzeb przy użyciu innej osoby z jednej strony kojarzy się z krytyką konsumpcjonizmu, a z drugiej strony źle pojmowanej wolności (w tym przypadku seksualnej). Cronenberg nie ucieka od poważnych tematów jak gwałt, kazirodztwo i pedofilia, lecz chowa je zręcznie w horrorowej konwencji, w dodatku w pojedynczych scenach. Ostatecznie rozprzestrzeniający się w filmie pasożyt prowadzi do nieuniknionej seksapokalipsy i rozpadu społeczeństwa, co sugeruje ponure zakończenie.

Niski budżet, nierówna obsada i pośpiech realizacyjny oraz niepełny jeszcze warsztat reżysera nie wpłynęły jednak na ponadczasowość filmu. Dziś ogląda się go dość trudno. Nie każdy dialog był potrzebny, nie każdy aktor sprostał swojej roli, a nie każde ujęcie jest ostre i dobrze skadrowane. Z perspektywy czasu Dreszcze to garść okruchów z Cronenbergowskiego stołu cielesnej makabry. Są wszystkie potrzebne elementy, ale składają się w chaotyczną, niepełną całość. To udany debiut, ale nie najlepszy film, który znacznie ciekawiej ogląda się przez pryzmat późniejszej twórczości reżysera niż jako samodzielne dzieło.

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Jan Dąbrowski

Samozwańczy cronenbergolog, bloger, redaktor, miłośnik dobrej kawy i owadów.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA