Felietony

DLACZEGO NIE CZEKAM NA AVENGERS: KONIEC GRY, choć obejrzałem wszystkie filmy ze stajni MARVELA

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Tydzień temu siedziałem sobie w lokalnym kinie na Kapitan Marvel, zmuszony siłą przez przyjaciół, pozbawiony jakiejkolwiek chęci oglądania następnego filmu o bohaterce, będącej przy tym jakąś nieudaną kalką Wonder Woman. Oglądam spokojnie, bardziej zmęczony, marzę o domowym łóżku i owocowej herbacie, co dostrzega mój kolega, zarzucając mi brak podejścia do takich produkcji. Błagam was, dwudziesty film o tym samym, który środowisko fanów nakazuje mi wielbić, inaczej będę ignorantem, ewentualnie cynikiem nielubującym się w tej dobrej zabawie. Cóż, kompletnie nie czekam na Koniec gry.

Nasze społeczeństwo z przywiązaniem kibicuje działaniom drużyny Avengers, jak również kilku innym postaciom ze stajni Marvela. Fenomenem popkulturowym stała się nieoczekiwanie Czarna Pantera, w której nie brakuje nawiązań do pewnych kulturowych tradycji, nominowana do Oscara, przy tym naprawdę nużąca i niepotrzebna. Cały superbohaterski hype przybiera wysokie obroty, jeśli mówimy o walce fanów Marvela z DC Comics. Ludzie oczekują najnowszych tytułów, wykłócają się, wyzywają, a realne problemy związane z kinematografią – choćby ostatnie wypowiedzi Spielberga o Netfliksie – umykają nam, na pierwszy plan wysuwa się trailer Jokera z Phoenixem, jakby to, kto najlepiej zagrał arcywroga Batmana, miało większe znaczenie. Nicholson, ale i Ledger oraz Joaquin nie muszą widzom nic udowadniać, już posiadają miano kultowych, utalentowanych aktorów. Podąża to aktualnie w patologicznym kierunku, nieco dla mnie niezrozumiałym, ponieważ zapominamy, dlaczego tymi herosami zaczynaliśmy się kiedyś fascynować.

Marvel

Jednak na zawsze pozostanie mi w pamięci fakt, że okrutnie - wciąż jako dzieciak, ale i wielki fan - zawiodłem się na bohaterskiej epopei Jossa Whedona.

Pamiętam rok 2012, premierę pierwszych Avengers, próbę połączenia moich ulubionych postaci w jeden zespół i pokazania, jak „wspaniałe” uniwersum udało się producentom stworzyć. Dwunastoletni brzdąc, jakim wtedy byłem, znający się na kinie odrobinę mniej niż teraz, z niecierpliwością czekał na ten film, a odczuwane przez niego uniesienia w dniu premiery przekraczały najśmielsze oczekiwania rodziców. Pamiętam ten dreszczyk emocji, gdy ze szkołą poszliśmy oglądać drużynę Tony’ego Starka i Marka Ruffalo zamieniającego się w zielonego olbrzyma. Nie zapomnę również, jak siedziałem w Internecie i przeglądałem pozytywne oceny Avengers na portalach filmowych z myślą, iż do czynienia mamy z arcydziełem XXI wieku. Jednak na zawsze pozostanie mi w pamięci fakt, że okrutnie – wciąż jako dzieciak, ale i wielki fan – zawiodłem się na bohaterskiej epopei Jossa Whedona. Parę ciekawszych scen nie zrekompensowało mi suchych tekstów i obrzydliwych, lateksowych strojów co niektórych śmiałków.

Mimo to oglądałem wszystkie następne filmy Marvela i to nie jest tak, że tego wcale nie lubiłem. Spider-Man: Homecoming albo Strażnicy Galaktyki sprawiali mi masę frajdy, dzieła te potrafiły się bronić, bo może nie musiały brać siebie aż tak na poważnie, niektóre struny poluzowano, tematyka nie trzymała się kurczowo „ratowania świata po raz siedemdziesiąty”. I tak z niecierpliwością oczekiwałem Wojny bez granic, która miała być przynajmniej przyzwoita – a była nawet lepsza! Solidny film, nieskonstruowany niczym badziewny miszmasz wybuchów i walk, ale jeden fakt mi się bardzo nie podobał. No, nawet dwa.

Mark Ruffalo

Czy ten cały marketing Marvela nie wydaje się wam dosyć nienormalny?

