Connect with us

Plebiscyt

NAJGORSZE POLSKIE FILMY wszech czasów. Ranking czytelników

Oto 30 najgorszych polskich filmów wybranych przez naszych nielitościwych czytelników.

Published

on

NAJGORSZE POLSKIE FILMY wszech czasów. Ranking czytelników

W ostatnich latach możemy zaobserwować, jak polskie kino łapie wiatr w żagle. Coraz więcej rodzimych produkcji zyskuje przychylność nie tylko publiczności, ale i krytyków. Mimo to jednak polskie filmy nie zawsze rozpieszczają swoich widzów. Nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć przypadki, kiedy polski film straszył już na etapie plakatu czy zwiastuna. Polska kinematografia obfituje w paździerze, czyli filmy złe oraz bardzo złe. Tak złe, że nie poleciłoby się ich nawet największemu wrogowi.

Advertisement

Nasi czytelnicy o raz drugi wybrali najgorsze polskie filmy wszech czasów (z wynikami plebiscytu sprzed dwóch lat możecie się zapoznać tutaj). Choć minęły zaledwie 3 lata od poprzedniego głosowania, nastąpiło znaczące przetasowanie niektórych tytułów. Oprócz tego na listę przybyło kilka świeżych superprodukcji (niekwestionowanym królem plebiscytu jest tu Patryk Vega, chyba nikogo to nie dziwi). Sprawdźcie sami, czy wyniki was zaskoczą! Poniżej czeka na was 30 największych gniotów polskiego kina wybranych przez surowych czytelników Film. org.pl!

30. Komisarz Blond i Oko sprawiedliwości

Jeśli oczekujecie filmu szpiegowskiego rodem z powieści Iana Fleminga, to srogo się zawiedziecie. Do tego mamy produkcję, która razem z Kac Wawą może rywalizować o miano najgorszego polskiego filmu ostatnich dwóch dekad. O ile opis dystrybutora zachęca, bo mamy i Zakon Krzyżacki i Polę Negri, a nawet białego królika, to kiedy przypadkiem zerkniemy spod czyjej ręki, a dokładnie czyjego pióra wyszedł scenariusz, wszystko staje się jasne.

Advertisement

Za dziełem tym stoi bowiem Mariusz Pujszo, czyli Ed Wood polskiej kinematografii. O zgrozo, wciela się on także w głównego bohatera. Niestety produkcja, która mogłaby przy dobrych wiatrach być próbą zabawy z konwencją, staje się filmem klasy C z tandetnym scenariuszem, kiczowatą scenografią, okropną grą aktorską i momentami sprawiającymi, że przy nich Kac Wawa wydaje się być perełką polskiej kinematografii. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

29. Klątwa Doliny Węży

Wyobraźcie sobie najbardziej epicką produkcję wszechczasów, powstałą w koprodukcji z naszymi wschodnimi sąsiadami. Dorzućcie do tego niemego Leona Niemczyka w „roli życia”, lasery, kosmitów oraz węże na usługach buddyjskich mnichów, znających kung-fu. Reżyser Marek Piestrak nie hamował się w ogóle, próbując naśladować filmy z Indianą Jonesem, choć jego budżetowi daleko było do amerykańskich produkcji.

Advertisement

Dziś to bardziej pastisz gatunku filmu przygodowego aniżeli przykład, jak tego typu produkcje robić w Polsce. Film okazał się być jednak strzałem w dziesiątkę; obejrzało go 25 milionów widzów, stając się największych sukcesem kasowych PRL-owskiej kinematografii. Do dziś to film z kategorii bardzo złych kultowych klasyków, a w 2010 roku na fali popularności otrzymała nawet wydanie DVD. Mimo wielu plusów, które przyznaję mu ze względu na moją miłość do bardzo złego kina, to dalej jedna z najgorszych produkcji lat 80. XX wieku, która dała nazwę polskim nagrodom filmowym dla najgorszych filmów – Wężom. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

28. Operacja „Koza”

Zanim Olaf Lubaszenko doprowadził do swoistego renesansu polskiej komedii za sprawą Chłopaki nie płaczą, Poranku kojota czy E=mc2, pojawił się w tym koszmarku. To CHYBA miała być komedia science-fiction, ale zabrakło jej wszystkiego, co taką hybrydę powinno charakteryzować: humoru, dobrych dialogów i interesującego pomysłu wyjściowego.

