Recenzje

DOM STRACHÓW. Krwawa zabawa oczekiwaniami

Kolejne Halloween i kolejna partia młodzieży na przemiał – dopóki jest w tym pomysł, poproszę o następną dostawę.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Kinowy kalendarz od lat prezentuje się bez większych zmian. Połowa kwietnia? Czas na blockbuster rozpoczynający wysyp letnich widowisk. Sezon jesienny? Zapraszamy na ambitne wysokobudżetowe sci-fi (ewentualnie historię prawdziwego lotu w kosmos, jak rok temu). Styczeń? Filmowe odpadki spisane na straty, w Polsce dodatkowo przemieszane z oscarowymi produkcjami. Przełom września i października? Naturalnie pierwszy horror zapowiadający cotygodniowe dostawy straszydeł i martwych (przeważnie) nastolatków. Niedawna premiera świetnego Ad Astra zrealizowała kosmiczny punkt corocznego planu, natomiast Dom strachów całkiem zgrabnie wprowadza nas w okres spadających z drzew liści i przedhalloweenowej grozy.

Choć punkt wyjścia historii i jej bohaterów trudno określić inaczej niż slasherowy banał, umiejętnie budowane napięcie wprowadza na ekran niepewność już od pierwszych scen. Te przedstawiają enigmatyczne przygotowania pułapek, a także wprowadzają do fabuły nieoczywisty element w postaci brutalnego chłopaka głównej bohaterki, ewidentnie naznaczonej traumą. W ten sposób zostaje zasiane ziarno niepewności, a ograniczone dawkowanie informacji motywuje widza do kombinowania wykraczającego poza „kto zginie następny?”. Nawet kiedy grupka imprezujących w Halloween znajomych podejmuje oczywistą decyzję o wybraniu się do domu strachów na jakimś wygwizdowie, film nie odkrywa od razu kart. Reżysersko-scenopisarski duet (panowie mają na swoim koncie scenariusz Cichego miejsca) obiera taktykę straszenia typową dla tytułowego przybytku i skutecznie manipuluje oczekiwaniami widza. Momenty, w których spodziewamy się grozy i krwawych rozbryzgów, często okazują się zmyłkami, a wydarzenia przebiegają inaczej, niż moglibyśmy to przewidzieć. Przez ekran przewijają się rozmaite fałszywe tropy dotyczące postaci; podejrzewam, że niejeden widz będzie siedział zadowolony ze swojego aktu dedukcji, tylko po to, żeby zobaczyć, jak ekranowe wydarzenia robią mu na złość.

Produkujący Dom strachów Eli Roth znany jest z przewrotności i groteski, a tych w filmie zdecydowanie nie brakuje. Choć na pierwszym planie są groza i suspens, to znajdziemy tu także mniej lub bardziej dosadny humor i przegięte akty krwawej przemocy. Te ostatnie potrafią wywołać zarówno wzdrygnięcie, jak i chichot – z pewnością są też dobrą odtrutką na zachowawczość horrorów ugrzecznionych pod kategorię wiekową PG-13. Nie oznacza to jednak, że widzowi serwuje się torture porn kojarzone z Hostelem czy Piłą. Film nie boi się pokazywać drastycznych obrazów, ale nie zatrzymuje się na nich; śmierć przychodzi tu brutalnie i szybko. Opisywane sceny wykorzystują kilka ciekawych pomysłów i potrafią zakpić sobie z widza, pokazując, jak świadomie twórcy podchodzą do konwencji slashera. Na szczęście w przeciwieństwie do prawdziwego domu strachów w filmie nie uświadczymy wielu jump scare’ów, a napięcie nie bierze się ze strachu przed nagłym hałasem i obleśną mordą wyskakującą z mroku. Praca kamery, w której widać jakiś pomysł, oraz upiorna, ale nie strasząca jazgotem ścieżka dźwiękowa tylko potwierdzają kompetencje duetu zasiadającego na stołku reżyserskim.

Nieco gorzej prezentuje się kwestia przeniesionego na ekran scenariusza i prawdopodobnie montażu. Dom strachów miejscami (szczególnie w pierwszym i w ostatnim akcie) wydaje się niepotrzebnie pędzić z akcją zamiast pozwolić jej rozwinąć się w bardziej naturalnym tempie. Trochę więcej czasu na początku pozwoliłoby lepiej poznać protagonistkę i resztę postaci; jeśli będziecie kibicować komuś poza główną bohaterką, to będzie to przede wszystkim zasługa aktora, który kupił was swoją sympatycznością. Finał wydaje się zaś niepotrzebnie przyspieszony i przez to umiarkowanie satysfakcjonujący. Cierpi na tym prawdopodobnie najciekawszy z antagonistów, którego wcześniejsze działania zapowiadają mrożące krew w żyłach spotkanie twarzą w twarz – niestety pozostaje to niespełnioną obietnicą. Nieco więcej uwagi można było także poświęcić problemom głównej bohaterki; stanowiłyby one wówczas bardziej integralną część historii, a nie dodatek do niej. Przez te uchybienia widz zostaje z poczuciem niedosytu, nawet jeśli finalna scena nieco wynagradza poprzedni kwadrans i wywołuje uśmiech zadowolenia. W ostatecznym rozrachunku film Scotta Becka i Bryana Woodsa pozostawia z podobnymi wrażeniami, co tytułowa atrakcja: intensywne i ciekawie pomyślane przeżycie, które mogłoby być dłuższe i bardziej rozbudowane – warte zachodu, ale lekko rozczarowujące.

Ostatnio dodane