Po pierwsze, czy nie jest to trochę przegięciem kazać oglądać siedemnaście poprzednich produkcji, by móc czerpać pełną satysfakcję z tej jednej? Ktoś powie, że to przecież na tym polega, budowanie tego przepięknego uniwersum, kiedy każdy z puzzli zaczyna pasować do całości. Albo drugi wyleci z niesamowitym argumentem: Nie musisz oglądać każdego po kolei, tylko parę się łączy! Wydaje mi się to niemałym fałszem, bo każdy z nich ma tak zwane sceny po napisach lub parę smaczków zwięźle przez twórców wciśniętych. Jeśli chcemy uniknąć wszelkiego rodzaju pytań – Dlaczego? Jak? Kto to? Co się stało? O co chodzi? – musimy nadrabiać, nadrabiać i jeszcze raz nadrabiać. Czy ten cały marketing Marvela nie wydaje się wam dosyć nienormalny? Ja rozumiem, kiedy coś jest trylogią, nawet heksalogią, ale nie każdy ma wystarczająco dużo czasu, by obejrzeć wszystko, a nadal chce się w pełni cieszyć z seansu. Dla kogo będą te filmy, jeśli odejmiemy każdego z fanów?

W takich wypadkach czuję się jak marionetka, z której producenci próbują wycisnąć, co tylko się da, gwarantując dobrą zabawę podzieloną na mikroskopijne pierwiastki.

Druga rzecz to zakończenie, łączące się z samym PR-em Avengers: Koniec gry. Zapewne skoro czytacie ten tekst, wiecie, co się dzieje w uniwersum i o czym będzie najnowsza część kolorowych, choć w tym momencie zrozpaczonych bohaterów. Końcówka zeszłorocznego filmu zrobiła wrażenie na wielu, ale mnie personalnie mierziła. Nie idę do kina, aby opowieść dzielono mi na dwie części, tak bym musiał czekać na następną rok i wydawać kolejne pieniądze na bilety. W takich wypadkach czuję się jak marionetka, z której producenci próbują wycisnąć, co tylko się da, gwarantując dobrą zabawę podzieloną na mikroskopijne pierwiastki. Do tego czuję się niczym idiota, tak bowiem traktują mnie w tym momencie ludzie odpowiedzialni za te majestatyczne projekty. Z wiedzą, że powstawać mają kolejne części z postaciami, które rzekomo umarły, że niedawno wyszedł zwiastun najnowszego Spider-Mana, ze świadomością, iż nie uśmiercą tylu kur znoszących złote jaja, nie mam pojęcia, czy w ogóle mogę nastawić się na ten seans z uśmiechem na twarzy.

Aktorzy

I tak najzabawniej wspominam moment wyjścia pierwszej zapowiedzi Koniec gry. Tony Stark wciela się w narratora i mając świadomość, że może nie wrócić na Ziemię i umrzeć z braku powietrza, nagrywa pożegnalną wiadomość. Liczba pojawiających się filmików „śledczych” odnośnie do tego, czy wróci, teorii spiskowych i kłótni między fanami była niebotyczna, cały Internet żył tą – w sumie nic nieznaczącą – kwestią. Zaskakuje mnie, jak potrafimy żyć takimi głupstwami i wynosić je na popkulturowy piedestał. Wobec tego zaśmiałem się w momencie, w którym okazało się, że jakoś dotarł zdrowo i szczęśliwie. I więcej o podobnych analizach nie było mi dane słyszeć…

Bardzo lubię, gdy ktoś fascynuje się kinem i ma coś do powiedzenia o filmie, czy to tamtym z lat, kiedy jeszcze nie mieliśmy na ekranie pełnej barwy kolorów, może nawet gadać o najnowszych komediach romantycznych z polską plejadą gwiazd – byle nawijał z większą lub mniejszą swobodą mówienia i niech robi to mądrze; sami oglądający te produkcje nie potrafią być natomiast obiektywni i rzadko kiedy rozmowa z nimi ma większy sens. Nie widzą, w jaki sposób są wykorzystywani przez wielką wytwórnię, często chwaląc naprawdę mierne tytuły i powtarzając, że to przecież „tylko kino superbohaterskie”. Nie, to kino przejmujące w tym momencie kontrolę nad gustem widzów.

Przestaliśmy chodzić na to, na co warto, a zaczęliśmy na rzeczy modne, często nic sobą niereprezentujące. I tak mi się wydaje, że Avengers: Koniec gry nie są premierą roku i nigdy nią nie zostaną. Ludzie sami sobie zgotowali ten los, pozostaje pytanie, czy coś z tym zrobią, czy w pełni zostaniemy pochłonięci przez popkulturową kulę śnieżną, składającą się z samej miernoty i braku oryginalności.

Ostatnio dodane