Connect with us

Publicystyka filmowa

KAJKO I KOKOSZ według NETFLIXA. Z legendy pozostał szkielet

KAJKO I KOKOSZ w wersji NETFLIXA to przykład tabloidyzacji, gdzie znane postacie straciły swój urok i tajemniczość, pozostawiając płaską narrację.

Published

on

KAJKO I KOKOSZ według NETFLIXA. Z legendy pozostał szkielet

Do dzisiaj nie byłem świadomy, że jedna z moich ukochanych serii komiksowych może stać się ofiarą zjawiska tabloidyzacji treści, tak charakterystycznego dla obecnych czasów, słynących z czytania jedynie nagłówków, i na tej podstawie wyrabiania sobie autorytatywnych opinii. Obok mnie leży stosik komiksów Kajko i Kokosz opublikowanych przez Wydawnictwo Egmont. Na samym jego szczycie znajdują się trzy części Złotego Pucharu, a ja doprawdy nie mam pojęcia, co mógłbym powiedzieć nieżyjącemu już Januszowi Chriście, żeby wytłumaczyć mu, jak w ogóle jest to możliwe, że owe trzy tomy pełnej zwrotów akcji opowieści można było zaprezentować widzowi w jednym trzynastominutowym odcinku.
Advertisement

Mając w pamięci polską filmową wersję Wiedźmina, powinienem być świadomy, co Polacy są w stanie zrobić z prozą Sapkowskiego. W przypadku Kajka i Kokosza sądziłem jednak, że ich szanse polepszą inne czasy oraz Netflix, a więc nieporównanie wyższy budżet na produkcję. Na wspomnianym przeze mnie stosiku komiksów, który wyciągnąłem z biblioteczki specjalnie z okazji seansu i pisania recenzji, pod trzema tomami Złotego Pucharu leży także wydany w 2016 roku tom pt.

Obłęd Hegemona. Taki tytuł nosi również jedno z zawartych w tomie opowiadań, do którego scenariusz napisał Maciej Kur (w serialu Netflixa odpowiedzialny za scenariusz), a rysunki wykonał Sławomir Kiełbus (twórca projektów plastycznych postaci dla serialu). Opowiadanie Obłęd Hegemona jest najbardziej stylistycznie podobne do rysunków w serialu, więc na nim się skupię. O reszcie historii nie ma sensu wspominać, nie tylko ze względu na niepodobieństwo do oryginału, ale i słabą jakość artystyczną.

Advertisement

Kupiłem nowe przygody Kajka i Kokosza głównie z ciekawości. Poza tym ucieszyłem się, że ktoś zechciał po śmierci Janusza Christy kontynuować serię. Sądziłem, że zrobi to nie mniej kultowo, co Christa. To, co zobaczyłem jednak, zawiodło mnie całkowicie. Zostawiam na marginesie brak jednej dłuższej historii, zamiast której są narysowane w przeróżnych stylach przez różnych autorów cztery mniejsze. Dzisiaj już wiem, że opracowywanie dłuższych opowieści w stylu Królewska konna (Egmont 2019) wychodzi Maciejowi Kurowi o wiele lepiej. Co ciekawe, kreska Sławomira Kiełbusa jest również nieco wprawniejsza. Skupmy się jednak na Obłędzie Hegemona, bo nawiązuje on najbardziej do serialu Netflixa.

W porównaniu z twórczością Janusza Christy od razu rzucił mi się w oczy znaczący spadek szczegółów, zarówno w rysunkach postaci, jak i otaczającego ich świata. Na dodatek liczba użytych kolorów również została zmniejszona, podobnie jak ich nasycenie. Co do postaci, są wyraźnie większe, mają grubsze kontury, a ich skóra stała się płaska, pozbawiona cieniowania i przez to plastyczności. Zmiana jej kolorytu pojawia się tylko w miejscach uderzeń itp. Generalnie te uwagi o płaskości i z rzadka używanej perspektywy malarskiej dotyczą całego świata przedstawionego, zwłaszcza elementów przyrody ożywionej i nieożywionej.

Advertisement

Na dodatek prawie do zera spadła liczba kadrów, które są monochromatyczne, np. cyjanotypie stosowane przez Janusza Christę do zobrazowania nocy itp. Najnowszy świat Kajka i Kokosza trąci nudą. Jest płaski, pozbawiony wprowadzającego tajemnicę światłocienia, szerszych, wspierających narrację kadrów bez postaci, tych szczegółów w formie tekstur kamieni, podłoża, ścian, strzech, skóry, drewna klepisk itd., które sprawiają, że odbiorca patrzy na rysunki i czuje się elementem bajkowej rzeczywistości, a nie odseparowanym od niej biernym czytelnikiem.

Te same zarzuty dotyczą serialu Netflixa. Całkiem jest to logiczne, gdyż jego koncepcja graficzna została oparta na stylu stworzonym w książkach, tyle że nie tych spod ręki Christy. Przysłowiowym gwoździem do trumny dla artystycznej wartości produkcji stała się animacja. Przypominam twórcom serialu, że mamy 2021 rok. 31 grudnia 2020 roku firma Adobe oficjalnie zakończyła żywot Flasha, chociaż w praktyce zaledwie niecałe 3 procent witryn internetowych używało tego języka, zanim jeszcze Adobe zdecydowało się zaprzestać wspierania tej technologii.

