Felietony

OCZY SZEROKO ZAMKNIĘTE. Małżeńskie pieprzenie siebie

Myślałam, że gdyby mnie pragnął… choćby tylko… na jedną noc… byłabym gotowa wyrzec się wszystkiego.

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Żaden sen nie jest tylko snem. Żadne pragnienie niezgodne z regułą małżeństwa nie jest tylko niewinną fantazją. W swoim ostatnim i najdoskonalszym filmie Kubrick pozwolił widzowi jedynie na pełne niezaspokojonych żądz podglądactwo, pewnego rodzaju afekt wyobraźni, której nie mogą sięgnąć spragnione dotyku dłonie. To nie porno. Dlaczego tak? Może w swojej twórczości w końcu doszedł do punktu, kiedy zrozumiał, że sens relacji międzyludzkich, głównie tych małżeńskich, wymyka się nawet bardzo otwartym oczom. One same nie wystarczą, żeby kogoś faktycznie dostrzec, a jeśli już straci się go raz z pola widzenia i przestanie czuć, nie da się już wrócić do tego piekielnego ognia, co doprowadza ludzi do takich szaleństw. Pozostaje więc „pieprzyć się” i skrycie szukać szczęścia gdzie indziej.

Będą maski? Będą gołe cycki? Zmuszą mnie tam do zdjęcia ubrania? Jedno jest pewne. Z takiej śmiertelnie szalonej biby nie wrócę o poranku.

Czy muszę już iść? – zadaje sam sobie pytanie dr Harford (Tom Cruise), kiedy siedzi na łóżku u prostytutki. Gdyby nie telefon żony Alice (Nicole Kidman), zostałby i ją zdradził. Co go powstrzymało? Wierność, strach czy może zwykłe rozproszenie nastroju? Czy gdyby się nie zdradził metką z wypożyczalni w płaszczu i taksówką, uprawiałby seks na tajemniczej imprezie z zupełnie nieznajomą kobietą w masce? Zdarzyło mu się tyle okazji, a jednak rzeczywistość pozwoliła mu tylko patrzeć. Jaka jest jednak różnica? – zdaje się pytać Kubrick.

Niewielka, a może wręcz żadna. Na tym polega sens całej konstrukcji filmu (montaż) – na zrównaniu świata wyobrażonego z tym rzeczywistym, bo nie stajemy się winni przez sam czyn, ale również przez zamiar. Kubrick mimo wszystko nie rozważa, kto jest winny, nie oskarża. On patrzy niemal jak widz-podglądacz na filmową relację małżonków i ich rozdzielające się w bólach światy. Seks jest gdzieś obok, jak przesuwające się na scenie tło. I chociaż relacja Billa i Alice Harfordów nie zostaje rozerwana, Kubrick urywa film. To, co się będzie z nimi działo, nie może być już podglądnięte. Rozpad ich światów w płytkiej i kiczowatej świątecznej rzeczywistości musi dokonać się bez świadków.

Niektórzy powiedzą, że dwadzieścia lat temu, w dniu premiery Oczu szeroko zamkniętych, świat był inny. Teraz, dzisiaj, ze szklanką piwa w ręku, widzę go jednak tak samo. Zmienił jedynie nieco formę, którą postrzegamy, lecz sam w swojej naturze pozostał jednakowo podstępny i skłonny do dawania nam, podglądaczom, wszystkiego tego, czego potrzebujemy, bylebyśmy trzymali się na pewną bezpieczną odległość, bo umowa społeczna, bo konwenans, bo obowiązek. Jeśli podejdziemy za blisko, to, co do tej pory było jedynie marzeniem, projekcją wyświetlaną za grubą, pancerną szybą, dotknie nas z taką siłą, że zamieni nasze jestestwa w kupki prochu albo je radykalnie uwolni. Kubrickowska rzeczywistość Oczu szeroko zamkniętych, z początku niemal fantastyczna, metaforyczna, czasem wręcz dowcipna, podniecająca i oniryczna, staje się w końcu smutnym tańcem śmierci, tak kuszącym swoimi pląsami, że gdzieś tam z tyłu powoli do niego dołączam, z ciekawością patrząc, na jaką imprezę mnie ten korowód zawiedzie. Będą maski? Będą gołe cycki? Zmuszą mnie tam do zdjęcia ubrania? Jedno jest pewne. Z takiej biby nie wraca się o poranku.

Przez strach blokujący nasze działanie wyrządzamy więcej krzywdy niż wtedy, gdybyśmy faktycznie powiedzieli otoczeniu, kim jesteśmy i kim chcemy być.

Kubrick nieoczekiwanie pożegnał się z życiem właśnie tym filmem, traktującym o nas, widzach, którzy utopieni we własnych pragnieniach, mamy odwagę podziwiać je jedynie w maskach. Nie posiadamy ich zaś, żeby otworzyć oczy, chociaż są one przez cały czas otwarte. Nie mamy odwagi wejść w siebie na tyle głęboko, żeby przyznać się, że nie rządzi nami żadne ludzkie prawo, ale nasza pierwotna natura, której te prawa gwałtem narzuciliśmy. Przez strach blokujący nasze działanie wyrządzamy więcej krzywdy niż wtedy, gdybyśmy faktycznie powiedzieli otoczeniu, kim jesteśmy i kim chcemy być. Bo natura strachu jest taka, że ma nas radykalnie odciąć od działania, więc musi być on silniejszy niż cały ten dramat naszych postępków. W masce pośród bogaczy można udawać, że się jest sobą – można gapić się i używać wszystkiego, co zakazane wobec prawdziwej twarzy.

Jakie jest życie Alice w tym świecie? Ma właściwie wszystko. Bogatego męża, dom, dziecko. Brak jej tylko czegoś, co zwie się nadzieją, a raczej brak jej wiary w to, że owa nadzieja jest realna. Myślałam, że gdyby mnie pragnął… choćby tylko… na jedną noc… byłabym gotowa wyrzec się wszystkiego. Ciebie… Heleny… Całej cholernej przyszłości. Wszystkiego. To bodaj najważniejsza deklaracja Alice w całym filmie, przesuwająca jej męża na niewiele znaczące tło fabuły. On jest narzędziem, które ją więzi. Nieprzebytym murem, a za nim znajduje się właśnie ten świat, do którego on chce za wszelką cenę się dostać, tyle że z maską na twarzy.

Czy więc jej mąż, Bill Harford, zdradzi, czy zrobi to w końcu Alice? Zapewne. Na razie muszą zrobić coś bardzo ważnego – pieprzyć się. Mówią to pośród świątecznego blichtru i marketingowej pustki, która ich otacza. Bo tak jak na tajemniczej imprezie, gdzie ceną wykupienia i wolności jest śmierć, a nagrodą seks, współżyją ze sobą dwie maski, dwoje pieprzących siebie w małżeństwie kłamców, pływających po powierzchni napełnionego komunałami świata, a podglądacze beznamiętnie patrzą. Ale kiedy już maski spadną, człowiek zostaje nagi, niemal tak pierwotnie, jakby się narodził. Dopiero wtedy może rozsądzić, czego naprawdę szukał i jak bardzo jest to inne od tego, co aktualnie ma. A jeśli powinien to stracić, popłynie za tego wspomnieniem bez żalu… pod warunkiem, że prawda zostanie wreszcie odkryta.

Ostatnio dodane