Recenzje
WILK WIKINGÓW. Netflix wciąż zafascynowany nordyckimi mitami [Recenzja]
Film Svendsena jest tak potwornie poważny, że… trudno brać go na poważnie.
Mityczna postać wilkołaka nie pojawia się wyłącznie w mitologii nordyckiej, choć jest w niej silnie obecna. Po tym, jak pod koniec ubiegłego roku Netflix pokazał światu Trolla, streamingowy potentat ponownie sięgnął po mityczne stworzenie, które terroryzuje Norwegię – tym razem nie Oslo, a fikcyjne miasteczko Nybo, w którym lykantropy sieją terror i śmierć. I ponownie otrzymaliśmy horror o temperaturze odpowiadającej norweskiemu klimatowi – ponury, zimny i… kompletnie nieangażujący.
Mam wrażenie, że po krótkim czasie, który nastąpił mniej więcej w okolicy jesieni 2022 roku, kiedy to Netflixowi udało się kilka projektów filmowych, wracamy do status quo, czyli ogólnej netflixowej mizerii filmowej. Choć platforma z Los Gatos regularnie odnosi sukcesy na polu serialowym, wyjątkowo brakuje im intuicji na polu rozrywki pełnometrażowej. Większość filmów znakowanych czerwonym N prezentuje poziom podobny do produkcji, które kiedyś zwykło określać się mianem „direct-to-video” (dziś bardziej „straight-to-VOD”). W dużym uproszczeniu były to filmy, które nie miały jakości uzasadniającej podjęcie ryzyka dystrybucji kinowej, ale jednocześnie miały coś, co nie pozwalało skazać ich na całkowity niebyt.
W ten sposób niektóre tytuły zyskiwały całkiem spory rozgłos i przynosiły zyski, ale było to w erze „przedstreamingowej” – dziś na platformy SVOD trafia mnóstwo filmowego chłamu, który na dystrybucję kinową nie miałby szans. Czy
Analizując poszczególne komponenty tego filmu, trudno odpowiedzieć na to pytanie przecząco. Stig Svendsen, reżyser Wilka wikingów, to twórca o znikomym dorobku – ma na koncie co prawda kilka filmów pełnometrażowych, w tym anglojęzyczną Windę (2012), ale wszystkie te produkcje to produkcje niewiele znaczące nawet w skali dość skromnego przemysłu kinowego Norwegii. Czasem jednak bywa tak, że niepozorny reżyser może zebrać całkiem przyzwoitą obsadę – ale nie jest to casus Wilka wikingów.
Co prawda Liv Mjönes, grająca główną rolę policjantki Liv, może pochwalić się niejaką rozpoznawalnością, a nawet występem w
W praktyce jednak okazuje się, że Wilk wikingów to historia, która trąci banałem. Oto do prowincjonalnego Nybo przeprowadza się policjantka Liv Berg oraz jej partner i dwie nastoletnie córki. Thale, jedna z nich, przez przypadek znajduje się w epicentrum tragicznego wydarzenia – lokalna dziewczyna zostaje zaatakowana i porwana przez nieznane monstrum, które przy okazji rani Thale. W międzyczasie jej matka prowadzi śledztwo w sprawie terroryzującej miasteczko bestii, a w dochodzeniu pomaga jej William (Arthur Hakalahti), profesor uniwersytecki doskonale znający się na anatomii i zwyczajach wilków.
Pozostaje jednak pytanie, czy monstrum nawiedzające Nybo to w istocie zwyczajny wilk… Prawda, że nie brzmi to odkrywczo? Oglądając
A przecież zupełnie inaczej oglądałoby się wilkołaka, gdyby Wilk wikingów miał do siebie nieco dystansu, gdyby wraz z wprowadzeniem do scenariusza konceptu wilkołaka pozwolono głównym bohaterom na odrobinę niedowierzania, wyparcia, klasycznego „przecież wilkołaki nie istnieją!”. Najwyraźniej jednak skandynawskie społeczeństwo, w którym nordycka mitologia ewidentnie żyje sobie w najlepsze, traktuje legendy z najwyższą powagą i w taki też sposób Svendsen i jego współpracownicy podeszli do realizacji Wilka wikingów.
Szkoda, bo pewnie był to materiał na coś bardziej klimatycznego – niestety, syndrom „netflixowej mizerii filmowej” sprawia, że zamiast gotyckiego horroru dostajemy sztampowe kino grozy, o którym zapomnę znacznie szybciej niż, nie przymierzając, o