Advertisement

A tu na Netflixie pod koniec lutego 2021 ląduje serial przedstawiający tak kultową, polską serię, niemal nasze dobro narodowe, które wygląda jak dziecko spłodzone przez umierającego w mękach Flasha nie mogącego się pogodzić z nadejściem HTML-5. Poklatkowość animacji Kajka i Kokosza razi, odstręcza od utożsamienia się z postaciami, które na dodatek są płaskie jak w nowej serii komiksów, cierpią na jakąś nienaturalną sztywność w okolicach karku, posiadają ograniczony zakres ruchów, robotyczną mimikę, a wręcz cechy malarstwa egipskiego widoczne szczególnie w twarzach – niewielkie różnice między profilem a pozycją en face, dwuwymiarowość, emocjonalna umowność itp.

Fani Kajka i Kokosza oczekiwali magii przekazanej za pomocą ożywionego animacją rysunku, a dostali zaledwie szkic niemający nic wspólnego ze słowiańską rzeczywistością Mirmiłowa wymyśloną przez Janusza Christę. Faktycznie, jak sugerowali niektórzy jeszcze przed premierą serialu, produkcja stworzona przez studio EGoFILM bardziej nawiązuje kreską do serii Asterix, chociaż i ta, mimo że starsza, jest znacznie płynniejsza animacyjnie.

Advertisement

Nieraz jednak zdarza się tak, że nieudaną pod względem rzemieślniczym produkcję ratuje scenariusz. Spoglądam teraz na stosik obok mnie i trzy tomy Złotego pucharu. Ewidentnie twórcy serialu postawili na akcję, tylko że w komiksach jej nie brakuje. Nie są długie, raczej standardowe dla komiksów – mieszczą się w zakresie między 40 a 48 stron w jednym tomie. Tyle że Złoty puchar ma ich w sumie trzy, a więc ponad 100 stron. 13 minut na taką opowieść, to jak cios w pysk dla każdego fana Kajka i Kokosza. Nawet jeśli serial ten ma być umownym pomostem między starszym i młodszym pokoleniem, to z punktu widzenia rodzica to młodsze pokolenie musi być potraktowane na znacznie niższym poziomie, niż my byliśmy przez komiksy Janusza Christy.

Czy z czasem zmieniło się coś w ludzkiej inteligencji? Czy nasze dzieci są głupsze? My, fani Kajka i Kokosza, jakoś byliśmy w stanie zrozumieć konwencję starych komiksów z lat 70. i 80., a nasze dzieci nie są? Dlaczego się je tak traktuje? Dlaczego przyjmuje się założenie, że należy coś upraszczać, bo inaczej nie zostanie zrozumiane? Dlaczego wreszcie tłumaczy się ową szkicowość czy też „marketingową” prostotę jako zabieg mający na celu skuteczną propagację serialu za naszą zachodnią granicą? Czy tam mieszkają głupsi ludzie? Nieprawda. To wymyk służący za usprawiedliwienie indolencji naszych rodzimych twórców.

Advertisement

A poza tym seria komiksowa Kajko i Kokosz nie zawiera w warstwie treściowej żadnych trudniejszych słowiańskich gier językowych, które mogłyby być niezrozumiane lub niemożliwe do ponownego zlokalizowania w obcych językach. Wiedźmin zawiera ich o wiele więcej. Mało tego, jest kulturowo synkretyczny, a więc łączy słowiańskość z szeroko pojętą pogańskością, chrześcijaństwem, a nawet elementami kultury Dalekiego Wschodu. Netflixowi jednak udało się przenieść na ekran prozę Sapkowskiego w sposób zrozumiały i genialny dla podtrzymania kultowości postaci Geralta z Rivii, a Polacy zupełnie w tym temacie polegli.

Dla kogo więc zrobiono Netflixowego Kajka i Kokosza? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Z pewnością nie dla starszych widzów, ale też nie dla tych młodszych, którym starsi chcą przekazać wszystkie te magiczne wrażenia doświadczone w swoim dzieciństwie. Jedyną tak naprawdę mocną stroną serialu jest dubbing. Na czoło wysuwają się tu szczególnie Michał Piela jako Kokosz i Jan Aleksandrowicz-Krasko jako Łamignat. Co do reszty dźwięków, a więc muzyki, jest równie płasko i bezemocjonalnie jak w przypadku grafiki.

Advertisement

A teraz przypomnijcie sobie okładkę komiksu Zamach na Milusia. Przedstawiona jest na niej scena, w której Kajko, Kokosz i Miluś zostają osaczeni przez celującego do nich z łuku Hegemona i Rodrusa. Sytuacja rozgrywa się na jakiejś leśnej ścieżce. W tle widać sinawe wzgórza oraz jezioro. Główny temat jest pełen napięcia i ewidentnie widać, że nasi ulubieni bohaterowie są w niebezpieczeństwie. Jak do tego doszło, dowiemy się dopiero po przeczytaniu komiksu, lecz warto zwrócić uwagę nie tylko na główne postaci zaprezentowane na okładce. W lewym dolnym rogu pod wielkim borowikiem kryje się nieznany nam krasnal.

Z jednego z drzew jakaś wkurzona wiewiórka rzuca w Hegemona orzechem. Po prawej stronie całej scenie przygląda się ze strachem leśny ptak. To są właśnie owe szczegóły, decydujące o umagicznieniu stworzonego przez Janusza Christę świata. W obecnej wersji serialu z tej metafizycznej tajemniczości nic nie zostało – jedynie szkielet, i to do zachwytu tym kościotrupem zachęca nas cała ta marketingowa maszyna Netflixa. Kiedyś jako dzieci zachwyciliśmy sią tą magią, więc czemu odmawia się naszym dzieciom doświadczenia podobnych wrażeń? Współczesne czasy nie są temu winne, a wyłącznie lenistwo twórców, którzy zwalają na nie swój brak artystycznego zaangażowania.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *