Recenzje
BORROWED TIME. Pixar zupełnie nie dla dzieci
BORROWED TIME to emocjonalna podróż w Dzikim Zachodzie, gdzie szeryf stawia czoła przeszłości pełnej tragedii.
W filmowej codzienności, pełnej zachwytów nad wielkimi widowiskami, po brzegi wypełnionymi magią kina, przeciętny kinoman gubi często bogactwo wrażeń, które jest w stanie dostarczyć drobny w swych rozmiarach film krótkometrażowy. Gdyby zagłębić się w dorobek tego rodzaju kina i przeczesać najważniejsze tytuły, okazałoby się wówczas, że kryje się tam wiele dzieł wybitnych. Jak Borrowed Time, czyli film, który po pojawieniu się w internecie wywołał niemały rozgłos.
Wcześniej wysypał się dla niego worek nagród, przyznawanych w odpowiedniej kategorii wagowej. Akcja tego siedmiominutowego filmu została osadzona w świecie Dzikiego Zachodu. Historia opowiada o szeryfie, który wraca po latach na miejsce tragicznego incydentu.

Borrowed Time wyszedł spod ręki wytwórni Pixar. Wyreżyserował go duet debiutujących twórców, w osobach Andrew Coatsa i Lou Hamou-Lhadj. Za produkcję odpowiada Amanda Deering Jones. Z kolei ścieżkę dzwiękową do filmu skomponował Gustavo Santaolalla, dwukrotny zdobywca Oscara za muzykę do filmów Babel oraz Tajemnica Brokeback Mountain. Nim przejdziecie do dalszej części tekstu, zapoznajcie się z efektem ich pracy.
Pixar już nieraz udowodnił, że świetnie radzi sobie z braniem na warsztat poważnych i trudnych tematów, bliższych widzowi dorosłemu. Nigdy nie zapomnę, w jaki sposób Odlot podjął kwestię przemijania. W krótkometrażówce Borrowed Time (w wolnym tłumaczeniu: pożyczony czas) twórcy biorą pod lupę traumę, która, nie pozwalając zapomnieć o przeszłości, rzutuje na kondycję duszy w teraźniejszości. Sami twórcy tak mówią o celu, jaki obrali podczas realizacji filmu: Chcieliśmy zrobić coś, co było bardziej dorosłe tematycznie, i pokazać, że animacja może być odpowiednim medium do opowiedzenia historii każdego rodzaju.

To z pewnością zostało zrealizowane, ponieważ nie da się ukryć, że Borrowed Time odznacza się przede wszystkim ciężarem emocjonalnym w przekazie historii. Bohater, dorosły mężczyzna, wciąż nie potrafi pogodzić się z przedwczesną stratą swego ojca. Stratą, do której sam się przyczynił. Postanawia więc po raz ostatni stanąć twarzą w twarz z demonami przeszłości. Przed pogrążeniem się w otchłani zapomnienia bohatera ratuje trochę przypadek, a trochę… zegarek, który niegdyś otrzymał od ojca. Ten prosty znak od losu, będący zarazem znakiem obecności, pozwoli mu raz jeszcze ruszyć naprzód, tym razem uwalniając się z krępujących więzów traumy. Proste, piękne i prawdziwe. Aż dziw, że to wszystko doszło do mnie w niecałe siedem minut. No i nigdy wcześniej nie widziałem krwi w produkcji Pixara.
Tekst z archiwum Film.org.pl (cykl Krótki metraż)
