Publicystyka filmowa
IRON FIST. Recenzja serialu „na zimno”
Choć produkcja nie zatrzęsie klatką kina superbohaterskiego, trzynaście odcinków można pochłonąć za trzema posiedzeniami, jak to się wydarzyło w przypadku piszącego te słowa. Dajcie szansę.
Do Iron Fist podchodziłem jak balon do jeża. Po pierwsze, recenzenci nie zostawili na serialu suchej nitki, a po drugie, również opinie kolegów na Facebooku budowały obraz pierwszej, spektakularnej skuchy Marvela. Nie mam czasu na skuchy serialowe, bo życie za krótkie nawet na produkcje świetne. Już na etapie promocji nieszczególnie mnie to wszystko interesowało, a postać tytułowego superwojownika istniała w mojej świadomości gdzieś na uboczu uniwersum Marvela/Netflixa (choć, jako komiksiarz, znam kilka naprawdę dobrych historyjek z Żelazną Pięścią w roli głównej). Nieobejrzenie serialu nie było więc sprawdzianem na recenzencką intuicję, ale – uleganie pobieżnym, obiegowym opiniom. Pokornie przyznaję – nie zdałem.
Oczywiście dzisiaj moja ocena nie będzie nawet cichutkim skomleniem wśród srogich recenzentów, bowiem stało się, serial nie został przyjęty tak, jak wymarzyli to sobie włodarze Netflixa, choć przy tej okazji znowu powróciła obecna choćby przy Batman v Superman dyskusja o tym, na ile produkcje tego typu są robione dla fanów, a na ile dla krytyków. Obstaję przy swoim, wierząc, że wartościowe dzieło daje sobie radę na obu tych płaszczyznach, mimo że razów, które spadły na twórców Iron Fist, nie do końca rozumiem.
Kontrowersje wzbierały na sile już przed premierą, spowodowane zapewne wpisywaniem serialu w szerszy kontekst, zamiast wyczekiwania przygodowego łubu-dubu z sympatycznymi bohaterami i w miarę trzymającym się kupy światem. Wielu widzów było niezadowolonych, że to kolejny zachodni tytuł, w którym w roli mistrza kung-fu obsadzono białego aktora, a po drugiej stronie twardo obstawali przy swoim ci, którzy uważali, że skoro w komiksie Danny Rand był biały, to taki powinien być, nosząc choćby wypalone logo Netflixa na czole. Tego typu burze w szklance wody oczywiście idealnie wpisują się w clickbaitowe materiały internetowe i pierdółkowate flejmy na Twitterze.
Sekcje komentatorskie pod artykułami lubią narracje poprawności politycznej i sugerowanie, że tego typu zmiana w kanonicznym obrazie bohatera będzie wyrazem naprawdę dużej odwagi w walce o słuszny obraz świata. Ja tam do końca nie wiem, czy to byłoby takie niezwykle pomysłowe, zrobienie z Iron Fista Azjaty, bo przecież istotą tej zwinnej rybki jest swoiste wyciągnięcie z wody i wrzucenie do akwarium pełnego nieznanych mu przeszkód; wszak humorystyczna warstwa dotyczy właśnie tego, że Danny z krajami azjatyckimi nie ma zupełnie nic wspólnego.
Zarzucono więc Finnowi Jonesowi, że jest zbyt drewniany jak na protagonistę. Rozumiem indywidualne, nabożne życzenia co do wizerunku, ale obraz średnio rozgarniętego Danny’ego, który mało tego, że za ulubiony strój obrał bluzę z kapturem, to jeszcze nie do końca radzi sobie z rolą superbohatera, jest uroczy. Ba, po powrocie z odludzia hipisowski Rand nie wie nawet, jak się zabrać za odzyskanie rodzinnej korporacji, co tylko dopełnia wizerunku Lebowskiego świata superherosów. Umówmy się, ostatnią rzeczą, jaką potrzebuje tak zwane origin story, jest kolejny egocentryczny geniusz, który przechodzi przemianę, ale gdzieś tam w środku pielęgnuje swojego buca. Danny’ego bucem bym nie nazwał, ale jest za to średnio rozgarnięty, trochę jakby cała droga mocy przydarzyła mu się mimochodem.
Podoba mi się Finn Jones w tej roli i mam nadzieję, że twórcy z jakichś powodów nie zmienią tego wizerunku dla choćby zbliżającego się, zbiorowego The Defenders. Zresztą poczciwość aktora objawia się w infantylnej strategii na odbijanie krytyki, ponieważ Jones za niezbyt satysfakcjonujący go odbiór serialu obwinia… Donalda Trumpa. W jednym z wywiadów powiedział, że wiele się zmieniło w odbiorze takich postaci, od kiedy Ameryka ma nowego prezydenta, a każda niewykorzystana możliwość wyrównania społecznych nierówności na małym ekranie postrzegana będzie jako potwarz dla piewców równouprawnienia.
Doprawdy, dla dobra serialu Finn Jones powinien odzywać się jak najrzadziej, bo średnio rozumie mechanizmy tak zwanego reagowania kryzysowego. Danny Rand nie jest trumpopodobnym dziedzicem korporacyjnej fortuny, co najwyżej już nieco męczącą widownie postacią, która musi odnaleźć się w nieznanym sobie środowisku. Jeśli kogoś szczególnie boli, że wszystko to już było – jestem w stanie ten zarzut zrozumieć.
Superbohaterski początek, w którym bardzo długo rozwijany jest potencjał bohatera, to już wymęczona na dużym oraz małym ekranie buła, a tutaj dodatkowo większość odcinków kończy się efektownymi cliffhangerami. Danny mimo piętnastoletniego treningu ma jeszcze problemem z kontrolowaniem „energii chi”, swoją rolą jako wielce oświeconego wojownika, ale nie młodego człowieka, który całkiem sprawnie odnajduje się w świecie korpo-blichtru (choć nie samej korporacji, o czym za chwilę), smartfonów i bujania się nocą po mieście. To nie „trumpowość” powinna irytować, ale właśnie rozerwanie pomiędzy XXI-wieczną szpanerką a buddyjskim spokojem, które mało wprawionemu widzowi musi być zarysowane nieco grubszą kreską, bo można się zawiesić na pytaniu: „o co temu gościowi w ogóle chodzi?”.
Potrzebny byłby tutaj również wiarygodny, spójny image superbohaterski, ponieważ Danny wygląda jak bezdomny hipster, a umie wywijać nogami niczym wzmocniony genetycznie Lorenzo Lamas. Odniosłem wrażenie, że chociaż znam komiksowy oryginał, to bez tej wiedzy też mógłby mnie irytować bohater wydający się fantazmatem zagubionego w wielkim świecie człowieka, który filozofię Zen i swoje mistyczne przygody traktuje trochę jak pelerynę do przyodziania tylko wtedy, gdy robi się naprawdę gorąco.
Drugi plan wypada dobrze: Colleen Wing (Jessica Henwick), rodzeństwo Meachumów (zwłaszcza Tom Pelphrey jako Ward Meachum jest świetny) to pełnoprawne, ważne w życiu bohatera figury. Dużo przyjemności przyniesie też obserwowanie poprawnie zaimplementowanych twarzy z poprzednich odsłon uniwersum (Jessica Jones, Daredevil, Luke Cage), mamy bowiem powrót Claire Temple (Rosario Dawson) czy Jeri Hogarth (Carrie-Anne Moss). Jak na trzynastoodcinkowy serial jest w nim zbyt duże stężenie tych cliffhangerowych przemian: sojusznicy stają się przeciwnikami, przyjaciele zdradzają i tak dalej.
Niby jest to zgodne z koncepcją ciągłego balansowania między ciemnością i mrokiem, ale może wydać się tanie jak na czwartą produkcję ze stajni, która przywykła nas, że jej konie do typowych raczej nie należą. Nie rozumiem jednak, skąd nagle w widzach tak duża potrzeba dekonstruowania historii o początkach jakiegoś superbohatera, wszak Iron Fist nie jest postacią szczególnie popularną, mającą jakąkolwiek ważniejszą wzmiankę na ekranie, stąd potraktowanie tej drogi jako lekcji obowiązkowej. Do plusów dołączam ciekawe wątki korporacyjne, które nie nudzą, a ich funkcją jest zaciśnięcie pętli na szyi zagubionego w tym wszystkim protagonisty.
Głównym problemem serialu jest to, że – paradoksalnie – musi być właśnie genezą i odbębnić te obowiązkowe narodziny bohatera na małym ekranie, poradzić sobie zarówno z jego solową przygodą, jak i ostatnim krokiem ku projektowi zwanemu The Defenders. Nie jest to serial, do którego będę wracał tak chętnie jak do Daredevila, a szczególnie drugiego sezonu, w którym poznaliśmy Punishera. Nie jest również – jak chciałby tego garłaty Internet – wtopą Netflixa, bo pomimo że produkcja nie zatrzęsie klatką kina superbohaterskiego, trzynaście odcinków można pochłonąć za trzema posiedzeniami, jak to się wydarzyło w przypadku piszącego te słowa. Dajcie szansę.
korekta: Kornelia Farynowska
