Autor: REDAKCJA
opublikowano

Oceniamy WSZYSTKIE filmy KINOWEGO UNIWERSUM MARVELA

W kinach króluje Avengers: Koniec gry. Film braci Russo jest podsumowaniem i zamknięciem wątków prowadzonych przez ponad 20 filmów, wydarzeniem nie tylko dla fanów superbohaterów, lecz w świecie kina w ogóle. To też idealna okazja, by spojrzeć na całą serię z perspektywy czasu, co uczyni dwóch naszych redaktorów.

Filip Pęziński: Od kiedy pamiętam, kochałem superbohaterów, także tych ekranowych. Kinowe Uniwersum Marvela – mimo potknięć – od ponad dziesięciu lat pozwala mi to uczucie pielęgnować. Kevinowi Feige’owi i zebranym twórcom udało się znakomicie przenieść na ekran znane z komiksów postaci, historie i idee oraz stworzyć przepis na idealne kino rozrywkowe.

Łukasz Budnik: Odkąd byłem dzieckiem, świat superbohaterów stanowił dla mnie doskonałe źródło rozrywki w różnej formie. Gigantyczne przedsięwzięcie, jakim jest MCU, tylko ugruntowało moją sympatię do tematu, z każdym kolejnym filmem angażując mnie coraz bardziej, nawet jeśli nie wszystkie uważam za w pełni udane.

 Faza pierwsza

Iron Man (2008)

Filip Pęziński: Rozpoczynający całą przygodę z Kinowym Uniwersum Marvela Iron Mana Jona Favreau z 2008 roku był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Spodziewałem się raczej rozrywki na poziomie Spider-Manów Sama Raimiego, a dostałem bardzo sprawnie poprowadzoną historię – opartą na emocjach, pełnowymiarowych postaciach i świetnym humorze. Strzałem w dziesiątkę okazała się zebrana obsada, oczywiście z Robertem Downeyem Juniorem na czele, który do dziś dzielnie niesie na swoich barkach cały ten świat. Przy kolejnych powtórkach film – w całości poświęcony genezie bohatera – potrafi oczywiście nieco znużyć, ale to naprawdę wzorowa rozrywka i idealne otwarcie ambitnego projektu Marvela.

Łukasz Budnik: Nigdy nie podzielałem wielkiego entuzjazmu, z jakim spotkał się ten film, a przy kolejnych powtórkach nieco mi się już dłuży. Broni się doskonale znakomitym Downeyem Juniorem oraz jego chemią z Gwyneth Paltrow i sekwencją odbicia afgańskiej wioski, do dziś pozostającą jednym z moich ulubionych fragmentów całego MCU. Brakuje mi nieco zbroi Iron Mana takich jak na początku jego superbohaterskiej kariery. Ciężkich, solidnych, które wybrzmiewały przy każdym ruchu Starka. Oczywiście przy obecnej skali zagrożenia pewnie na wiele by się nie zdały, ale na początku uniwersum stanowiły świetne uzupełnienie postaci, co szczególnie widać właśnie we wspomnianej scenie akcji.

The Incredible Hulk (2008)

Łukasz Budnik: Nieraz mam wrażenie – chyba słuszne – że Marvel trochę wstydzi się tego filmu i rzadko przytacza go jako część uniwersum, nie wspominając o porzuceniu rozpoczętych w nim wątków. Cóż, mogę się przed tym bronić, ale The Incredible Hulk wyraźnie nią jest, choć efekt ten zaburza inny projekt Hulka i oczywiście Edward Norton wcielający się w Bannera. Jestem znacznie większym sympatykiem Marka Ruffalo w tej roli, dlatego cieszę się, że od Avengers to on jest częścią składu. Jedyny solowy film Hulka wchodzący w skład uniwersum to przeciętna produkcja, która nieszczególnie bawi (co najwyżej dobre sceny akcji, mało humoru, drewniani aktorzy), ale też nie przyprawia o zgrzytanie zębów. Być może patrzyłbym na nią przechylniej, gdyby już wtedy Ruffalo grał główną rolę.

Filip Pęziński: Pełna zgoda. Rzeczywiście The Incredible Hulk wydaje się częścią Kinowego Uniwersum Marvela tylko pozornie i dziś łączy go z całą resztą zaledwie postać Williama Hurta. Film Louisa Leterriera to przeciętny blockbuster, który nie wyróżnia się niczym pozytywnie, za to negatywnie – bardzo kiepskim CGI i najgorszym w historii kina projektem postaci tytułowego Hulka. Brazylijską część, gdy Banner ukrywa się i ucieka przed wojskiem, ogląda się całkiem dobrze, ale już finałowa bitwa dwóch CGI-powtorków zwyczajnie męczy.

Iron Man 2 (2010)

Filip Pęziński: Druga część Iron Mana powstawała w wyraźnym pośpiechu, co widać szczególnie w bardzo pretekstowym, rozdrobnionym na zdecydowanie za dużo wątków scenariuszu. Całość trzyma się tylko na bohaterach i aktorach, których zdążyliśmy polubić w poprzedniej odsłonie oraz tych, których sequel przedstawia. Warto zauważyć, że właśnie tu Don Cheadle zastąpił Terrence’a Howarda w roli Rhodeya, a także że film wprowadził do uniwersum Czarną Wdowę, w którą wcieliła się oczywiście Scarlett Johansson. Największym obsadowym magnesem okazuje się jednak znakomicie bawiący się rolą Sam Rockwell.

Łukasz Budnik: Jedna z tych odsłon MCU, do których wracam najrzadziej – poza wprowadzeniem Czarnej Wdowy, większą rolą Nicka Fury’ego i wspomnianym przez Filipa zastąpieniem Cheadle’a nie ma w Iron Manie 2 nic, co miałoby większe znaczenie dla uniwersum. Był potencjał na rozwinięcie wątku problemów Starka z alkoholem, ale zasugerowane są one właściwie tylko w tym filmie (w niezręczny zresztą sposób, ale to nawet dobrze). Zresztą, Tony’ego i jego superbohaterskie alter ego wolę oglądać w filmach drużynowych.

Thor (2011)

Łukasz Budnik: Film, który zyskuje u mnie z kolejnymi seansami. Największe zalety Thora to zdecydowanie aktorzy wcielający się w synów Odyna, każdy będący castingowym strzałem w dziesiątkę. Hemsworth rozkręcał się jeszcze z kolejnymi filmami, ale Tom Hiddleston od samego początku bezbłędnie grał Lokiego, w punkt trafiając z jego cwaniactwem i przebiegłością, lecz także z zagubieniem i bólem. Dziś chyba nawet chętniej oglądam jego poczynania w Asgardzie niż perypetie Thora na Ziemi (jakkolwiek jego nieokrzesanie stanowi świetny punkt wyjściowy do udanych gagów). Plus również za nienachalny, uroczy wątek miłosny.

Filip Pęziński: Zdecydowanie film, któremu warto dać kilka szans! U mnie początkowa obojętność zamieniła się ostatecznie w wielką miłość. Uwielbiam przygodowy i kameralny charakter filmu. Niezwykle bawi mnie naturalny, nienachalny humor. Cieszy cała zebrana ekipa aktorska. W końcu – tu pełna zgoda z Łukaszem – uroczy wątek miłosny (między Hemsworthem a Portman wręcz iskrzy!). Bardzo podoba mi się także, mocno w późniejszych produkcjach zagubiony, motyw Asgardu jako miejsca „gdzie nauka i magia to jedno i to samo”. Absolutnie znakomita, szczera, pełna serducha rozrywka.

Captain America: Pierwsze starcie (2011)

Filip Pęziński: Jeszcze przed premierą zupełnie bym się tego nie spodziewał, ale do dziś jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych filmów z całego Kinowego Uniwersum Marvela. Joe Johnston, reżyser widowiska, odkopał swoje notatki z okresu pracy nad Człowiekiem rakietą i ponownie dostaliśmy niezwykle dynamiczne superbohaterskie origin story skąpane w duchu kina nowej przygody i fantastyki retro. Udało się tu praktycznie wszystko – włącznie ze świetną obsadą, na czele z idealnie dobranym do roli tytułowej Chrisem Evansem i Hugo Weavingiem, który wcielał się w głównego antagonistę produkcji.

Łukasz Budnik: Nie będę aż taki huraoptymistyczny, bo choć sam uważam Captain America: Pierwsze starcie (ach, to niezwykłe tłumaczenie tytułu) za dobre origin story z przesympatycznym protagonistą, to oglądając je, nie czuję ani wielkiej przygody, ani szczególnych emocji. Wyjątkiem jest scena, w której Kapitan postanawia poświęcić się i odbywa ostatnią (przynajmniej na jakiś czas) rozmowę z Peggy, jeden z najbardziej chwytających za gardło momentów MCU. Chris Evans to kolejny bezbłędny casting w uniwersum – udowodnił to już tym filmem, a skrzydła rozwinął w pełni później.

Avengers (2012)

Łukasz Budnik: Ach, ależ czekałem na ten film! Fakt, że mają się w nim spotkać znani z poprzednich filmów bohaterowie, niezwykle ekscytował, a po seansie nie było mowy o rozczarowaniu – górował zachwyt. Dopiero powtórki wykazały nieco mankamentów, głównie w środkowej części filmu, dłużącej się przy kolejnych seansach. To jednak wciąż kapitalna rozrywka i bardzo udane splecenie ze sobą losów poszczególnych bohaterów, które stoją nie tyle akcją, ile dynamiką między postaciami i świetnymi dialogami. Uwielbiam też Hulka w interpretacji Whedona! „Zawsze jestem zły” to kolejny z najjaśniejszych punktów uniwersum. Na dokładkę fantastyczny motyw muzyczny – pozwolę sobie na odrobinę prywaty i napiszę, że temat Avengers towarzyszył mi przy wnoszeniu Żony na salę na naszym weselu. Sami czuliśmy się jak superbohaterowie.

Filip Pęziński: I ja czekałem na film jak głupi! I ja nie widziałem w nim początkowo żadnych wad, które pojawiły się dopiero przy kolejnych powtórkach. Zgodzę się z Łukaszem, że środek wypada nieco blado, od siebie dodam, że Joss Whedon wyraźnie był bardziej zainteresowany pewnymi postaciami, a inne mając w głębokim poważaniu (kompletnie niewykorzystany Thor), ale całość zwyczajnie działa – nawet po latach. Whedonowi udało się bardzo zgrabnie połączyć wszystkich bohaterów na ekranie i stworzyć film zupełnie niebojący się swojej komiksowości, pozostający przy tym uniwersalną, niewymagającą żadnego zaplecza rozrywką. Zdecydowanie kamień milowy tego świata.

Ostatnio dodane