Seriale TV

SZOGUN (1980). Katana brytyjskiego samuraja tnie równie skutecznie

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Śmierć jak kromka chleba

Są seriale kultowe dlatego, że przez lata nie schodząc z telewizyjnej ramówki, wykształciły kolejne pokolenia fanów. Są też takie seriale, których kultowość wzięła się z tego, iż dostarczyły widzom uczucia niedosytu. Po jednym niezwykle udanym sezonie pożegnały się z widownią, pozostawiając po sobie trudną do zapełnienia dziurę. Do tej drugiej grupy należy słynny Szogun.

To jedno z moich młodzieńczych wspomnień, z którym postanowiłem po latach zmierzyć się ponownie. Wpływ miały na to dwa czynniki: moje rosnące zainteresowanie kulturą Dalekiego Wschodu oraz Martin Scorsese i jego Milczenie – film oscylujący wokół podobnej tematyki przypomniał mi o tym zakurzonym już serialu. Ponowny seans Szoguna był bardzo pozytywnym doświadczeniem, bo okazuje się, że ta amerykańsko-japońska koprodukcja po latach wciąż trzyma poziom. Choć serial powstał i miał swoją premierę w 1980 roku, polscy widzowie mieli okazję obejrzeć go z pięcioletnim opóźnieniem. Szogun to twór Jerry’ego Londona, cenionego reżysera telewizyjnego. Scenariusz do produkcji (klasyfikowanej jako miniserial) powstał na podstawie powieści o tym samym tytule autorstwa Jamesa Clavella.

Szogun to klasyczna opowieść o spotkaniu dwóch kultur.

Jest koniec XVI wieku. Okręt pilotowany przez Johna Blackthorne’a rozbija się u wybrzeży Japonii – kraju znanego wówczas Europie jedynie z legend. Bohater z początku traktowany jak wróg, z czasem znajduje przychylność lokalnego przywódcy, Toranagi, który doprowadza do mianowania go samurajem. Blackthorne uwikłany zostaje w rozgrywkę o tron Szoguna, poznaje kulturę i tradycję feudalnej Japonii, a także odnajduje miłość swego życia. Szogun to klasyczna opowieść o spotkaniu dwóch kultur. Znamy ją z Tańczącego z wilkami i Ostatniego samuraja. Bohater, który na skutek losowych zawirowań ląduje w całkowicie egzotycznym dla siebie środowisku, musi znaleźć sposób na to, by zacząć w nim funkcjonować. Jednocześnie nabiera dystansu do swej przeszłości, dostrzegając w niej niedoskonałości.

Co sprawia, że tę historię nawet po latach ogląda się znakomicie? Zacznijmy od tego, że jest to serial nader przyzwoicie zagrany. Kreacja Richarda Chamberlaina jest wprost brawurowa. Grając przybysza z dalekiego świata, zdołał zaszczepić w swej roli elementy typowe dla prawdziwego odkrywcy – ciekawość życia i szacunek w stosunku do napotkanych ludzi. Bardzo podobało mi się także to, jak dobrze aktorowi udało się zagrać zadziorny i nieustępliwy charakter Blackthorne’a, osobnika, który nie daje sobie w kaszę dmuchać nawet wtedy, gdy katana wroga spoczywa na jego szyi. Takiej personie kibicować jest stosunkowo łatwo.

Drugi plan aktorski jest równie wyśmienity. Do produkcji zaangażowana została wybitna gwiazda kina japońskiego, Toshirō Mifune, który wcielił się w rolę Toranagi. Aktor znany m.in. z ról u Akiry Kurosawy, w swojej interpretacji feudalnego władcy postawił na przeszywający minimalizm. Jego mimika zdaje się wykorzystywana zdawkowo, czym kontrastuje z ekspresyjnym Chamberlainem. Największy jednak szacunek wzbudziła we mnie przepełniona komizmem scena taneczna, w której Mifune zdołał nieco zadrwić ze swego patetycznego wizerunku. W podobnych superlatywach można rozpisywać się o roli Johna Rhysa-Daviesa, który jako Vasco Rodrigues ponownie i z odpowiednią dla siebie swadą odtworzył kreację rubasznego i obscenicznego bojownika, pełniącego w tym wypadku funkcję towarzysza głównego bohatera.

Warto jednak odnotować, że jeśli chodzi o nagrody aktorskie, to obok Chamberlaina wyróżniona została także kreacja Yōko Shimady, która w Szogunie wcieliła się w postać Mariko, kochanki Blackthorne’a. To prawdopodobnie dzięki relacji, jaką oboje emocjonująco nakreślili, Szogun zyskał wyjątkowy charakter, uzupełniając opowieść przygodową elementami romansu. Uniwersalizm z pewnością wpłynął na popularność tego dwunastoodcinkowego serialu Jerry’ego Londona. Będąc obiektywnym, należy jednak przyznać, że fabuła momentami zbyt topornie się rozwija. Niemniej o ogólnym wrażeniu, jakie wywiera na nas serial, decyduje jego główna jakość – przy wykorzystaniu przystępnej konwencji Szogun pobudził wyobraźnię widzów, przywodząc na myśl czasy, gdy świat miał jeszcze jakieś tajemnice, a ich odkrycie wiązało się zwykle z ogromnymi wyrzeczeniami.

Dla mnie Szogun to jednak przede wszystkim spotkanie z inną, fascynującą kulturą. Twórcy odrobili pracę domową i zaprezentowali widowni – możliwie najbardziej wiarygodnie – realia feudalnej, XVI-wiecznej Japonii. Widać to nie tylko w solidnej oprawie wizualnej. Najbardziej interesujące było dla mnie to, jak nakreślono wszelkie różnice obyczajowe dzielące chrześcijańską Europę i Japonię, w tym np. podejście do miłości i cielesności. Kluczowy dla fabuły wydaje się jednak wynikający z tradycji buddyzmu stosunek do losu i śmierci.

Życie płynie swoim naturalnym nurtem, którego nie da się ani wstrzymać, ani tym bardziej zawrócić. Niezawodna okazuje się katana, której jedno, sprawne cięcie wystarczy, by umożliwić komuś honorowy koniec. Korzenie Blackthorne’a sięgają tak daleko, że wejście do innej kultury jest równoznaczne z przewartościowaniem wszystkiego, co było mu znane. Nowa droga może okazać się jednak tą drogą, której całe życie poszukiwał.

Ostatnio dodane