Advertisement

O zamianie świadomości powstało już mnóstwo mniej lub bardziej udanych filmów, ale historia o byłej agentce KGB i młodym naukowcu… jakoś nie skleja się w całość. Ponoć pomysł na ten scenariusz przyszedł do Szołajskiego jeszcze w latach 80. i może wtedy ta żenująca produkcja zyskałaby chociaż inny wydźwięk, ale na przełomie milleniów nikt już nie pamiętał o KGB i wcale nie chciał się z tego śmiać. [Dawid Myśliwiec, fragment plebiscytu]

27. Pech to nie grzech

 

Reżyser Ryszard Zatorski to twórca wielu komedii romantycznych, które robione są na jedno kopyto. Nie inaczej jest z Pech to nie grzech. Film bez ładu, składu i ciekawej fabuły. Jest jednak coś, co wyróżnia tę produkcję na tle reszty polskich komedii.

To prawdziwie jaskrawy product placement. To z tego filmu pochodzi słynny dialog: – „Znowu parówki?” – „Berlinki. Prawdziwi mężczyźni wolą Berlinki.” Fabuła filmu krąży wokół niezrozumiałej miłosnej intrygi, która jednak nijak nie jest interesująca, ponieważ bohaterowie nie dają się ani zrozumieć, ani polubić. Do tego pełno jest w niej niezrozumiałych sytuacji. Do tego drętwy humor, nienaturalne dialogi, chaotyczny montaż i mamy kolejną nieudaną polską komedię romantyczną. [Maja Budka]

Advertisement

26. Big Love

Film stał się sławny nie dlatego, że to dobra historia, ale za sprawą konfrontacji reżyserki Barbary Białowąs z redaktorem Michałem Walkiewiczem. Ta nieudolnie próbowała go przekonać, że to jednak dobry film, rzucając hasłami typu: „wy bez nas nie istniejecie”. Ale sama sytuacja była bezprecedensowa. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by na przysłowiowy ring reżyser debiutant wyzwał krytyka filmowego z doświadczeniem, twierdząc, że ten się myli.

Ale jednak się nie myli. Big love to dzieło mierne, nie dekonstruujące niczego, a stwierdzenie, że to „film w filmie w ramach filmu” jest równie absurdalne, jak i sam scenariusz tegoż potworka. Niestety dzieło współfinansowane przez Państwowy Instytut Sztuki Filmowej obnaża kondycję polskiej kinematografii tamtego okresu. Należy nad nią zapłakać, a nie oglądać filmu trzy razy, by zrozumieć, co reżyser miał na myśli, bo widz za pierwszym razem mógł nie załapać. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

Advertisement

25. Studniówk@

Studniówk@ jest ekwiwalentem tego, jak życie licealne wyobraża sobie stereotypowy boomer. Spodziewać się możemy więc spłycania autentycznych problemów – takich jak samoakceptacja, trudna sytuacja finansowa, slut-shaming czy kłopoty na linii rodzic-dziecko – okraszonego regularnie ciskanym w twarz młodzieżowym slangiem, którego nie zrozumieją nawet współcześni nastolatkowie.

Stąd klasyfikowanie tego filmu jako komediodramatu nie ma większego sensu i zdecydowanie najlepiej ogląda się go z nastawieniem otwarcie ironicznym – wtedy staje się bowiem komedią jednej pomyłki: własnego powstania. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak nie wygląda codzienność polskich licealistów i dobry film zarazem, trudno o lepszy wybór. Koniec końców produkcja okazuje się dokładnie tym, z czym dla niektórych kojarzy się jej tytuł – prawdziwym koszmarem, ale trwającym krótko i po czasie wspominanym ze śmiechem. [Krzysztof Nowak]

Advertisement

24. Last minute

Jeden z tych filmów Patryka Vegi, które ten spłodził długo przed swoimi głośnymi obnażającymi polskie brudy filmami (których na tej liście oczywiście nie zabrakło). W Last Minute, który opowiada o rodzince wygrywającej wycieczkę do Egiptu, znajdziemy przede wszystkim bezbarwne postaci, dużo nieśmiesznego humoru opartego na narodowych stereotypach i chaotycznie poprowadzoną fabułę, która nie wiadomo dokąd zmierza. Last Minute finalnie wygląda jak zbiór krótkich nieudanych skeczy o typowych Polakach na all inclusive. [Maja Budka]

23. Bejbi blues

Film młodej reżyserki jest o czymś, zdecydowanie stara nam się opowiedzieć pewną historię i pomachać paluszkiem bez uciekania się w postmodernistyczny bełkot, bo wykorzystuje klasyczne triki – przerysowanie, stylizację i tempo. I tutaj mi coś nie grało, nie mogłem wczuć się w położenie młodych bohaterów, bo język filmu dla mnie za szybki, sepleniący.

