Seriale TV

ŻYCIE Z SAMYM SOBĄ, czyli Paul Rudd sklonowany

To komedia, która nastawiona jest przede wszystkim na wywołanie w widzu pozytywnych emocji. Nikomu nie wyrządza krzywdy, niczego nie próbuje udowodnić...

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Lepsza wersja siebie

Główny bohater razy dwa – czyli klonowanie na ekranie. Ile to już razy przerabialiśmy ten typowy dla science fiction motyw? Mówiąc krótko – dużo razy. Słabe przyjęcie Bliźniaka Anga Lee może wskazywać, że publika nie widzi już nic szczególnego w multiplikowaniu bohaterów. Okazuje się jednak, że przy odpowiednim podejściu da się jeszcze wyciągnąć z tej tematyki coś świeżego. Udało się to twórcom serialu Życie z samym sobą.

Moje pierwsze skojarzenie, które nasunęło mi się podczas seansu nowego serialu platformy Netflix, przywołało mi przed oczy film Mężowie i żona z Michaelem Keatonem w roli głównej. Tam bowiem, podobnie jak w Życiu z samym sobą, klon służy głównemu bohaterowi do tego, by wykonywał za niego prace, których on sam nie potrafi wykonać albo nie ma na nie czasu. I wszystko to w iście komediowym, niedorzecznym i bardzo luzackim tonie.

Różnica między bohaterem Michaela Keatona a tym zagranym przez Paula Rudda jest jednak taka, że ten drugi nie jest świadom, że operacja, w której uczestniczy, ma na celu wykonanie jego własnej kopii. Podejmując się tajemniczej terapii w nowatorskim ośrodku spa, liczy jedynie na to, że pod wpływem rewolucyjnego zabiegu jego życie w końcu będzie wolne od miłosnych i życiowych rozczarowań. W pracy już dawno nie osiągnął sukcesu. A żona stopniowo się od niego oddala. Nie mając wiele do stracenia, postanawia podjąć wyzwanie.

Jak się zapewne domyślacie, z faktu, iż obok bohatera Paula Rudda wkrótce staje jego doskonała, samoświadoma kopia, rodzą się wkrótce liczne perypetie. No bo kto wygra rywalizację? Kogo egzystencja będzie bardziej uzasadniona? Trzeba przyznać, że te zabawne przepychanki ogląda się przyjemnie. Tak, to dobre określenie. Życie z samym sobą to bardzo przyjemny serial. Raz, że dobrze jest skonstruowany. Odcinki są krótkie, ale wartkie i wciągające. Narracja z kolei pozwala na przyjrzenie się wydarzeniom z różnych punktów widzenia. Dwa, że to komedia, która nastawiona jest przede wszystkim na wywołanie w widzu pozytywnych emocji. Nikomu nie wyrządza krzywdy, niczego nie próbuje udowodnić, nie prowadzi żadnej agitki politycznej. Stawia widza w samym środku życiowego bałaganu głównego bohatera i zachęca, do pomocy w jego uporządkowaniu.

Paul Rudd wykonał powierzone mu zadanie wzorowo

Jak wiadomo, filmowe klonowanie to pretekst dla aktora do pokazania swoich możliwości. Paul Rudd wykonał powierzone mu zadanie wzorowo. Gra on dwie wersje siebie. Tę zmęczoną, przygniecioną ciężarem życia, i tę nową, świeżą, nastawioną na dokonanie zmian. Patrząc na poczynania aktora, ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, który wariant siebie akurat gra, co oznacza, że potrafił bardzo wiarygodnie nakreślić dzielące je różnice. Warto także przyklasnąć specom od efektów specjalnych, którzy obie te wersje Milesa umieszczali na ekranie bez widocznych szwów. Wiem, że dziś jest to normą, ale normą raczej w wysokobudżetowym kinie, a nie w skromnym serialu telewizyjnym. Tym bardziej cieszy, gdy efekt jest tak dopracowany.

Klon protagonisty ma w tym wypadku bardzo istotne, wręcz symboliczne znaczenie. Skupia w sobie bowiem wszystkie te cechy, których Miles już nie posiada. Jest ideałem, facetem bez skazy, którego historia piszę się na nowo. Z początku wszystko wskazuje na to, że gorsza, oryginalna wersja będzie musiała ustąpić miejsca tej lepszej. Ma bowiem większe powodzenie i w pracy, i w oczach żony. Ale konkluzja tych przepychanych jest bardzo życiowa – jesteśmy niczym innym, jak sumą naszych niepowodzeń. Rysy na naszym wizerunku, zaistniałe po latach potykania się o kłody losu, to bezcenne doświadczenie, którego na da się niczym zastąpić. To cenne informacje, których nie da się kupić. Wystarczy umieć to wykorzystać.

Jedyny zgrzyt upatruję w finale. Nie bardzo wiem, co twórcy chcieli powiedzieć przez tak wyraźne silenie się na happy end. Być może jest to jakaś furtka do kontynuacji, ale jeśli tak, to nie jestem pewien, czy istnieje w tym potencjał. Byłoby lepiej dla wymowy Życia z samym sobą, gdyby twórcy w sposób jednoznaczny dali do zrozumienia, że pewne rozwiązania nie mogą mieć miejsca, bo się po prostu nie dodają. Wszak to właśnie przez wszystkie odcinki próbowali udowodnić, tym bardziej nie rozumiem tego braku zdecydowania na końcu. Bo nie, to, że klon „wyprostował” sprawy tak, jak nie zrobiłby tego oryginał, nie oznacza, że… a zresztą, sami zobaczcie.

Ostatnio dodane