Felietony

BĘKARTY WOJNY. Mistyczna kinofilia i czarne skrzynki Tarantino

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

W Pulp Fiction kelnerzy przebrani za gwiazdy popkultury obsługują Mię i Vincenta w wykwintnej restauracji Jack Rabbit Slim’s. Django i Nienawistna ósemka to oczywiście samodzielne filmy, ale zanurzone w gatunkowym westernie sprzed kilku dekad. W Pewnego razu w… Hollywood kinofilia Quentina Tarantino wylewa się w nadmiarze na każdym kroku i sama w sobie jest jednym z wiodących tematów filmu. Erudycyjne popisy, wyrazisty dialog, siatka intertekstualnych i estetycznych odniesień, narracyjne eksperymenty, refleksja nad doniosłością kultury: tej elitarnej i tej brukowej. To standardowy, oczekiwany i zarazem zdumiewający repertuar chwytów kina Quentina Tarantino.

W Bękartach wojny filmowe medium konserwuje i chroni życie, jest jego epilogiem.

W przesyconych tymi elementami Bękartach wojny również chodzi o wyrażenie uczucia do X Muzy. Kino staje się finalną areną wojenną, a wkład w zwycięstwo mają filmowe gwiazdy i filmowi krytycy. Szósta produkcja Quentina Tarantino mogłaby dzielić tytuł z przeprowadzaną  przez aliantów szpiegowską operacją „KINO”. Film jest tu przecież przedmiotem nie mniejszej modernistycznej dekonstrukcji niż przebieg zdarzeń II wojny światowej.

bekarty wojny

Dorobek historii kina objawia się u Tarantino różnorako i powraca w wielu wariantach. Przez cytat, parafrazę, analogię czy podobieństwo. Ta wyliczanka nie jest oczywiście żadnym odkryciem, ale chciałbym, by stanęła ona w kontrze do pewnej wyjątkowej sceny z Bękartów wojny. Korzysta ona ze znanego dla modernistycznego kina zagrania (film w filmie), ale to środek do nieco innego celu. Reżyser wprowadza nas bowiem na terytorium graniczące z metafizyką. Niżej opisana scena nie ma oczywiście charakteru eschatologicznej zadumy. Tego rodzaju filmowa eseistyka nigdy nie interesowała zakochanego w B-klasowych akcyjniakach Quentina Tarantino. Jest ona natomiast intrygującym szkicem, frapującą hipotezą.

Fredrick Zoller, wojenny bohater i gwiazda wyświetlanej właśnie Dumy narodu, opuszcza lożę i po raz kolejny idzie flirtować z Shosanną (vel Emmanuelle Mimieux). Ta, niecierpliwie czekając na moment, aż jej kino zostanie podpalone, ponownie odmawia zalotom niemieckiego żołnierza. Wściekły Fredrick wdziera się do projektorni, by chwilę potem zostać kilkukrotnie postrzelonym przez Shosannę. Na ekranie jednak, jako filmowy protagonista, ciągle żyje, ciągle walczy. Fredrick na chwilę przed śmiercią sięga po pistolet i zabija Emmanuelle. Martwa Shosanna zaraz powróci na ekranie, zdradzając widowni swoją tożsamość i prawdziwe intencje. To głos już pośmiertny, ale równocześnie świadectwo trwania i dalszego uczestnictwa. Dla Fredricka i Shosanny filmowa projekcja staje się siłą prezerwującą życie. W obu tych analogicznych przypadkach, montażowo zespolonych i rozgrywających się nie przez przypadek w projektorni, przebiega ten sam mechanizm. Projekcja staje się mistycznym, życiodajnym wynalazkiem.

W filmografii Tarantino tu i tam znajdziemy pewne metafizyczne tropy, ale nigdy nie zostały one równie wyraziście zamanifestowane. Taki charakter w Pulp Fiction mają nawrócenie Julesa czy słynna walizka, pozwalające czytać film jako przypowieść o duszy i odkupieniach. Uduchowione wątki odnajdziemy w krwawej podróży Czarnej Mamby z Kill Billa. Przypadek Shosanny i Fredricka wskazuje na jeszcze inną płaszczyznę interpretacyjną.

bekarty wojny

W filmach Tarantino ten drugi wymiar jest na wyciągnięcie ręki. W Pulp Fiction transcendentalną mocą owiana jest walizka Marcellusa Wallace’a. W Bękartach wojny tym czarem dysponuje kaseta z filmową rolką. Dwie czarne skrzynki o nadprzyrodzonych właściwościach. To oczywiście zagadnienie sprowadzające się nie tylko do filmowego uniwersum Quentina Tarantino. To głos fanatycznego kinomana i filmowca w rozważaniach o znacznie szerszym kontekście.

W Bękartach wojny filmowe medium konserwuje i chroni życie, jest jego epilogiem. Reżyser postrzega kino jako magiczny wehikuł. Jeśli gdzieś szukać transcendencji, to właśnie w jego przybytkach, na taśmach rolek filmowych. Dla jednych takim magicznym miejscem będzie chrześcijańskie niebo, dla innych Elizjum, Great Beyond czy każde inne, rozumiane na miliony sposobów zaświaty. Wszystko to wizualizacje tego samego abstrakcyjnego pojęcia, reprezentacje tej samej niewiadomej. Quentin Tarantino w Bękartach wojny sugeruje kolejną możliwość. Szczera propozycja, ale niewiarygodna jak wszystkie pozostałe.

Ostatnio dodane