search
REKLAMA
Recenzje

DOM STRACHÓW. Krwawa zabawa oczekiwaniami

Mikołaj Lewalski

30 września 2019

REKLAMA

Kinowy kalendarz od lat prezentuje się bez większych zmian. Połowa kwietnia? Czas na blockbuster rozpoczynający wysyp letnich widowisk. Sezon jesienny? Zapraszamy na ambitne wysokobudżetowe sci-fi (ewentualnie historię prawdziwego lotu w kosmos, jak rok temu). Styczeń? Filmowe odpadki spisane na straty, w Polsce dodatkowo przemieszane z oscarowymi produkcjami. Przełom września i października? Naturalnie pierwszy horror zapowiadający cotygodniowe dostawy straszydeł i martwych (przeważnie) nastolatków. Niedawna premiera świetnego Ad Astra zrealizowała kosmiczny punkt corocznego planu, natomiast Dom strachów całkiem zgrabnie wprowadza nas w okres spadających z drzew liści i przedhalloweenowej grozy.

Choć punkt wyjścia historii i jej bohaterów trudno określić inaczej niż slasherowy banał, umiejętnie budowane napięcie wprowadza na ekran niepewność już od pierwszych scen. Te przedstawiają enigmatyczne przygotowania pułapek, a także wprowadzają do fabuły nieoczywisty element w postaci brutalnego chłopaka głównej bohaterki, ewidentnie naznaczonej traumą. W ten sposób zostaje zasiane ziarno niepewności, a ograniczone dawkowanie informacji motywuje widza do kombinowania wykraczającego poza „kto zginie następny?”. Nawet kiedy grupka imprezujących w Halloween znajomych podejmuje oczywistą decyzję o wybraniu się do domu strachów na jakimś wygwizdowie, film nie odkrywa od razu kart. Reżysersko-scenopisarski duet (panowie mają na swoim koncie scenariusz Cichego miejsca) obiera taktykę straszenia typową dla tytułowego przybytku i skutecznie manipuluje oczekiwaniami widza. Momenty, w których spodziewamy się grozy i krwawych rozbryzgów, często okazują się zmyłkami, a wydarzenia przebiegają inaczej, niż moglibyśmy to przewidzieć. Przez ekran przewijają się rozmaite fałszywe tropy dotyczące postaci; podejrzewam, że niejeden widz będzie siedział zadowolony ze swojego aktu dedukcji, tylko po to, żeby zobaczyć, jak ekranowe wydarzenia robią mu na złość.

Produkujący Dom strachów Eli Roth znany jest z przewrotności i groteski, a tych w filmie zdecydowanie nie brakuje. Choć na pierwszym planie są groza i suspens, to znajdziemy tu także mniej lub bardziej dosadny humor i przegięte akty krwawej przemocy. Te ostatnie potrafią wywołać zarówno wzdrygnięcie, jak i chichot – z pewnością są też dobrą odtrutką na zachowawczość horrorów ugrzecznionych pod kategorię wiekową PG-13. Nie oznacza to jednak, że widzowi serwuje się torture porn kojarzone z Hostelem czy Piłą. Film nie boi się pokazywać drastycznych obrazów, ale nie zatrzymuje się na nich; śmierć przychodzi tu brutalnie i szybko. Opisywane sceny wykorzystują kilka ciekawych pomysłów i potrafią zakpić sobie z widza, pokazując, jak świadomie twórcy podchodzą do konwencji slashera. Na szczęście w przeciwieństwie do prawdziwego domu strachów w filmie nie uświadczymy wielu jump scare’ów, a napięcie nie bierze się ze strachu przed nagłym hałasem i obleśną mordą wyskakującą z mroku. Praca kamery, w której widać jakiś pomysł, oraz upiorna, ale nie strasząca jazgotem ścieżka dźwiękowa tylko potwierdzają kompetencje duetu zasiadającego na stołku reżyserskim.

Nieco gorzej prezentuje się kwestia przeniesionego na ekran scenariusza i prawdopodobnie montażu. Dom strachów miejscami (szczególnie w pierwszym i w ostatnim akcie) wydaje się niepotrzebnie pędzić z akcją zamiast pozwolić jej rozwinąć się w bardziej naturalnym tempie. Trochę więcej czasu na początku pozwoliłoby lepiej poznać protagonistkę i resztę postaci; jeśli będziecie kibicować komuś poza główną bohaterką, to będzie to przede wszystkim zasługa aktora, który kupił was swoją sympatycznością. Finał wydaje się zaś niepotrzebnie przyspieszony i przez to umiarkowanie satysfakcjonujący. Cierpi na tym prawdopodobnie najciekawszy z antagonistów, którego wcześniejsze działania zapowiadają mrożące krew w żyłach spotkanie twarzą w twarz – niestety pozostaje to niespełnioną obietnicą. Nieco więcej uwagi można było także poświęcić problemom głównej bohaterki; stanowiłyby one wówczas bardziej integralną część historii, a nie dodatek do niej. Przez te uchybienia widz zostaje z poczuciem niedosytu, nawet jeśli finalna scena nieco wynagradza poprzedni kwadrans i wywołuje uśmiech zadowolenia. W ostatecznym rozrachunku film Scotta Becka i Bryana Woodsa pozostawia z podobnymi wrażeniami, co tytułowa atrakcja: intensywne i ciekawie pomyślane przeżycie, które mogłoby być dłuższe i bardziej rozbudowane – warte zachodu, ale lekko rozczarowujące.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA