Connect with us

Publicystyka filmowa

NAJWIĘKSZE BLOCKBUSTERY LATA 2014. Część 3

W NAJWIĘKSZE BLOCKBUSTERY LATA 2014. Część 3 czeka na nas komedia z Mellisą McCarthy, pełna wulgarności i brzydoty, ale też niezapomnianych śmiechów.

Published

on

NAJWIĘKSZE BLOCKBUSTERY LATA 2014. Część 3

Był już maj, był czerwiec, czas na blockbusterowy lipiec.

Advertisement

GRUBE, ZŁOŚLIWE BABSKO WRACA

tammy_2014_wallpaper_01

Albo komediowe objawienie, albo najbardziej irytująca persona współczesnych rozweselaczy. Mellisa McCarthy budzi sprzeczne uczucia i z pewnością “Tammy”, jej najnowsze dziełko, obojętnym nie pozostawi. Świadomość posiadania odpowiednio dużej tuszy będącej zaprzeczeniem hollywoodzkich wzorów urody – to podstawowe vis comica McCarthy, która dodatkowo nie boi się brzydoty, wulgarności, wkurzenia, głupkowatości i najzwyklejszego chamstwa. Ot, granie na totalnej opozycji do wszystkiego co grzeczne i przewidywalne. Innymi słowy – Ricky Gervais w spódnicy. Szkoda tylko, że wciąż na tę samą nutę – “Bridesmaids” było odkryciem, ale kolejne role to powtórka z rozrywki, do tego nie najwyższych lotów.

Advertisement

Pierwszy teaser “Tammy” nie pozostawia złudzeń – McCarthy będzie w centrum wszystkiego i to jej aktorskie opus magnum. Odpowiada za scenariusz, a reżyseruje jej mąż, Ben Falcone. Czy widzowie to kupią? Kilka razy się udało, złośliwość okazała się cenna, w tym przypadku target odmienny niż u nowego Baya, którego film pojawi się tydzień wcześniej. Więc może być hit.

OBY NIE WIĘCEJ, NIE SZYBCIEJ, NIE GŁOŚNIEJ

Advertisement

timthumb

Tydzień później wchodzi do kin sequel znakomitego filmu. “Geneza planety małp” była ze wszech miar udanym przedsięwzięciem, co do potencjału którego nikt nie był przekonany. Wiadomo – nawiązanie do dobrze znanego klasyka, wejście na dobrze spenetrowane terytorium, czyli zgodnie z hollywoodzką modą ostatnich lat. To nie mogło się udać. A jednak. Nic nie zwiastowało tak udanego obrazu, który ma jednocześnie świetny scenariusz, znakomitych aktorów i kapitalne efekty specjalne.

Wszystko doskonale wyważone, pozbawione taniego patosu, nie grające na tanich emocjach… I najważniejsze – oryginalne, odważne. “Ewolucja planety małp” to bezpośrednia kontynuacja “jedynki”, jednak z innymi ludźmi za sterami: zamiast anonimowego Ruperta Wyatta na reżyserskim krześle zasiadł nie mniej anonimowy Matt Reeves (wcześniej “Cloverfield”). Zamiast Jamesa Franco – Jason Clarke. Pozostała obsada również się mocno zmieniła (jest niezawodny Gary Oldman!), nie mówiąc już o fabule, która przerodziła się z eksperymentu naukowego w stan wojenny między małpami a ludźmi. Zwiastuny nie sugerują, że wszystkiego będzie więcej, bardziej, głośniej.

Advertisement

Kampania jest oszczędna w podpowiadaniu tego, o czym dokładnie będzie “Ewolucja” i jaki kierunek obierze. Film pozostaje zagadką i można mieć tylko nadzieję, że historia będzie równie solidna jak “Geneza”. Więcej jednak w głowie niepokoju – wiadomo jaki jest zazwyczaj poziom sequeli – niż spokoju.

ORYGINALNOŚĆ W CENIE? 

Advertisement

jupiter-ascending

Tydzień później wchodzi na ekrany chyba jedyny w pełni oryginalny film tego lata, który nie jest ani kolejnym sequelem, ani remakem, ani ekranizacją czegokolwiek. Oryginalny scenariusz, odważni wizjonerzy za kamerą, olbrzymi potencjał i jeszcze większe obawy – “Jupiter Ascending” rodzeństwa Wachowskich brzmi, wygląda i pachnie smakowicie. Andy i Lara należą do tych twórców, którzy cokolwiek robią, to jednak zasługują na uwagę i to pomimo rozczarowań, jakie stały się udziałem “Speed Racera” i “Cloud Atlas”. Wypada przyznać, że z czasem irytacja, która towarzyszyła odczuciom po seansie tych dwóch filmów, zmieniła się w docenienie realizatorskiego kunsztu.

O filmach Wachowskich trudno zapomnieć, wgryzają się w pamięć mocniej, z czasem wybrzmiewają lepiej, banały stają się mniej banalne. Czy taki będzie “Jupiter Ascending”, rasowa space opera? Z jednej strony wizualnie powala, jest szalenie odważny w pokazywaniu świata przyszłości, tym samym przypomina szalony styl “Piątego elementu” (ale bardziej na mroczno). Z drugiej jednak górnolotność wypowiadanych słów (“przeznaczenie”), zbawienne schematy, romans, wojna – dużo tego jak na jeden film. Gdybym miał wybrać jeden jedyny tytuł z całego lata, którego zagadkowa zawartość jest najbardziej intrygująca, to byłby właśnie “Jupiter”. Wizyta w kinie obowiązkowa.

Advertisement

JAK CONAN. ALE BARDZIEJ.

o-HERCULES-TRAILER-facebook

Kolejny tydzień to wejście w dobrze znane ramy, tym razem mitologiczne. Co oczywiste, w “Herkulesie” mitologia jest bardzo, baaarrrrdzo umowna i służy jedynie archetypicznemu przedstawieniu antycznego herosa, który – w osobie Dwayne’a Johnsona – ma dużo mięśni, miecz w ręku, wolę walki i grono przeciwników do zmasakrowania. Wierności historii tutaj nie uświadczymy, tak samo jak nie było jej w “Troi” czy “Tytanach”.

Advertisement

“Herkules” AD 2014 to bowiem ekranizacja komiksu ze stajni Radical Comics, gdzie grecki półbóg (nieważne, że powinien nazywać się więc Herakles) walczy w barbarzyńskiej Tracji z różnego typu upiorami, demonami i potworami. Za kamerą rzemieślnik Brett Ratner, który niczym wielkim się nie wsławił, a przed, oprócz The Rocka, Ian McShane, Joseph Fiennes, John Hurt, Rufus Sewell. Trudno spodziewać się od “Herkulesa” tego, czym nie jest. Skoro nowy “Conan barbarzyńca” z 2011 się nie sprzedał, to może filmowi Ratnera uda się wskrzesić dla filmu bliźniaczą postać?

[polldaddy poll=8021608]

Advertisement

Celuloidowy fetyszysta niegardzący żadnym rodzajem kina. Nie ogląda wszystkiego, bo to nie ma sensu, tylko ogląda to, co może mieć sens.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *