Felietony

FULL FRONTAL PISULA #1: Faceci w czerni trochę nauczyli mnie kina

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Nie widziałem jeszcze nowych Facetów w czerni, ale przy tym ich całym (kulawym) marketingu jakoś tak sobie uświadomiłem, że ten cykl jest dla mnie osobiście na jakimś poziomie istotny. Nie, żeby to były jakieś szczególnie wybitne filmy – jedynka to bardzo miły komediowy akcyjniak, z unikatowym tematem; dwójeczka została rozbabrana przez nijakość taśmowego ufajnowiania filmów, gdzie fabuła i zabawa ustępowały miejsca żonglowaniu CGI i natłokowi występów gościnnych. A trójeczka mnie zaskoczyła, bo Brolin tam działa na niezłych obrotach. Do zjedzenia – z beknięciem jak u niemowlaka, nie duszę w sobie nic, o czym miałbym tu wspominać. Filmidełko.

Ale pamiętam seans jedynki jeszcze przez oczy małego Radka. Nie w kinie. Miałem daleko, jak coś, to wycieczkowo się tam jeździło ze szkoły, a ja byłem na diecie z telewizji i VHS. Może i najlepszej.

Puścili nam to na kawałku wymiętego prześcieradła w szkolnej świetlicy, dobre kilka miesięcy po premierze. Przyjeżdżał wtedy tam taki typ ze szpulą (miał też Richiego milionera, to było wtedy zabawne jak karma mać), rozstawiał sprzęt i wyświetlał dzieciakom kawałek Ameryki. Ławki zostały ustawione jak w kinie (byczki zawsze przepychały się na przód i widać było zazwyczaj tylko pół ekranu) i panowała taka dostojna cisza, bo trzeba przecież było chłonąć każdy kawałek seansu. Nie jak teraz – że popcorn, darcie mordy, bachanalia. Ja tam zresztą nie powinienem być, bo to nie był seans dla dzieciaków takich mniejszo-mniejszych, ale prześlizgnąłem się jakoś na salę – taki bąbel ledwo, co się chwilę wcześniej wytoczył z przedszkola (czy coś, jakoś tak).

I nagle wpadłem w zupełnie unikatowy świat, chociaż skrajne niezwykłości czaiłem już poprzez sorboizację kultury w Herkulesie. Typy w garniturach, czysta klasa, kosmiczni kosmici, gruby klimat dochodzeniowy, śmieszki, Bajer z Bel-Air, wujek Andrzej do pary (Tommy Lee Jones wyglądał wtedy jak wujek każdego). Niezwykłe, niespotykane. I był ten dynks, co to kasował pamięć – jeden z tych artefaktów, który był na szczycie drabiny dziecięcego łaknienia. Bo pyk i Gruby nie pamięta, że go sfaulowałem na boisku – a gość był postury małego europejskiego państwa. Albo że pała z matmy – i pyk, mama już zapomniała. Więc może, rodzicielko, odpal „Skrzydła”, pośmiejemy się, w szkole normalka była.

A potem jeszcze w telewizji wyskoczył ten serial animowany, do spóły z Batmanem przyszłości dzierżący tytuł „Czołówki, która urwała mi koparę i nauczyła czegoś o życiu”. A przynajmniej o tym, że na poziomie animacji można praktycznie wszystko i skleja je ktoś, kto ma dobry gust.

I gdzieś ta seria sobie jest filmowo tak od przeszło dwóch dekad, po cichutku leci i może mnie ten nowy epizod zmęczy, wymęczy, ale gdzieś tam, z tyłu głowy, mam cały czas sprane prześcieradło, zaciśnięte piąstki i zachwyt tym zakręconym światem. Taki czyściutki, przez oczy szczyla, który nie rzuca z pretensją „już było, eeeeeee”. I zachwyt pykadłem, które wypykuje pamięć. Bam, światełko, zobacz tu.

O czym ja to miałem? Aaaa. Nie widziałem jeszcze nowych Facetów w czerni, ale przy tym ich całym (kulawym) marketingu jakoś tak sobie uświadomiłem, że ten cykl jest dla mnie osobiście na jakimś poziomie istotny…

Ale nieważne, chociaż ważne. Po prostu brakuje mi tych nieprzeżartych filmowymi bodźcami gogli na oczach małego Radka. Gdy magia kina była jeszcze magią.

Ostatnio dodane