Felietony - Cykle
MAMA I TATA MÓWIĄ, ŻE MAM TALENT. Dzieci sławnych rodziców mogą więcej
MAMA I TATA MÓWIĄ, ŻE MAM TALENT to emocjonująca opowieść o dzieciach sławnych rodziców, które stawiają czoła wyzwaniom, z talentem i stylem.
„Znowu wydaje mi się, że/Jestem Batmanem i mam ogonek/Moi koledzy też tak chcą/Chodzę nocami po dachach i drzewach”. To fragment tekstu Warszawy ze znakomitej, debiutanckiej płyty zespołu o wdzięcznej nazwie Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach. Jak daleko od niemal wszystkiego, co w muzyce i aktorstwie dobre pozostaje przynajmniej ostatnio Jaden Smith, można przekonać się dzięki teledyskowi, który nigdy nie powinien był ujrzeć światła dziennego. Ten „aktor, piosenkarz, raper, projektant odzieży i tancerz”, a przede wszystkim syn Willa Smitha i Jady Pinkett Smith wskoczył w biały (tak, tak!) strój superbohatera. Batman was porazi, nie pozwoli zasnąć i utwierdzi w przekonaniu, że dzięki sławnym rodzicom można więcej, mocniej i jeszcze bardziej na bogato. Czy jednak jest to zawsze coś złego?

Batman w wydaniu Jadena Smitha
Niespełna osiemnastoletni Jaden to być może skrajny, ale nie jedyny przykład mało utalentowanego aktora/muzyka, zyskującego jako taką sławę i popularność przede wszystkim dzięki nazwisku. Rola w W pogoni za szczęściem (wystąpił razem z ojcem) okazała się obiecującym debiutem, potwierdzonym statuetką Saturna za Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia.
Do tego doszło kilka mniej znaczących nagród za Karate Kid. Miłe złego początki, bo już występ w 1000 lat po Ziemi, w którym również wystąpił razem z tatą, „nagrodzono” dwiema Złotymi Malinami. Po pierwszym sezonie Netflix zrezygnował również z serialu The Get Down z jego udziałem.
Ale Jaden to – mimo wszystko – dopiero dzieciak. Może warto odpuścić święte oburzenie, czasami pośmiać się z białego Batmana (słyszycie te biało-czarne żarty w waszych głowach?), żenujących wpadek mało uzdolnionych, ale przebojowych dzieci sławnych rodziców i czekać na prawdziwe talenty? A takich w końcu nigdy nie brakowało.
Jednym z najbardziej znanych przykładów branżowego nepotyzmu – jeśli można użyć tak mocnego określenia – jest obecność Sofii Coppoli w dwóch z trzech części Ojca chrzestnego. O ile jej niemowlęcy występ w roli chłopca chrzczonego w jednej z ostatnich scen pierwszej części sagi nie mógł wywołać kontrowersji (bo i w jaki sposób?), to jej rola w części trzeciej doczekała się srogich batów ze strony krytyków i widzów. Za rolę Mary, córki Michaela i Kate, Sofia zgarnęła Złotą Malinę i kolejną nominację.
Fani najsłabszej, ale i tak niezłej trzeciej części, do dziś nie mogą wybaczyć Francisowi Fordowi Coppoli tego obsadowego błędu. Miażdżąca krytyka, która spadła na młodziutką Sofię-aktorkę, okazała się w pewnym sensie zbawienna, bo ta wzięła się za scenopisarstwo oraz reżyserię, a potem dała światu Między słowami, poprzedzając ten film Przekleństwami niewinności. Niestety, w tym samym, 1999 roku premierę miały Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne widmo, a jej rola Saché także doczekała się nominacji do Złotej Maliny. A już w tym roku Sofia odebrała nagrodę za reżyserię w Cannes. Czasami jednak warto robić dokładnie to, co twoi rodzice.
Ale spójrzmy na ten temat z nieco innej strony. Oburzamy się, że rodzice na siłę przepychają swoje dzieci i jak tylko mogą, ułatwiają im drogę do mniejszej lub większej kariery. Tymczasem filmowe środowisko wydaje się dość zamkniętym gronem. Reżyserzy bardzo często obsadzali w rolach swoje żony, a dzieci podążały śladami swoich rodziców. Zresztą dzieje się tak nie tylko w filmowej branży. Na szczęście przykłady rzeczywiście utalentowanych dzieci sławnych rodziców można mnożyć: Kirk Douglas i Michael Douglas, Martin Sheen i Charlie Sheen oraz jego brat Emilio Estevez, Donald Sutherland i Kiefer Sutherland, czy bodaj najtragiczniejszy duet rodzic–dziecko, czyli Debbie Reynolds i Carrie Fisher.

Kadr z filmu Obywatel
Nad Wisłą też przykładów nie brakuje: Juliusz Machulski – syn Jana Machulskiego – zajął się reżyserią i w obliczu jego dokonań chyba nikt nie podnosi argumentu, że to „tatuś mu załatwił”. Po występach w 33 scenach z życia, Obławie, a także w spektaklach (m.
in. Aniołach w Ameryce Krzysztofa Warlikowskiego) chyba nikt nie wątpi, że Maciej Stuhr to świetny aktor, a nazwisko odziedziczone po tacie – Jerzym – tylko pomogło w pierwszych aktorskich krokach. Podobnie rzecz ma się z Olafem Lubaszenko, synem Edwarda Linde-Lubaszenko. Ten ma ostatnio słabsze lata, ale umiejętności z pewnością nigdy mu nie brakowało.
Jest jeszcze reżyserski duet Agnieszki Holland i Kasi Adamik. Panie tworzą niekiedy filmy razem, ale zdecydowanie lepiej wychodzi im praca bez udziału mamy/córki. Przed kamerą nadal pojawia się Maria Seweryn (córka Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna) – ostatnio w Amoku, a swego czasu na ekranach oglądaliśmy też syna Daniela Olbrychskiego – Rafała.
Ale są też mało chlubne wyjątki udowadniające, że geny nie zawsze decydują o talencie. Ostatni – po którym do dziś nie mogę się otrząsnąć – to występ Bronisławy Zamachowskiej. I bez jej wyjątkowo irytujących aktorskich popisów Powidoki okazały się filmem słabym. Dla dobra jej i widzów byłoby lepiej, gdyby w przyszłości zajęła się czymś innym. Na przykład scenopisarstwem i reżyserią.
Może wyjdę na naiwniaka, ale twierdzę że dobra sztuka obroni się sama. Czy pomocna dłoń rodzica i słówko szepnięte reżyserom, producentom pomaga? Oczywiście, że tak. Nie zapominajmy, że te dzieciaki wyrastają w domach, w których aktorstwo czy reżyseria to nic wyjątkowego, a codzienne życie. Tak czy inaczej, przy braku talentu protekcja rodziców to jednak zbyt mało, by na dłużej i – co ważniejsze – z sukcesami zaistnieć w filmowej branży. Bo tak jak w przypadku Coppoli, Zamachowskiej, czy Jadena Smitha, tego rodzaju zapędy prędzej czy później zweryfikuje publiczność.
A tymczasem zapnijcie pasy, nie regulujcie odbiorników i cieszcie oczy. Tylko ostrzegam: co się zobaczyło, to się nie odzobaczy. „Batman, Batman, Batman”…
korekta: Kornelia Farynowska
