Fantastyczny cykl

ZNAKI. Shyamalan, Gibson, Phoenix, kukurydza i kosmici

Bardzo mądre kino i z pewnością jeden z lepszych filmów w karierze tego wywodzącego się z Indii reżysera

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Chcę wierzyć

Przeczytaj poprzednie odsłony Fantastycznego Cyklu

Jak opowiedzieć o kosmitach, by zaintrygować, ale nie popaść przy  tym w śmieszność? To pytanie musiał zadać sobie M. Night Shyamalan w momencie przygotowań do Znaków. Ze wszystkich swoich filmów reżyser właśnie Znaki wspomina jako film, który było mu najprościej napisać i nakręcić. Scenariusz został stworzony w sześć miesięcy. Za kamerą ponownie stanął sprawdzony operator Tak Fujimoto, z kolei przed nią Shyamalan ponownie nie odmówił sobie gościnnego występu. To miał być typowy film Shyamalana, opowiadający jednak o nietypowych rzeczach. Twórca uczepił się konkretnej koncepcji, wedle której zależało mu na ukazaniu inwazji obcych z perspektywy rodziny. Co z tego wyszło? Bardzo mądre kino i z pewnością jeden z lepszych filmów w karierze tego wywodzącego się z Indii reżysera.

Dla Shyamalana największą inspiracją był jednak Hitchock...

Shyamalan zwykł żartować, że to jego najbardziej popcornowy film. Raz, że to klasyczny letni blockbuster, który wpisał się w zapotrzebowanie widowni, żądnej ciekawej, wstrząsającej i przede wszystkim emocjonującej kinowej rozrywki doświadczanej w towarzystwie popcornu. Dwa, że Znaki fabularnie blisko kukurydzy stoją. Rzecz rozgrywa się bowiem na rodzinnej farmie. Graham Hess (Mel Gibson), były pastor przeżywający kryzys wiary, wraz ze swym młodszym bratem (Joaquin Phoenix) odnajdują na polu tajemnicze znaki. To, co z początku przypomina robotę wandala, w swej genezie z czasem zaczyna wykraczać poza granice tego świata. Wszystko znaki na niebie i ziemi wskazują na kosmitów. Pora zatem szykować się na inwazję.

Choć tematyka filmu jawnie odwołuje się do tradycji fantastyki kontaktowej, w tym przede wszystkim do słynnej Wojny światów H.G. Wellsa (szkodzące obcym bakterie zostały zamienione na wodę), dla Shyamalana największą inspiracją był jednak Hitchock oraz to, w jaki sposób potrafił on zaszczepić w widzu niepokój. Pod tym względem Znakom z założenia miało być blisko do Ptaków. Reżyser zalecał nawet swej obsadzie kilkakrotne oglądanie filmu, by mogli lepiej zrozumieć, jak powinni oddać atmosferę zagrożenia. Da się jednak zauważyć jeszcze jeden istotny związek filmu z 2002 roku z Ptakami. Bohaterowie bowiem konfrontują się z zagrożeniem, które wymyka się racjonalnemu osądowi. Suspens rozwija się tu bardzo powoli, z początku wydarzenia nie niosą znamiona niczego wyjątkowego. Dopiero gdy na scenę wchodzą kosmici, zasadne staje się zadanie kluczowego pytania: w co wierzę?

Z tym pytaniem boryka się właśnie bohater grany przez Mela Gibsona. Za sprawą doświadczenia tragicznej śmierci bliskiej osoby, przestał uznawać za zasadne noszenie koloratki i głoszenie Słowa Bożego. Wypisany na twarzy aktora dramat jest o tyle interesujący i przejmujący, gdy weźmie się pod uwagę, że nie często miał on sposobność grać tego rodzaju przybitych i skołowanych życiem ojców. Ponoć Shyamalan zatrudnił Gibsona dlatego, gdyż, jak sam mówi, jest on według niego facetem, co do którego z miejsca wierzymy, iż broniłby swej rodziny za wszelką cenę. Efekt ten moim skromnym zdaniem udało się oddać w postaci Hessa. Warto zwrócić też uwagę na aktorstwo Phoenixa, który zarówno tu, jak i w Osadzie dał się poznać z zupełnie innej strony niż w kilka lat wcześniejszym Gladiatorze. Tak jak słynny Kommodus stał się zapowiedzią bardzo wyrazistych kreacji aktora (vide ostatni Joker), tak u Shyamalana Phoenix z dużą swobodą wcielił się w bohaterów mniej ekspansywnych i społecznie wycofanych.

Ciekawostkę stanowi fakt, iż Shyamalan nalegał, by na plakacie nie było twarzy Mela Gibsona. Chciał w ten sposób odciąć się od sukcesu Szóstego zmysłu, który, jak wiadomo, promowano twarzą Bruce’a Willisa. Gibsonowi powierzono rolę szarego człowieka, którego postawiono przed dalece niecodzienną sytuacją. To tematyka, jej tajemnica miała widzów przyciągnąć do ekranów. W usta Gibsona włożono jednak najistotniejszą dla zrozumienia sensu tej opowieści kwestię. Jest w filmie ujmująca scena rozmowy dwóch braci przy telewizorze. Starszy brat nakreśla wówczas funkcjonujący w kulturze dualizm. Wydarzenia pokroju pojawienia się tajemniczych znaków w polu, wizyty UFO lub ataku krwiożerczych ptaków można interpretować dwojako – racjonalnie i magicznie. Pierwsze podejście zakłada, że bez względu na to, jak dziwne byłyby przypadki chodzące po ludziach, da się je w sposób logiczny wytłumaczyć. To podejście wyklucza zatem ingerencję nadludzkiej siły. Wyklucza istnienie Boga.

Drugie podejście z kolei opowiada się za tym, iż nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny. Bez względu na to, w jak trudnej sytuacji życiowej się znajdziemy, zawsze będzie przy nas ktoś lub coś, co będzie roztaczać nad nami parasol opieki. Główny bohater za sprawą przeżytej traumy tego drugiego podejścia do życia się niemal całkowicie wyrzekł, uznając, że jest zdany tylko na siebie. I tu docieramy do clou. Sam reżyser swego czasu podkreślił, że według niego to, co najbardziej przeraża w Znakach, to nie tyle nieznane intencje przybyszów z kosmosu, co właśnie ukazanie, że dobry człowiek może stracić wiarę w Boga i łączność z nim. Dopiero fabularny zwrot tworzy sposobność do oświecenia, wskazując, jak wiele w naszym życiu małych przypadków jest w stanie skrupulatnie budować wielki plan.

Tytuł filmu wypada zatem rozumieć w dwójnasób. Znak jest tym, co widoczne jest gołym okiem, namacalnym odbiciem rozumu. Znak jest także sygnałem wysyłanym nam przez los, mrugnięciem oka, sugestią, że coś takiego jak przeznaczenie naprawdę istnieje. Bez względu na banał mnie ta metafora ujęła.

Ostatnio dodane