Advertisement

Znamy takich gówniarzy. Opowieść jest nam znajoma z ulicy, z bloku, zapewne wyzuta z tego całego trendy stylu, czyli bohaterek obracających się w świecie modnych butików oraz nastolatków, którym nigdy nie brakuje kasy. […] Mimo to trudno się wczuć w to co na ekranie. Za mało tutaj podskórnego cierpienia, a za dużo współczesnego MTV, które nie mówi ani nie śpiewa, ale wykrzykuje. Może tak trzeba. Bo dzisiaj inaczej już nie można czy coś. [Jakub Koisz, fragment recenzji]

22. Diablo. Wyścig o wszystko

Otłowski nagle zaczyna robić wszystko, tylko nie film o wyścigach – wprowadza dziesięć różnych wątków, których naoglądał się w gangsterniakach, jakieś przemyty, walki w klatkach, helikoptery, ustawki groźnie żujących fajki zakapiorów i niby film trwa, a nic tak naprawdę się nie dzieje.

Advertisement

Poszczególne wątki wyglądają na poszarpane, pourywane i zupełnie nieintrygujące. Są, bo są – a nie ma ich nawet czym kręcić, żeby to sensownie wyglądało, bo oczywiście nawciskano tu wybuchów (z efektem ognia jak z GTA III; dzisiaj lepszą pirotechnikę robi się na YouTubie), a Rafał Mohr lata z dwoma klamkami niczym Chow Yun Fat u Johna Woo, tylko nie ma to wszystko zbytnio sensu. […] Wygląda to bardziej jak akcja z jakiejś taniej parodii niż filmu, który miał wpisać się w przebrzmiałą modę na nielegalne wyścigi. Bo nie tyle jest to dzieło o niebezpieczeństwach z tego płynących, ile o zupełnej nudzie z takim ryzykiem związanej, gdzie adrenalina zostaje jeszcze na starcie i ucieka do domu, żeby nie oglądać tego cyrku. [Radosław Pisula, fragment recenzji]

21. Swingersi

Mamy więc segmenty dotyczące życia młodej pary, w której ona marzy o miłości wyjętej z powieści typu Pięćdziesiąt twarzy Greya, a jej mężczyzna woli grę na konsoli. Kolejna para to influencerzy, którzy prowadzą wojnę o lajki, a w ich życie wkrada się pustka.

Advertisement

Poznajemy też trójkę ludzi, którzy decydują się na drastyczne zmiany w swoim życiu seksualnym. Trzy segmenty, o wiele więcej wątków, a zero konkluzji, jak gdyby każda perypetia była oparta na zasłyszanej opowiastce. Wszystkie te warstwy napisane są z jako takim sercem, ale bez pomysłu na całość, która mogłaby się w pewnym momencie zazębić. […] Wiele zresztą rzeczy w filmie Ekisa jest zachowawczych i mało odważnych, choć objawia się tutaj casus Planety Singli, w której ani razu nie zostaje przekroczona granica dobrego smaku i można bawić się całkiem nieźle, jeśli porzuci się poszukiwanie objawień.

W tego typu kinie obniżonych oczekiwań zaskakujące jest to, że umiejętności reżyserskie weryfikowane są samopoczuciem aktorów. Ekipa Swingersów bawiła się chyba planie całkiem nieźle, a odrobina tej szczerości oraz chemii rzutuje na całość. Niemęczącą, przeciętną, nie mającą aspiracji komentatorskich w temacie życia seksualnego, ale o wiele bardziej wysmakowaną niż choćby 365 dni. [Jakub Koisz, fragment recenzji]

Advertisement

20. Polisz kicz projekt

Jeśli nigdy nie widzieliście jakiegokolwiek filmu sygnowanego nazwiskiem Mariusza Pujszo, to macie dużo szczęścia. Polski Ed Wood, który ma na koncie dwa Złote Lwy, postanowił nakręcić debiut o amatorach filmowcach, kręcących swój pierwszy w życiu film. Dzieło na wskroś złe, trzy lata później doczekało się kontynuacji, zatytułowanej Kontynuacja.

Aż dziw bierze, że film wygrał w Konkursie Kina Niezależnego, zdobywając pierwszego ze wspomnianych Złotych Lwów. Niestety całość to zlepek przypadkowych elementów, z których część może i śmieszy, ale całość pozostawia widza z uczuciem skonfundowania – to chyba najlepsze słowo oddające stan po seansie. Jest dużo improwizacji i półnagich kobiet. Czy to satyra na polski przemysł filmowy, czy może – jak twierdzi sam reżyser – polski Borat, zanim ktokolwiek usłyszał o przygodach kazachskiego reportera? Tego chyba nikt nie wie. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

Advertisement

19. Pętla

Pętla miała być pierwszym filmem w którym Vega ucieka ze swojego boksu zajechanych schematów, a ostatecznie jest jego absolutną kwintesencją. Wszystko to, co irytowało w poprzednich filmach, zostało tutaj doprowadzone do rangi boleśnie nieprzyjemnego dzieła bazarowego – pomniku skrajnej ludzkiej entropii.

Produkt naprawdę odrzucający, mało filmowy, męczący, pozbawiony spójnej struktury i wyglądający jak nagła próba szybkiego zwizualizowania zasłyszanych opowieści przez pryzmat fantazmatów twórcy. To marzenie o zachodnim kinie, które zamieniło się w małosolny koszmar. [Radosław Pisula, fragment recenzji]

Advertisement

18. Wiedźmin

EDI (2002)

Idąc do kina na Wiedźmina nie miałam pojęcia, co na mnie czeka. Gumowe potwory, roznegliżowana Grażyna Wolszczak oraz najgorsze CGI, jakie kiedykolwiek oglądał świat, okazały się być przysłowiowym gwoździem do trumny. Na barkach tytułowego Wiedźmina, czyli Michała Żebrowskiego, spoczął cały ciężar produkcji. Niestety nawet nie był w stanie jej uratować.

Na plus mogę zaliczyć tylko rolę Żebrowskiego oraz fakt, że serial był jednak tylko trochę lepszy. Kiedy jednak mówimy o produkcji z 2001 roku, trudno nie szczędzić gorzkich słów. O ile sam pomysł stojący za scenariuszem były niezły (połączenie kilku historii z różnych książek Sapkowskiego, gdzie oś fabuły spinają postacie Ciri oraz Geralta), tak niestety finalne wykonanie pozostawia dużo do życzenia. A słowo „dużo” jest tu kluczowe. Do tego dorzućmy brak autentyczności, hektolitry sztucznej krwi i pozy oraz dialogi niczym z teatru szekspirowskiego. O ile na papierze wygląda to nieźle, o tyle w rzeczywistości pierwszy wiedźmiński twór okazał się być porażką na całej linii. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

Advertisement

17. Futro z misia

Pomysł wydawał się nawet niezły. Duchowy spadkobierca Chłopaki nie płaczą miał wskrzesić porzucony gatunek komedii gangsterskiej i zapewnić awans paru zapomnianym i zaszufladkowanym aktorom z Michałem Milowiczem na czele. Problem w tym, że twórcy zupełnie zapomnieli o widzu, tworząc film dla siebie.

Futro z misia to nie jest komedia, gdzie gagi zaskakują, kwestie wpisują się do języka potocznego, a aktorzy dziarsko piszą kolejny rozdział sagi, której ojcem jest Laska i Grucha. Dowcip u Milowicza istnieje jedynie w świadomości gości, zaproszonych do tej makabrycznej śmieszno-strasznej papki. Panowie uparcie trwają w alternatywnej epoce, w której dziwnym trafem Guy Ritchie nigdy się nie narodził, gangsterzy pozostali w domach, a Martin Scorsese przerzucił się na kino familijne. Futro z misia, napędzane wąsem Sławomira i prostacką widokówką z pięknego Podhala jest najprościej mówiąc zawstydzające.

Advertisement

Jeśli w naszym rankingu dałoby się wyfiltrować filmy pod kątem poziomu żenady, Futro… błyskawicznie awansowałoby o kilkanaście pozycji. Cytując tekst piosenki promującej film – „Futro z misia, niezła draka i choć chciałbyś dać drapaka, kilku smutnych cię odwiedzi, by nakłonić do spowiedzi.” Ubaw że hej. [Tomek Ludward]

16. Bad Boy

Patryk Vega z zarezerwowanym tylko dla niego wyczuciem, wrażliwością i subtelnością zabiera nas do świata kiboli, gdzie wystarczy głośno krzyczeć swój plan, aby z podrzędnego szalikowca zmienić się w wielkiego mafiozę zastraszającego pół Polski i robiącego lewe interesy z połową Europy.
Advertisement

Wszystko utopione jest tu oczywiście w gwałtach, przemocy, połamanych nogach, przekleństwach, absurdalnych rozwiązaniach scenariuszowych i smutnych oczach Andrzeja Grabowskiego, który z Patrykiem Vegą powinien mieć już podpisaną umowę o pracę i dbać o kodeksowo zagwarantowany w roku urlop. [Filip Pęziński]

15. Weekend

Cezary Pazura, który był reżyserem projektu, reklamował go jako komedię, gdyż co jak co, ale na komediach zna się jak nikt.

Advertisement

Niestety film nie jest ani trochę śmieszny, a obok komedii nawet nie leżał, nie wspominając o cringe’owych dialogach. Nie ukrywajmy jednak, że jedynym powodem powstania tego tworu komediopodobnego, aspirującego do bycia polskim Przekrętem Guya Ritchiego, była chęć rozpoczęcia kariery aktorskiej przez żonę pana Cezarego. Film ma właściwie wszystko, ale nic sobą nie reprezentuje. Są półnagie kobiety, szybkie samochody, przemoc i żarty na dość niskim poziomie, a do tego całkiem zdolni aktorzy zmuszeni do odgrywania prawdopodobnie najbardziej żenujących scen w całej swojej karierze. Nic więc dziwnego, że produkcja otrzymała trzy nagrody Węży, w tym dla komedii, która nie śmieszy. I tylko żal Pawła Wilczaka, bo on chyba jeden zdawał sobie sprawę, w czym przyszło mu grać. I tylko dziwi nominacja do Złotej Kaczki dla najlepszego filmu. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

14. Polityka

Polityka nie wyważy żadnych drzwi, nie otworzy niczyich oczu. Wszystko, czego można się z tego filmu dowiedzieć to to, że politycy kłamią, kradną, mają kochanki i wykorzystują prostych ludzi (których w założeniu mieli reprezentować bohaterka Ani Karczmarczyk i bohater Daniela Olbrychskiego).

Advertisement

I jak traktować poważnie film, w którym zamiast przedstawić realne problemy polskiej polityki tworzy się jarmarczne political fiction? Rdzeń scenariusza stanowią bowiem plotki, domysły i pomówienia; zobaczymy np. jak „Macierewicz” przyjmuje elektrowstrząsy albo całuje się z młodym wiceministrem obrony narodowej. Cały wywrotowy potencjał tematu został zaprzepaszczony, bo Vega popełnia tu ten sam grzech, co przy Botoksie – zamiast skupić się na jednym temacie, np.

poprzez wiwisekcję konkretnej afery, wybiera skakanie po nagłówkach, wszystkoizm i tanią publicystykę. Efektem jest chaotyczny zlepek scen (a raczej skeczy) i fabularna sraczka. [Katarzyna Kebernik, fragment recenzji]

Advertisement

13. Kobiety mafii

Okropny scenariusz to nie tylko kiepskie postaci – całość nudzi i potwornie się dłuży, i to pomimo licznych głośnych atrakcji. Wynika to z koszmarnie nierównego tempa, które wielokrotnie sięga zenitu, po czym kompletnie spada na niemiłosiernie długi czas.

Zupełny brak konsekwencji odczuwalny jest także w tonacji filmu, który w jednej scenie pokazuje groteskową przemoc (zwykłą i seksualną) w kontekście humorystycznym, a drugiej karmi nas ckliwymi obrazkami wyjętymi z opery mydlanej. […] Po Kobietach mafii zastanawia mnie tylko jedna rzecz – czy Vega naprawdę jest tak fatalnym reżyserem, czy może świadomie odwala kompletną chałturę? W jego nowym dziele nawet zdjęcia i montaż przywodzą na myśl amatorskie produkcje. Śmiechu warte ujęcia z drona i bardzo źle dobrana muzyka tylko dopełniają poczucia “taniości” tego filmu. Pomimo starań nie potrafię znaleźć ani jednej rzeczy, którą mógłbym pochwalić. [Mikołaj Lewalski, fragment recenzji]

Advertisement

12. Bitwa pod Wiedniem

A na początku filmu myślałem jeszcze, że nie wszystko stracone. Dlaczego? Jak mało który film tego typu „Bitwa pod Wiedniem” podejmuje (na chwilę) temat krytyki pozornej religijności, która skupia się na mało istotnych szczegółach – relikwiach, gestach i ceremoniałach. Jednak niezmiennym pozostaje fakt, że ten film to laurka od katolików dla katolików, coś w stylu poklepania po plecach i stwierdzenia „jesteśmy fajni”.

Infantylna, arogancka, zapatrzona w siebie i przeświadczona o własnej nieomylności. Nie ogląda się na nikogo, nie nawołuje do rozmowy, nie stara się zmobilizować do myślenia. Tak bardzo, że nawet sami katolicy po seansie mogą odnieść słuszne wrażenie obcowania z niewiele wartą propagandą. [Maciek Poleszak, fragment recenzji]

Advertisement

11. Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3

Ten reanimowany przez znane twarze filmowy trup wyszedł z szafy zdecydowanie za późno, jakby nie do końca orientując się, co to za czasy i w jaki sposób chce się zaprezentować nowej widowni. Z punktu widzenia kogoś, kto czuje więź emocjonalną z polskim kinem lat osiemdziesiątych, ta podróż może wydać się smutnawa, bo Kasia Zawada nie przekazuje niczego nowego o świecie, a jedyną informacją jest to, co widzimy na twarzach Grażyny Błęckiej-Kolskiej, Ewy Kasprzyk czy Jerzego Rogalskiego.

A komunikat ten nie bierze jeńców i brzmi: lata minęły bezpowrotnie, a świat nie daje wam niczego w zamian. Jest to więc zadziwiające, że głębsze zastanowienie się nad losami tych fikcyjnych postaci przywołuje raczej smutek niż rozbawienie. [Jakub Koisz, fragment recenzji]

Advertisement

10. Wyjazd integracyjny

Tak, jak lubię Tomka Kota, tak za tę rolę należy mu się soczysty opier… Jakim cudem zgodził się na zagranie w tej abominacji, tego nigdy nie zrozumiem, ale skoro już się zgodził, to może trzeba było się przyłożyć i choć spróbować być śmiesznym? Najwyraźniej nie pozwolił mu na to scenariusz filmu Przemysława Angermana (gość, który wcześniej nakręcił Jak to się robi z dziewczynami – powinienem był to sprawdzić…), który jest zlepkiem kretyńskich gagów i stereotypowych przekonań o tym, jak to jest w delegacji. [Dawid Myśliwiec, fragment plebiscytu]

9. Kobiety mafii 2

Po spektakularnie fatalnych Kobietach mafii z zeszłego roku trudno było oczekiwać, że ich naprędce nakręcony sequel będzie wolny od problemów większości filmów Vegi. Druga część powiela więc wszystko to, co niektórych mierzi, a innych zachwyca i przyciąga do kin.

Advertisement

Dokładnie tak jak można było się spodziewać, całość sprawia wrażenie, jakby powstawała bez konkretnego pomysłu na fabułę i przebieg wydarzeń. Przez ekran przewija się cała galeria postaci, akcja co chwilę przenosi się w inne miejsce, a tonacja zmienia się ze sceny na scenę – wszystko to wydaje się jednak przypadkowe i kompletnie nieprzemyślane. Większości bohaterów nadal nie da się lubić (choć tym razem są tu małe wyjątki), a od przeszarżowanych występów uzdolnionej obsady będziecie przewracać oczami. [Mikołaj Lewalski, fragment recenzji]

8. Zenek

Chociaż nie jestem odbiorcą muzyki prawdziwego Zenona Martyniuka, to bez wątpienia jest to człowiek budzący sympatię i tworzący muzykę po prostu wśród rodaków popularną. Krzywdę ogromną wyrządził mu jednak Jacek Kurski, roztaczając w promocji produkcji Telewizji Polskiej wizję jakoby obcować mielibyśmy niemal z podlaskim Freddie’em Mercurym.
Advertisement

Bo kiedy siadamy w końcu do seansu Zenka, nie widzimy ani charyzmatycznej postaci, ani wielkiego talentu, ani popkulturowego fenomenu, ani nawet ciekawej historii. Twórcy zresztą dają nam do zrozumienia, że Martyniuka historia jest tak mało interesująca, że dodają do jego życiorysu nigdy niemająca miejsca sekwencję porwania syna… W dodatku całość wizualnie, muzycznie, aktorsko jest po prostu najniższą telewizyjną półką, gdzie święty graal bohatera tytułowego – festiwal piosenki tanecznej w Ostródzie nawet nie jest kręcony w Ostródzie. [Filip Pęziński]

7.

Ciacho

Jeżeli kiedykolwiek fantazjowaliście na temat Marty Żmudy-Trzebiatowskiej to produkcja Ciacho pozwala spełnić wasze najbardziej pokręcone marzenia z Panią Martą w roli głównej. Nic dziwnego, bowiem za kamerą stanął jedyny i niepowtarzalny Patryk Vega, który postanowił aktorkę rozebrać i – jak w większości jego filmów – zrobić z niej prawdziwą badass girl, bluzgającą na każdym kroku.

Advertisement

Jakby tego było mało reżyser, nie wiem jakim sposobem, zatrudnił Tomasza Kota, który na szczęście trolluje produkcję. No i nie mogło zabraknąć ulubieńca polskiej publiczności, czyli Tomasza Karolaka, bez którego obecności film już na starcie jest spalony. Zdjęcia trwały zawrotne 27 dni, co niestety widać we wszelkiego rodzaju niedoróbkach, zaczynają od scenariusza, a na popisach aktorskich kończąc. Mam wrażenie, że wszyscy zaangażowani w tej projekt chcieli się po prostu rozejść do domu i jak najszybciej zakończyć tę żenadę. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

6. Gulczas, a jak myślisz?

Był rok 2001, kiedy to świat ujrzał pierwszą edycję reality-show Big Brother. Gwiazdy programu szybko stały się rozpoznawalne w Polsce, co skrzętnie wykorzystali filmowcy, jeszcze w tym samym roku wypuszczając jeden z gorszych filmów w dziejach polskiego kina. O dziwo za kamerą stał Jerzy Gruza, twórcy takich niezapomnianych dzieł jak Czterdziestolatek, Wojna domowa i Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy.

Advertisement

Budżet opiewał na 3 miliony dolarów, a w głównych rolach wystąpiły gwiazdy domu Wielkiego Brata. Jeśli nigdy nie oglądaliście pierwszej edycji tego programu, za nic nie połapiecie się, o co w tym wszystkim chodzi. Motywy charakterystyczne dla uczestników pozostają niezrozumiałe dla widza, który z tymi bohaterami nigdy nie miał styczności. I nie pomoże nawet udział Cezarego Pazury czy Andrzeja Leppera. Jeśli spojrzymy na to dzieło w oddzieleniu od reality-show, mamy mało śmieszną komedię w wykonaniu totalnych amatorów, gdzie nawet klasyczny motyw ze Stawki większej niż życie z kasztanami na placu Pigalle został totalnie zmasakrowany. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

5. Botoks

Tylko Patryk Vega potrafił stworzyć dzieło tak chaotyczne, tak niedopracowane, ze scenariuszem pisanym na kolanie, a jednocześnie sprawić, że połowa Polski uznała, że to produkcja rzeczywiście oparta na faktach.

Advertisement

Już trailer u wytrawnego kinomana obudził paździerzowy alert: wywrotowy humor, inwektywy rzucane na lewo i prawo bez ładu i składu oraz znane twarze. Wszystko to jednak za mało, by ten film był choć w połowie znośny nawet po alkoholu. Niestety nie jest to kategoria tak złe, że aż dobre. Reżyser dwoi się i troi, aby przedstawić w miarę angażujące historie, ale nie udaje mu się, gdyż materiał jest tak bardzo oderwany od rzeczywistości, że nie pozostaje nic więcej, aniżeli wywracanie oczami przykolejnych absurdalnych scenach. Jak wspomina Karolina Korwin-Piotrowska, zdobywca Węża dla najgorszego filmu roku jest „przerysowany, drastyczny, ordynarny i sztuczny”. Mimo to produkcję obejrzało ponad dwa miliony widzów, bijąc – niezasłużenie – rekord popularności. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

4. YYYreek!!! Kosmiczna nominacja

Film Gulczas, a ja myślisz stał się niespodziewanym hitem frekwencyjnym, więc nic dziwnego, że rok później powstała kontynuacja. Tym razem tytułowym bohaterem został niejaki Ireneusz Grzegorczyk, z którym na 100 procent nie jestem spokrewniona. Yrek kontaktuje się z istotami pozaziemskimi, które mają przybyć do zakopiańskiego kurortu po naszego bohatera, by ten uratował umierającą cywilizację.

Advertisement

Jednocześnie w tym samym miejscu przebywają przemytnicy materiałów wybuchowych oraz agenci CBŚ. Tak jak w poprzednim filmie mamy do czynienia z totalnym pomieszaniem z poplątaniem, nieśmiesznym scenariuszem oraz bohaterami Big Brothera w różnych rolach. Efekt jednak pozostał dalej ten sam. Niestety widzowie dwa razy nie dali się nabrać i film okazał się być finansową porażką oraz „nie wiedzieć czemu” artystyczną klapą. Widać, że to propozycja wyłącznie dla hardkorowych fanów osób mieszkających w domu Wielkiego Brata. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

3. 365 dni

GANGSTERZY I FILANTROPI (1962)

Wiadomo, że ten film nie powstał dla górnolotnych celów artystycznych. Wiadomo, że podobnie jak literacki pierwowzór, miała to być nastawiona na masowy sukces (który swoją drogą twórcy odnieśli) eksploatacja softpornowej fantazji.

Advertisement

Ale 365 dni to naprawdę koszmarny film. Po pierwsze koszmarny etycznie – uprzedmiatawiający bohaterki (przede wszystkim) i bohaterów (też) oraz normalizujący przemoc seksualną i emocjonalną, ukazaną w obleśnie przeestetyzowany sposób. Po drugie zaś koszmarny formalnie – nie wiadomo, czy gorszy jest tu okropny scenariusz pełen grubo ciosanych postaci i drętwych jak stuletni dąb dialogów, czy nieporadny montaż zabijający jakiekolwiek zalążki dynamiki, jakie mogłyby się tu pojawić, czy też straszne, prawie amatorskie aktorstwo. Koszmarny film i galeria kultury gwałtu – trudno o oś gorszego. [Tomek Raczkowski]

2. Kac Wawa

To miała być polska odpowiedź na wielki kasowy hit zza oceanu Kac Vegas. Finalnie pozostał niesmak, Borys Szyc w słynnej, żenującej scenie nawiązującej bezpośrednio do o kilka poziomów lepszej niemieckiej produkcji z 2007 roku Nasza klasa oraz plejada gwiazd, która o swoim występie w tym dziele chciałaby jak najszybciej zapomnieć.

Advertisement

Oddawanie moczu pod palmą na rondzie de Gaulle’a wcale nie jest śmieszne. Kradzież tygrysa z Kac Vegas, a i owszem. Zadziwiające jest jednak, że scenariusz do filmu autorska Piotra Czai został jednocześnie nominowany do nagrody Węży dla najgorszych filmów, jak i nagród nieistniejącego już miesięcznika Film w kategorii „najlepszy scenariusz”. Cytując opinię dziennikarki Sylwii Krasnodębskiej – ten film to nic innego jak „upadek polskiej kinematografii”. Nie pomogły zapewnienia, że scenariusz został oparty na prawdziwych zdarzeniach. Kac Wawa okazała się być nie tylko porażką artystyczną, ale i pierwszym filmem w historii polskiej kinematografii, który odniósł tak druzgocącą porażkę na tak wielu polach. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

1. Smoleńsk 

Abstrahując już od aspektów politycznych oraz tezy stawianej przez reżysera i scenarzystów, Smoleńsk to film na każdym poziomie znacznie gorszy niż niejedna fanowska produkcja tworzona z myślą o premierze na YouTubie. Leży tu absolutnie wszystko – zdjęcia, scenografie, scenariusz, w którym brak ciągu przyczynowo-skutkowego – a dosłownie jedynym plusem jest niezamierzony komizm, osiągany głównie dzięki absurdalnej postaci szefa stacji telewizyjnej w której pracuje główna bohaterka.

Advertisement

Ta zresztą także jest postacią jakby stworzoną przez sztuczną inteligencję, której nie nauczono, jak działają ludzkie emocje i mimika. Zasłużone pierwsze miejsce na liście, choć konkurencja była niemała. Cytując ekranową wersję Lecha Kaczyńskiego: „Wszystko, co chciałem, już powiedziałem”. [Łukasz Budnik]

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *