Publicystyka filmowa
GNIEW BOHATERÓW. Sceny, w których postać EKSPLODUJE od emocji
W GNIEWIE BOHATERÓW emocje eksplodują w nieprzewidywalny sposób, tworząc niezapomniane chwile i krwawe katharsis. Odkryj filmowe perełki!
W kinie, tak jak i w życiu, przychodzi taki moment, że człowieka bierze jasna cholera we własnej osobie. Na ekranie jednak ma to odpowiednią podbudowę oraz oprawę (także muzyczną), więc scena, gdy bohater traci nerwy, najczęściej zapowiadając tym samym krwawą jatkę, która za moment rozegra się na naszych oczach, potrafi być małą perełką dla poławiaczy tego typu (nad)ekspresji. Oto kilka wybranych chwil z wielu pamiętnych filmowych cisz przed burzą, tudzież kumulacji gniewu przed jego ujściem (bez Hulka, który jest zawsze wkurzony).
Wściekle atakujcie też komentarze własnymi przykładami.
Baby Driver
Sfrustrowany makler (?), który zajmuje się złodziejskim fachem dla podbicia adrenaliny, przez większość filmu jawi się jako w sumie przyjazny typ, z którym spokojnie można by się napić piwa.
Sytuacja zmienia się dopiero w finale, gdy traci swój prawdziwy skarb, czyli piękną Eizę González. To właśnie wtedy w Buddym coś pęka i już do końca pozostaje prawdziwym człowiekiem-terminatorem. W sumie już wcześniej można się tego było spodziewać, bo gdy trzeba było, Buddy potrafił przybrać minę „nie zadzieraj ze mną, bo ci wyrwę serce” i być przy tym jak najbardziej wiarygodnym. Jednakże dopiero moment zrobienia z jego ukochanej sita sprawił, że Buddy przestał być najlepszym kumplem Baby’ego. I trudno mu się dziwić.
Gorący towar
Właściwie Clint Eastwood mógłby odebrać tutaj symboliczną nagrodę za całokształt twórczości, bo niemal w każdym filmie trafia mu się chwila, w której przybiera grymas, jakby miał za moment eksplodować. Stawiam jednak na tę retro zgrywę z lat 80., w której prologu Clint aka porucznik Speer traci humor nie dlatego, że na jego oczach dwóch drabów demoluje knajpę jego kumplem, ale dlatego, iż w całym tym ferworze jeden z nich potrąca go i wylewa mu świeżo zaparzoną kawę. Zbliżenie na charakterystyczne spojrzenie legendy jest wprost bezcenne – nawet barman wie, co się święci.
John Wick
Gniew czai się też od samego początku w panu Wicku. Chociaż twarz Keanu Reevesa (nigdy) nie zdradza za dużo, to gdy tylko typ schodzi do piwnicy z młotem i zaczyna robić nieplanowany remont pomieszczenia, tuż po tym, jak pochował swojego szczeniaka, jego cierpienie aż wylewa się z ekranu niczym krew z windy w Lśnieniu. A potem jest jeszcze lepiej, czego kulminacją kultowa (?) już scena, w której związany i szykowany na rychłą śmierć Wick oficjalnie zapowiada swój powrót do zabijania (na zlecenie, bez zlecenia – obojętne). I oto wiemy, że jego wojna dopiero się zaczęła…
Krwawy sport
A skoro już o kulcie mowa, to trudno o lepszy przykład niż Ja Vam Damme i turniej Kumite, w którego niezwykle emocjonalnym finale zostaje nagle podstępnie oślepiony. Z Belga co prawda żaden wielki aktor i dzisiaj jego nadekspresyjne miny, którym wtóruje zwolnione tempo oraz krzyk rozpaczy, mogą już niezamierzenie śmieszyć w tym całym rozsadzaniu ekranu. Niemniej swoje zadanie spełniają, bo widząc ten moment, po którym przychodzi czas wyciszenia i medytacji (sic!), my już wiemy, że nawet gdyby na arenie było trzech Bolo Yeungów, Jean-Claude rozniósł by ich w pył na ślepo.
Obcy – decydujące starcie
Piękny, energiczny sequel ponurego horroru przynosi Ellen Ripley kilka momentów chwały, które jako pierwsze przychodzą na myśl w tym temacie. Primo – scena, gdy nasza uzbrojona po zęby bohaterka udaje się na ratunek Newt, dosłownie zjeżdżając do piekła (jak i w ogóle całe dozbrajanie się z morderczymi myślami wypisanymi na twarzy).
Secundo – słynne „odsuń się od niej, ladacznico!”, które następuje już w finale i poprzedza piękny damski pojedynek mano a mano. Moim ulubionym jest jednak chwila pomiędzy nimi, kiedy to znajdując się z uratowaną dziewczynką w samym środku „gniazda” Obcych i po angielsku się wycofując, Ripley zdaje sobie sprawę, że królowa zrobiła ją w… cóż, jajo – wtedy nasza heroina z wyraźnym przekąsem przechyla głowę w bok, wyraźnie dając do zrozumienia, że żarty się skończyły. I faktycznie, sekundę później zaczyna robić jajecznicę aż miło.
Rambo II vs John Rambo
Tego pana nie mogło tu zabraknąć, choćby i z powodu bezustannego tłumienia w sobie echa wojny oraz codziennego doznawania upokorzeń od osób, które na tej wojnie nie były. Jednakże crème de la crème wietnamskiego wkurzenia przypada według mnie na dwie parzyste części przygód Johna J. W dwójce ma ono ujście w efektownym finale, w którym Rambo zaczyna pruć z karabinu M60E3. Zanim jednak do tego dochodzi, przybiera on twarz Ponurego Kosiarza tuż po tym, jak własnoręcznie pochował śliczną Co, w imię której już po chwili kosi całe zastępy wrogów za pomocą łuku.
Łuk i John to także dobrana para w „czwórce”, gdzie już nikogo nie trzeba mścić, choć wkurw Rambo wydaje się tam jeszcze większy – zwłaszcza w tej krótkiej chwili przed ścięciem wrogiego dowódcy i dorwaniem się do działka Browninga M2. Pomimo aktorskich braków Stallone’a scena ta ma większy ładunek emocjonalny niż cały Ojciec chrzestny – i przekazuje równie dużo informacji co cała mafijna trylogia.
Tombstone
Strzelanina w Corralu O.K. to po dziś dzień jeden z najkrwawszych epizodów w historii Dzikiego Zachodu. I to właśnie ta sekwencja posiada świetne wprowadzenie – a nie, jak można by się spodziewać, późniejsze wyczyny Wyatta Earpa, który zapowiada bandytom, iż nadchodzi, a piekło razem z nim (choć to też niezły motyw). Rzeczona jatka zostaje znakomicie zapowiedziana nie tyle przez wszystkie wcześniejsze wydarzenia, które do niej doprowadziły, ale przez drobne gesty, które sprawiły, iż ostatecznie nie dało się jej uniknąć, w dodatku wspaniale odegrane aktorsko. Ta niepewność w oczach poszczególnych bohaterów, strach, przeszywający śp. Billa Paxtona, a w końcu Val Kilmer puszczający oczko do młodego i jeszcze wtedy nieznanego Thomasa Hadena Churcha, który tym samym traci nad sobą kontrolę… I sekundę później piekło faktycznie przychodzi.
Troja
Jak na wielkiego wojownika przystało, Achilles stara się dystansować od emocji. Pęka dopiero, gdy na polu bitwy ginie zamiast niego młody i nieokrzesany Patroklos. Już wtedy dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jakie będą konsekwencje – nawet bez znajomości materiału źródłowego. Niemniej stający samotnie przed bramami Troi i wykrzykujący nieprzerwanie imię człowieka, którego krwi pragnie, Achilles stawia przysłowiową kropkę nad i. Jego gniew wydaje się być wtedy większy oraz bardziej przerażający i zabójczy niż to, co następuje później. I nadal robi wrażenie.
Upadek
Chyba najbliższe nam tego typu okoliczności, którymi zostajemy zaatakowani, a raczej: zostaje zaatakowany (anty)bohater filmu już na samym jego początku. Korek wydający się nie mieć końca, poczucie straconego czasu, irytujące zachowanie innych kierowców, upał i niedziałająca klimatyzacja, latająca wokół natrętna mucha czy w końcu bezustanny hałas napierają na niego ze wszystkich możliwych kierunków w taki sposób, że chyba każdy jakoś by tu „wybuchł”.
I chociaż Michael Douglas wygrywa to wszystko na minimalistycznej nucie, to jedno zbliżenie na jego twarz pokazuje, jak bardzo się w nim gotuje i jak niewiele potrzeba, aby doprowadzić człowieka do skrajności. Nie jest to co prawda jedyny powód wypłynięcia negatywnych emocji, bo i potem D-Fensowi zdarzają się niemiłe „przygody”. Ale jest ich główną przyczyną.
Wojna o planetę małp
Cezar też człowiek – aż by się chciało powiedzieć. Ekspresyjność tego szympansa, z prawdziwą maestrią odegrana przez Andy’ego Serkisa, przewyższa tę wielu bohaterów ludzkich.
Świetnie oddaje to zwłaszcza chwila nieudanego zamachu na małpiego króla, kiedy ten niemalże nakrywa na gorącym uczynku łysego Woody’ego Harrelsona. Panowie wymieniają między sobą spojrzenia – Woody zdziwione, a Cezar na maksa wkurzone, co czuć w iście zabójczym wzroku małpy aż za dobrze. Wspaniale wyważona scena, w której aż buzuje od niewypowiedzianych emocji, które już za chwilę zamienią się w czyny pozornie niegodne nawet małpy.
Zabójcza broń
Mel Gibson to król ekranowego cierpienia, którego apogeum przypada na ten cykl sensacyjny. Już w jedynce jest on tykającą bombą emocjonalną, a gniew mieszający się z żalem po stracie żony to jego chleb powszedni. Wymieniać wszystkich momentów, w których Riggsowi Mela odwala w środku, zanim on sam wybuchnie na zewnątrz, nie ma nawet sensu, bo to właściwie co trzecia scena. Tą najbardziej pamiętną jest natomiast konfrontacja z partnerem, na oczach którego Riggs przykłada sobie pistolet do głowy, gotowy pociągnąć za spust.
Oczywiście do niego dochodzą też potem wszystkie sekwencje poprzedzające pojedynki z bandziorami – zwłaszcza śmierć Riki w krwawym sequelu i wieńcząca całość „czwórka”, gdzie nawet upływ czasu nie odbiera Melowi zawziętości oraz toczącego go gniewu względem tych, którzy odważyli się zadrzeć z nim bądź z jego rodziną.
Bonus:
W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju
Na koniec gniew na wesoło, nawet jeśli Clarkowi Griswoldowi do śmiechu nie jest w momencie, w którym otwiera od dawna wyczekiwaną kopertę z firmowym „bonusem” i dowiaduje się, że lata pracy poszły na marne – to jest na galaretkę. Jego popita świątecznym ponczem wiązanka jest zatem jak najbardziej na miejscu, a wyraz twarzy tuż przed bezcenny. Za wszystko inne zapłacił pewnie wiadomo jaką kartą. No i wziął kredyt.
Wolverine
Czyli bestia w ludzkiej skórze – dosłownie. Za samo przeszywające spojrzenie Hugh Jackmana w krytycznych chwilach (i na plakatach) należy się wzmianka.
