Connect with us

Publicystyka filmowa

CASTLE ROCK. SEZON 2 – Misery w miasteczku Salem

W drugim sezonie CASTLE ROCK ponownie odwiedzamy miasteczko Salem, gdzie chaos i horror splatają się z klasyką Kinga. Przeżyj niezwykłą opowieść!

Published

on

CASTLE ROCK. SEZON 2 – Misery w miasteczku Salem

Na wstępie przypomnę, że nie jestem fanem pierwszego sezonu Castle Rock, serialu opartego na twórczości Stephena Kinga. Fabuła wlokła się niemiłosiernie, tytułowe miasteczko było zaskakująco pozbawione życia, a odpowiedzi, jakie przyniósł finał, okazały się miejscami fascynujące, ale głównie niejasne. Największy błąd polegał jednak na tym, że serial nie umiał zrobić użytku ze swojego największego atutu, czyli Kinga właśnie.

Advertisement

Brał miejsca i postaci z prozy mistrza horroru, ale nic odkrywczego z nimi nie robił; dość powiedzieć, że głównymi bohaterami tamtej opowieści były postaci całkowicie oryginalne, nie Kingowskie. Nie czekałem zatem na sezon drugi, wymęczony już pierwszym. Tymczasem niespodzianka – kontynuacja Castle Rock nie tylko ucieka od fabuły poprzednika, ale również naprawia większość jego błędów, na czele z natychmiastowym rozpoznaniem źródła. W skrócie można ten sezon opisać jako Misery w miasteczku Salem.

Nie jest to jednak Annie Wilkes (a przynajmniej nie do końca), jaką znamy ze słynnej książki Kinga i równie głośnego filmu z nagrodzoną Oscarem Kathy Bates. Ta serialowa, z dużo młodszą twarzą Lizzie Caplan, jest po trzydziestce, ma nastoletnią córkę Joy (świetna Elsie Fisher) i doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej choroby psychicznej. Kobiety podróżują razem od miasta do miasta, gdzie Annie zatrudnia się tymczasowo w okolicznych szpitalach, aby móc kraść dla siebie leki. Proceder trwa w najlepsze, dopóki nie ulegają wypadkowi samochodowemu właśnie w Castle Rock.

Advertisement

Wszystkiego tego dowiadujemy się w ciągu kilku pierwszych minut drugiego sezonu, ilustrowanym oscarową piosenką Let The River Run Carly Simon (z soundtracku do Pracującej dziewczyny), którą matka z córką śpiewają w samochodzie. I już od tego momentu wiedziałem, że ich historia nie może się dobrze skończyć. Poniekąd dlatego, że doskonale znamy Annie – szaloną fankę numer jeden Paula Sheldona, która dla „dobra” swego pacjenta była gotowa obciąć mu stopy. Twórcy serialu budują drugi sezon właśnie w oparciu o naszą wiedzę Kingowskiego uniwersum, raz potwierdzając nasze przypuszczenia i przewidywania, aby innym razem kompletnie odejść od kanonu.

Dlatego Annie jest tu prawdziwą dziką kartą, postacią, jaką znamy z książki i filmu – szaloną, zaborczą oraz pozbawioną wszelkich zahamowań – ale równocześnie kimś świadomym swojego stanu psychicznego i różnicy między dobrem a złem. Wilkes kocha swą córkę nad życie i – podobnie jak w przypadku opieki nad swym ulubionym pisarzem – zrobi wszystko, aby nic nie stanęło im na drodze. I to właśnie jej starania o ochronę siebie i Joy uruchamiają serię wydarzeń prowadzących ku zgubie całego miasta.

Advertisement

Największym atutem drugiego sezonu jest fenomenalna Lizzie Caplan. Jej Annie swoją nieobliczalnością budzi strach, współczucie i niepokój. Caplan ze swoimi wielkimi oczyma, spiętą sylwetką i dziwnym chodem ma zupełnie inny charakter niż starsza i zwalista wersja w wykonaniu Bates, ale zdarza jej się wykorzystać pewne niuanse tamtej roli, łącznie z ubiorem, co sprawia, ze nietrudno nam uwierzyć, że być może oglądamy coś na kształt prequelu oryginalnej historii.

W pierwszym odcinku jeszcze nie wiemy, z jakimi siłami przyjdzie się jej zmierzyć, bo choć akcja rozgrywa się w słynnym Salem, żadnych sygnałów wampirzej obecności nie doświadczamy. Ot, miasto jak każde inne, które szykuje się do obchodów swego 400-lecia. Niemal szekspirowski wątek rodziny Merrillów, której umierający ojciec trzęsie całym miasteczkiem, dwóch synów (z których jeden jest w rzeczywistości siostrzeńcem, a drugi został adoptowany i pochodzi z Somalii) toczy ze sobą wojnę o wpływy, a córka lekarka (również rodowita Somalijka) pełni rolę niechętnego mediatora w sporze.

Advertisement

Trudno uwierzyć, aby za wszystkimi tymi adopcjami nie kryły się tajemnice, a tych Papa Merrill trochę ma. Gra go Tim Robbins, pamiętny Andy Dufresne ze Skazanych na Shawshank, i kiedy w jednym z późniejszych odcinków staje przed murami słynnego, wymyślonego przez Kinga więzienia, jest to ujęcie warte milion dolarów.

Co udało się twórcom w tym sezonie, a czego nie potrafili zrobić w poprzednim, to właśnie wejście do świata wyobraźni autora Lśnienia, który znamy z jego książek i ich ekranizacji. Nie mamy żadnych wątpliwości odnośnie tego, kim jest główna bohaterka i dokąd trafiła, a przez bezpośrednie nawiązanie do konkretnych dzieł pisarza na bieżąco antycypujemy przyszłe wydarzenia. Te prawie nigdy nie przybierają tego samego przebiegu, co w oryginale – choćby dlatego, że Annie jest tu znacznie młodszą postacią, a zagrożeniem dla Salem nie są wampiry – ale zachowania głównej bohaterki oraz przebieg stopniowej destrukcji miasta są bliskie temu, co wymyślił King.

Advertisement

Również historia rodziny Merrillów uderza psychologiczną (i moralną) złożonością, dając solidny materiał tak Robbinsowi, jak i aktorom grającym jego dzieci – Paulowi Sparksowi, Barkhadowi Abdiemu i Yusrze Warsamie.

Szkoda, że gdzieś w połowie sezonu twórcy uzupełniają narrację o liczne retrospekcje, które w najbardziej interesującym momencie spowalniają tempo głównej intrygi. Niektóre postaci są wtedy wyłączone na zbyt długi czas, co kłuje tym bardziej, że o pewnych rzeczach dowiadują się, gdy inni bohaterowie oraz widzowie wiedzą o nich od dawna. Również nawiązania do pierwszej serii są zwyczajnie zbyteczne, choć mogę podejrzewać, że mają one budować mitologię serialu na przyszłe sezony, jeśli te powstaną.

Advertisement

Dramaturgicznie serial wraca na właściwie tory w dwóch, trzech ostatnich odcinkach, domykając tę opowieść o sekretach rodziców, którymi obarczone są dzieci. Pytanie, jaki z tego pożytek i dla kogo. Być może ujawnienie mrocznej prawdy o przeszłości tak Annie, jak i starszego Merrilla może przynieść wyłącznie więcej zła im oraz ich najbliższym. Jeśli tak, lepiej milczeć. Sugeruje to również ksiądz z Salem – młody, ale zaskakująco świadomy zagrożenia, jakie kryje się pod płaszczykiem wyznania grzechów.

Mimo to twórcy nie pozostawiają złudzeń, że i bez przyjazdu do Castle Rock oraz sąsiadującego Salem, i bez rozgrywającego się tam dramatu Annie i Joy ich historia miałaby podobny koniec. Wystarczy przyjrzeć się wspomnianemu początkowi pierwszego odcinka, kiedy obie kobiety śpiewają. Jedna z nich jest szczęśliwa, druga też, ale zaczyna zwracać uwagę na rzeczy, które są dla niej niedostępne. I choć przebojowy kawałek Carly Simon powinien rozwiać jakiekolwiek obawy, dziwnie je wzmacnia. Może dlatego, że – nauczeni doświadczeniem lektury książki i seansu filmu Misery – wiemy, jak zareaguje Annie Wilkes, kiedy ktoś podważy jej wizję świata. Kiedy ktoś będzie chciał czegoś innego niż ona.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *