Connect with us

Publicystyka filmowa

POCAŁUNEK SMOKA. Jak zabić człowieka akupunkturą?

W POCAŁUNKU SMOKA Jet Li staje do walki w stylu akupunktury, łącząc akcję z odrobiną paryskiego szaleństwa. Ciekawa mieszanka!

Published

on

POCAŁUNEK SMOKA. Jak zabić człowieka akupunkturą?

Luc Besson czasem mnie zadziwia. W przypadku akurat tego filmu z Jetem Li nie ze względu na nadzwyczajną jakość scenariusza oraz produkcji, ale z powodu ogólnie pojętej twórczej odwagi. Pocałunek smoka to przecież typowy film akcji z elementami sztuk walki. Gdyby nie wyświetlane na początku napisy, nie domyśliłbym się, że Besson napisał do niego scenariusz. Paryskie plenery i Tchéky Karyo w roli czarnego charakteru to o wiele za mało, żebym zaklasyfikował film jako utrzymany w specyficznym stylu twórcy Wielkiego błękitu, no chyba że to mit, że Besson go ma.

Advertisement

On po prostu robi bardzo różnorakie filmy, a kilka razy zdarzyło mu się stworzyć doskonałe dzieła filmowe. Wychodzi na to, że z Bessonem mam pewien nierozwikłany problem, zwłaszcza w kontekście zestawienia jego najgorszych filmów, których był reżyserem, a które niedawno opisałem. Seans Pocałunku smoka nieco zweryfikował moje postrzeganie szeroko pojętej twórczości Francuza.

Nie zmieniłem oczywiście zdania na jego temat aż tak bardzo, żeby skrytykować Piąty element albo Nikitę. Raczej im więcej oglądam filmów Bessona, tych średnich lub gorszych, nieważne, czy był ich reżyserem, czy w inny sposób je współtworzył, tym bardziej się przekonuję się, że jest on doskonałym rzemieślnikiem, a nie autentycznym i nowatorskim geniuszem współczesnego kina. A takie wrażenie przecież można było odnieść po seansie Wielkiego błękitu.

Advertisement

Za dużo jednak w twórczości Bessona sztampy, podlizywania się trendom i związanego z upływem czasu spadku jakości filmów, co objawia się pakowaniem w kolejne produkcje coraz większej liczby zużytych już w popkulturze efekciarskich wątków i nadmiernie widocznym oczekiwaniem zysków. Pocałunek smoka nie załapał się do mojego rankingu najgorszych filmów Bessona, bo jeśli chodzi o kwestie formalne, nie jest on jego reżyserem, a co najważniejsze, produkcja z Jetem Li jest zadziwiająco wciągająca jak na francuską wizję kina akcji. Jednocześnie jednak nie ma w niej nic, co by sprawiło, że chciałbym obejrzeć ją więcej niż raz.

To chyba dobry wynik dla filmowej bijatyki – być mocnym średniakiem? Produkcje z tego gatunku nie obfitują przecież w jakąkolwiek wznioślejszą ideologię, rzecz jasna z wyjątkiem hitów VHS ze Stevenem Seagalem w roli głównej. A tu otrzymujemy francusko-chińską niespodziankę za sprawą Jeta Li, czyli twórcy historii, Bessona, który nadał jej sformalizowaną postać scenariusza, oraz Chrisa Nahona, debiutującego w roli reżysera pełnometrażowej opowieści. Bo w Pocałunku smoka nie chodzi jedynie o walkę głównego superbohatera (Liu Jian) z aż nazbyt prostolinijnie złym czarnym charakterem (inspektorem Richardem – mogli go chociaż inaczej nazwać, a tak to taki francuski Jan Kowalski).

Advertisement

Poza historią wrobionego w zabójstwo chińskiego policjanta (Jet Li) toczącego wyjątkowo nierówną walkę ze skorumpowaną francuską policją Pocałunek smoka ma jeszcze przynajmniej dwie „wyższe” płaszczyzny ideologiczne.

Pierwsza z nich to pokazanie, jak trudne jest życie prostytutki. O ile scenariuszowe wywody Bessona są jak najbardziej racjonalne w tym względzie, to już dramatyczne wykonanie ich przez duet Jet Li-Bridget Fonda pozostawia wiele do życzenia. Chiński policjant dziwi się jak dziecko, że w ogóle można tak żyć, dając się wykorzystywać zarówno przez skorumpowanych policjantów, jak i sutenera, który raczej gentlemanem nie jest. A z kolei prostytutka o wdzięcznym (i po blacharsku dźwięcznym) imieniu Jessica wykazuje tak bardzo przejaskrawione na ekranie dobrotliwość, skrzywdzenie przez los i nienawiść do zawodu, że aż trudno jej uwierzyć, że daje radę stać na ulicy i kogoś „obsługiwać”.

Advertisement

Mało tego, stoi w najbiedniejszej dzielnicy, gdzie mieszkają same męty społeczne i… Azjaci. Tak więc płynnie przechodzimy do drugiej płaszczyzny ideologicznej filmu – przeciwstawienia skorumpowanej i złej Francji dobrym i wrażliwym na problemy społeczne Chinom.

Jet Li w roli chińskiego policjanta zachował się dosłownie tak, jakby w jego ojczystym kraju w ogóle nie istniała prostytucja. Francja zaś okazała się do cna zepsutym środowiskiem życia, gdzie przetrwać mógł jedynie najsilniejszy, najbrutalniejszy i najbardziej dwulicowy człowiek. Widać to już na lotnisku, kiedy francuski urzędnik wbija Jetowi Li pieczątkę do paszportu i robi to z nieukrywaną łaską i obrzydzeniem w spojrzeniu. Tak wita cudzoziemca rasy żółtej słynna z wolnościowych ideałów Francja. Przez cały film można odnieść wrażenie, że duet Besson-Li pod przykrywką filmu akcji wytyka Europie jej kapitalistyczną degrengoladę i pozorną ewolucję gospodarczą, która doprowadza do zaniku tzw.

Advertisement

klasy średniej. Pozytywnym odniesieniem przez cały czas są komunistyczne Chiny. Kiedy Jessica wstrząśnięta śmiercią wujka Tai nie wie, gdzie znaleźć pomoc, Jian (Jet Li) wygłasza mocne stwierdzenie, że szanse mają wyłącznie w chińskiej ambasadzie. Na samym początku, gdy Lian zostaje wplątany w morderstwo, na jego niekorzyść działa przede wszystkim to, że jest innej rasy i pochodzi z kraju uznanego za wrogi i tolerowanego tylko z powodu silnej gospodarki oraz opłacalnego handlu z nim. Nie chodzi tu o jakiekolwiek zasady moralne, lecz o interesy, wymianę dóbr potrzebną do funkcjonowania najwyższym kastom, z tym że twórcy filmu jasno opowiadają się za pewną, w ich mniemaniu, czystszą koncepcją definiującą, kto jest dobry, a kto zły.

Na tle Francji Chiny wyglądają na wręcz kryształowe. Zaś ofiara przemocy w ogóle nie ma szans na jakąkolwiek sprawiedliwość ze strony francuskiej policji, która wydaje się niczym nie różnić od ciągnącej zyski z narkotyków, nierządu i morderstw politycznych zwykłej mafii.

Advertisement

Abstrahując od tej awanturniczej i trochę anarchistycznej wymowy filmu dotyczącej naszych europejskich modeli polityczno-moralnych, które z uporem maniaka wpaja nam się od zarania jako właściwe, nie zapomniałem, że jednak oglądam rozrywkowe kino akcji. I chyba w tym aspekcie najwięcej rzeczy mi przeszkadzało. Zacznijmy od technicznej strony walk.

Filmy z gatunków karate, kung-fu i generalnie wszystkie te, które mają za zadanie skupić uwagę widza na kunszcie i technice walki wręcz, mają pewną wspólną cechę, jeśli chodzi o sposób pokazywania zwarć. Ujęcia są długie, szczegółowe i precyzyjnie oddają układy taktycznych ruchów, uników oraz ataków walczących osób. W Pocałunku smoka może i układy choreograficzne walk są wymyślne, lecz zostały one tak nieudolnie sfilmowane, że właściwie nic nie widać. Kamera nie łapie ostrości na bijących się, często zmienia kąt, trzęsie się, a do tego szybki montaż jeszcze utrudnia rozpoznanie, co tak naprawdę ten mistrz wushu, Jet Li, faktycznie wyprawia ze swoimi wrogami, nie mówiąc już o szansie na dostrzeżenie efektownych detali pojedynków.

Advertisement

Pod tym względem film nie dorasta do pięt współczesnemu kinu akcji w postaci Johna Wicka 1 i 2 (2014, 2017), ale i sam rozkłada się na łopatki w porównaniu ze starym i wysmakowanym Klasztorem Shaolin (1982), nie mówiąc już o produkcjach z Jackiem Chanem.

Kolejną niedopracowaną kwestią są dialogi. W ich przypadku określenie „nieskomplikowane” byłoby wielkim eufemizmem. One są po prostu banalne, nawet jak na film akcji. Ratuje je tylko brak patosu i aspiracji do wygłaszania uniwersalnych egzystencjalnie ogólnych sądów. Przynajmniej w tym Besson nie przesadził. Denerwuje jednak to cedzenie kwestii przez aktorów, jakby po każdej co ważniejszej wypowiedzi musieli poczekać na odpowiednie wybrzmienie reakcji widzów, zanim ci dopuszczą do głosu kolejną postać w filmie. Z takiego podejścia niestety wyszło mnóstwo sztucznych rozmów, które obniżają napięcie akcji.

Advertisement

Pomimo tych wszystkich wad Pocałunek smoka wcale nie jest gniotem, wręcz przeciwnie. Europejskie kino odcisnęło na nim osobliwe i ciekawe piętno, być może ratując całą produkcję przed zupełną klapą. Do niewątpliwych zalet można zaliczyć muzykę, dobrze wyważony stosunek walk do napięcia zbudowanego wyłącznie na dialogach oraz, wbrew temu, co twierdzą niektórzy krytycy, naprawdę sugestywną i wyzwalającą negatywne emocje postać inspektora Richarda. Tchéky Karyo dobrze wykonał zadanie, czego nie można powiedzieć o Bridget Fondzie. Pod względem odgrywania poważniejszych dramatycznie emocji wypadła o wiele za mało autentycznie.

Natomiast jeśli chodzi o Jeta Li, najważniejsze, że nie był przerysowany. Jego posągowa twarz dobrze wpisała się w ogólny nimb wschodniego opanowania, który go otaczał, a bojowe używanie akupunktury dodało źle sfilmowanym walkom nieco efektownego wyrazu i uratowało je przed techniczną klapą.

Advertisement

Wracając do mojego problemu z Bessonem, jeszcze raz powtórzę, że dobry z niego rzemieślnik, lecz na miano artysty czy też wizjonera kina zasługują zupełnie inni reżyserzy. Pocałunek smoka jest tego dowodem, chociaż spodziewam się, że dla niektórych widzów taką opinią brukam jakąś świętość. Dla mnie to jednak dyskusja typu: czy rzeczywiście istnieje takie miejsce na karku, w które można wbić igłę, by kogoś efektownie zabić? Medycyna chińska oraz wschodnie sztuki walki takich punktów znają wiele, lecz w praktyce ludzie są uśmiercani zwykle na inne sposoby.

Pocałunek smoka jest więc po części fikcją, po części może być interpretowany zgodnie z wiedzą ogólną, która na pewno doprowadzi spore grono odbiorców do stwierdzenia, że jednak może da się tak kogoś zlikwidować, nawet w ferworze walki. Chociaż uważam, że to mało prawdopodobne, wolałbym nigdy nie zostać testerem tego typu śmiertelnych całusów.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *