Zestawienie

GANG PROMETEUSZA. Najbardziej NIEZROZUMIANE filmy XXI wieku

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Często bywa tak, że to, co jest dla nas niezrozumiałe albo nieprzydatne lub z czym nie umiemy się utożsamić, uznajemy za gorsze, a czasem całkowicie złe. Dzieje się tak w naszych relacjach z ludźmi, zwierzętami, ideologiami, a także ze sztuką, w tym kinematografią. Filmy, których widzowie lub krytycy nie zrozumieli, automatycznie dostają łatkę chał, sztamp i klap. Ale wyobraźmy sobie inną sytuację. Otóż film wcale taki dobry nie jest, a jednak publiczność i gryzipiórkowie uznają go za arcydzieło właśnie z tego powodu, że go nie rozumieją. Jak to się kolokwialnie mówi, dorabiają ideologię do ładnego opakowania, w którym twórcy schowali tylko sreberka po czekoladkach. Widzowie łapczywie wylizują te papierki w nadziei, że znajdą na nich resztki smaku. A czy to ważne, czy on tam faktycznie jest?

Prometeusz (2012), reż. Ridley Scott

Ridley Scott nie zrobił arcydzieła, chociaż Prometeusz rości sobie do takiego miana wielkie pretensje, zwłaszcza w kubrickowskim prologu. Jednocześnie prezentuje widzom przyprawiające o ciarki nieprofesjonalne działania załogi statku kosmicznego na obcej planecie. Mimo to Scott nie zrobił też filmu złego, zasługującego na zaszczytne miejsce pod metrem mułu na dnie Rowu Mariańskiego, jak to określił mój kolega z redakcji, Jacek Lubiński. Mam takie przeświadczenie, nabyte na przestrzeni kilkunastu lat, że od miłośników oper mydlanych gorsi są tylko zagorzali fani wszelkiej maści produkcji science fiction. Jak już się czegoś uczepią, to w ich nerdowskiej świadomości do końca świata nic nie ma prawa się tam zmienić. Uczepili się mianowicie pierwszej części sagi, a niektórzy też wersji Jamesa Camerona (Obcy: Decydujące starcie), oczekując, że u progu lat 20. XXI wieku twórca i prekursor serii o Ksenomorfie tak jak oni wciąż jest uwięziony w dawnej retoryce i formie opowieści o doskonałym zabójcy istot humanoidalnych. Przyzwyczaili się bowiem do filmów o bardzo ograniczonej intertekstualności, wąskiej narracji i liniowej fabule bez rozgałęzień, retrospekcji czy licznych kulturowych nawiązań (chociaż Obcy: Ósmy pasażer Nostromo w sferze seksualnej ma ich kilka). Dopiero ich spostrzeżenie i uporządkowanie umożliwia zrozumienie Prometeusza, choć, przyznaję, nieco dziurawy scenariusz nie ułatwia logicznego powiązania historii z fabułą Obcego: Przymierza.

Wielka głowa w komorze z pojemnikami z czynnikiem mutagennym (czarna maź), księżyc LV-223, którego nazwa w nieprzypadkowy sposób łączy się z Księgą Kapłańską Starego Testamentu, jego związek z mitycznym Prometeuszem, zapłodnienie do tej pory bezpłodnej doktor Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i data wymuszonego porodu pośredniej formy Ksenomorfa, figura ukrzyżowanego potwora, rytuał ofiarny poprzedzony komunią w prologu można by wymienić jeszcze sporo takich elementów. Gdyby jeszcze ten symbolizm podany został za pomocą sprawniejszych dialogów, Prometeusz byłby doskonałym prequelem Obcego, a tak pozostaje zajmującą i obłędnie zachwycającą stroną wizualną podróżą z fabułą osnutą wokół niejasnego rodowodu ludzkości. Bo przecież chyba fani sagi nie spodziewali się, że film będzie straszyć Ksenomorfem? Nic bardziej naiwnego. To już w popkulturze było i się przejadło. Dzięki Prometeuszowi Ridley Scott nareszcie uwolnił się od legendy i wyprowadził całą sagę na zupełnie nowy poziom recepcji. Stąd właśnie tytuł tego zestawienia, bo Prometeusz to dla mnie najbardziej emblematyczny przykład negatywnej opinii na temat filmu wynikającej z nieracjonalnego uwielbienia tego, co było 40 lat temu i w nerdowskiej opinii ma na wieki takie pozostać.

La La Land (2016), reż. Damien Chazelle

Trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto ma odwagę poczynić w La La Land nawiązania do klasycznych musicali, nie widzi różnicy między nimi a fałszami i kołkowatymi, niezbyt płynnymi ruchami Ryana Goslinga i Emmy Stone.

Wypowiadanie się negatywnie na temat La La Landu to jak walka z Goliatem, zważywszy na irracjonalne umiłowanie tego filmu przez widzów i krytyków. A może lepsze będzie porównanie w starogreckim stylu – krytyka La La Landu przypomina walkę Achillesa z Hektorem. Oczywiście publiczność jest prawie nieśmiertelnym synem Tetydy. Nic to, bo jak dla mnie obsypany Oscarami film Chazelle’a stanowi właśnie przykład omyłki w uwielbieniu spowodowanej niezrozumieniem, na czym ma polegać musical, i to w wersji źródłowej, czyli amerykańskiej. Widzowie reagują na krytykę La La Landu co najmniej tak, jakby chciało się im skrzywdzić kogoś bliskiego, zatem to osobliwe, agresywne zachowanie wygląda mi na podbudowane bardzo głębokim utożsamieniem się z historią bohaterów. Nie twierdzę, że nie jest ona ujmująca, romantyczna, że nie trafia do skrywanych pragnień oglądających. Taki romans o spełniających się marzeniach gra na najprostszych emocjach, które wyłączają racjonalny namysł nad formą ich prezentacji. Na nią właśnie nikt nie zwrócił uwagi, jakby nie miała znaczenia, a z drugiej strony krytycy mieli czelność zasugerować, że La La Land nawiązuje do złotej ery amerykańskich musicali.

Jedynym, co mogę powiedzieć, jest to, że oglądaliśmy kompletnie różne filmy. Złotą erę amerykańskich musicali charakteryzował między innymi wielki kunszt muzyczny aktorów, nie mówiąc już o orkiestracji i tańcu. Na przykład tacy Gene Kelly i Debbie Reynolds potrafili śpiewać i efektownie tańczyć. Trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto ma odwagę poczynić w La La Land nawiązania do klasycznych musicali, nie widzi różnicy między nimi a fałszami i kołkowatymi, niezbyt płynnymi ruchami Ryana Goslinga i Emmy Stone. To jakaś ogromna pomyłka, nieporozumienie, niechęć do uznania faktów – a może osobista trudność, by przyznać, że cały ten zgiełk wokół filmu to zwykła marketingowo rozplanowana Oscarowa machina, która ma na celu za wszelką cenę przywrócić musical do łask. Zapomniano jednak nawiązać do historii, ale tak naprawdę, a nie oszukując widzów i dając im artystyczny półprodukt. No, chyba że współczesne czasy wokoderów, sampli i playbacków nie wymagają już musicalowego kunsztu. La La Land to zatem film głęboko niezrozumiany w swojej płytkiej formie artystycznej. Niezrozumienie trzeba było więc uzupełnić, fabrykując w świadomości, że jest inaczej, a więc Chazelle nakręcił dobry film. Pokrętne, prawda?

Ostatnio dodane