Zestawienie
10 filmów SCI-FI tak dobrych, że zapominamy, że to REMAKI
Remake z definicji żyje w cieniu oryginału. Kino sci-fi ma jednak kilka wyjątkowych przypadków, w których nowy film nie tylko poradził sobie z tym ciężarem.
Remake z definicji żyje w cieniu oryginału. Kino sci-fi ma jednak kilka wyjątkowych przypadków, w których nowy film nie tylko poradził sobie z tym ciężarem, ale wręcz sprawił, że wcześniejsza wersja zaczęła być traktowana jako ciekawostka. Niektóre z tych produkcji były wiernymi remakami, inne potraktowały pierwowzór jako punkt wyjścia i całkowicie zmieniły jego ton, styl albo znaczenie. Są też przypadki bardziej skomplikowane – filmy będące jednocześnie nowymi adaptacjami literackiego materiału i reinterpretacjami wcześniejszych ekranizacji. Wszystkie mają jednak jedną wspólną cechę: trudno myśleć o nich wyłącznie jako o remakach.
Coś (The Thing, 1982)
John Carpenter sięgnął po tę samą historię, którą wcześniej zekranizowano jako Istota z innego świata w 1951 roku, ale właściwie stworzył zupełnie nowy film. Akcja rozgrywa się w odciętej od świata amerykańskiej stacji badawczej na Antarktydzie, gdzie grupa naukowców odkrywa organizm potrafiący doskonale imitować inne istoty.

Największą siłą filmu jest atmosfera narastającej paranoi. Nikt nie wie, kto został zastąpiony przez obcą formę życia, a zaufanie między bohaterami rozpada się równie szybko jak ich poczucie bezpieczeństwa. Carpenter połączył klaustrofobiczny thriller z niezwykle sugestywnym body horrorem. Dziś jego Coś jest klasykiem, przy którym oryginalny film z 1951 roku pozostaje przede wszystkim historycznym punktem odniesienia.
Mucha (The Fly, 1986)
David Cronenberg wziął za punkt wyjścia horror sci-fi Kurta Neumanna z 1958 roku, ale potraktował go jak materiał do stworzenia znacznie bardziej osobistej opowieści. Seth Brundle jest naukowcem pracującym nad teleportacją, któremu podczas eksperymentu przypadkowo łączą się geny z genami muchy. Początkowo przemiana wydaje się niemal fascynującym procesem ewolucji, lecz szybko zmienia się w koszmar.

Cronenberg wykorzystuje fizyczną transformację bohatera jako opowieść o utracie człowieczeństwa, starzeniu się i rozpadzie związku. Efekty specjalne Chrisa Walasa sprawiają, że kolejne etapy przemiany pozostają równie niepokojące dzisiaj. To remake, który całkowicie przesunął środek ciężkości historii.
Inwazja porywaczy ciał (Invasion of the Body Snatchers, 1978)
Film Dona Siegela z 1956 roku był klasykiem sci-fi ery zimnej wojny, ale Philip Kaufman nie próbował go po prostu odtworzyć. Jego wersja przenosi historię do współczesnego San Francisco, gdzie mieszkańcy zaczynają być zastępowani przez pozbawione emocji kopie.

Zamiast małomiasteczkowego niepokoju otrzymujemy paranoiczny obraz wielkiego miasta, w którym człowiek może stracić własną tożsamość, zanim ktokolwiek zauważy problem. Kaufman wykorzystuje też codzienne miejsca – biura, restauracje, mieszkania i ulice – żeby stworzyć poczucie, że inwazja może już trwać. Donald Sutherland, Brooke Adams i Jeff Goldblum tworzą wiarygodny zespół bohaterów, a finał należy do najbardziej pamiętnych w historii kina sci-fi.
Blob / Plazma (The Blob, 1988)
Oryginał z 1958 roku był typowym dla swojej epoki filmem o tajemniczej galaretowatej substancji pożerającej ludzi. Chuck Russell potraktował ten prosty koncept znacznie poważniej, jednocześnie zachowując jego pulpową energię. W jego wersji Blob nie jest tylko dziwnym kosmicznym potworem. To niemal biologiczna katastrofa, której nie sposób zatrzymać konwencjonalnymi metodami. Stworzenie rozpuszcza i wchłania kolejne ofiary, a film wykorzystuje efekty praktyczne do pokazania tego procesu w wyjątkowo pomysłowy sposób.

Historia trafia również w typową dla kina sci-fi paranoję: oficjalne struktury wiedzą więcej, niż mówią mieszkańcom, a małe miasteczko zostaje odcięte od świata. Remake, który z B-klasowej ciekawostki zrobił świetnie zrealizowany horror sci-fi.
Krwiożercza roślina (Little Shop of Horrors, 1986)
Frank Oz miał wyjątkowo niewdzięczne zadanie: przerobić niskobudżetowy horror Rogera Cormana z 1960 roku na pełnoprawny musical. Rezultat okazał się jednym z najbardziej charakterystycznych filmów tego rodzaju. Seymour pracuje w podupadającej kwiaciarni i przypadkowo odkrywa roślinę żywiącą się ludzką krwią. Audrey II szybko zaczyna rosnąć, a razem z nią rosną ambicje Seymoura.

Film łączy horror, komedię, musical i science fiction, nie próbując ukrywać absurdalności całego pomysłu. Ogromną rolę odgrywają praktyczne efekty specjalne oraz występy Ricka Moranisa, Steve’a Martina i Leviego Stubbs’a jako głosu Audrey II. Trudno dziś traktować ten film jedynie jako remake zapomnianego horroru Cormana.
Bugonia (Bugonia, 2025)
Yorgos Lanthimos sięgnął po południowokoreańskie Save the Green Planet! z 2003 roku i zrobił z niego materiał idealnie pasujący do własnego kina. Dwóch mężczyzn porywa Michelle Fuller, szefową potężnej firmy farmaceutycznej. Są przekonani, że kobieta jest przedstawicielką obcej cywilizacji, która przygotowuje inwazję na Ziemię.

Punktem wyjścia jest więc klasyczna historia science fiction, ale Lanthimos wykorzystuje ją do stworzenia czarnej komedii o teorii spiskowej, władzy, paranoi i braku zaufania do instytucji. Emma Stone i Jesse Plemons prowadzą film w zupełnie innym kierunku niż typowe kino o kosmitach. Bugonia pokazuje, jak daleko można odejść od oryginału, zachowując jego podstawowy koncept.
Jestem legendą (I Am Legend, 2007)
Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ film Francisa Lawrence’a jest przede wszystkim kolejną po The Last Man on Earth i The Omega Man ekranizacją powieści Richarda Mathesona. Jednocześnie czerpie z filmowych poprzedników, dlatego często pojawia się w zestawieniach remaków. Will Smith wciela się w Roberta Neville’a, naukowca żyjącego samotnie w wyludnionym Nowym Jorku po pandemii, która zamieniła większość populacji w agresywne istoty przypominające wampiry.

Największą siłą filmu jest pierwsza część, wykorzystująca opustoszałe miasto jako przestrzeń samotności i izolacji. Neville prowadzi badania nad lekarstwem, jednocześnie próbując przetrwać kolejne noce. To bardziej widowiskowa i hollywoodzka wersja historii Mathesona, ale własna tożsamość filmu jest dziś znacznie silniejsza niż jego związki z wcześniejszymi ekranizacjami.
Wojna światów (War of the Worlds, 2005)
Steven Spielberg ponownie zekranizował powieść H.G. Wellsa, która wcześniej doczekała się słynnej filmowej wersji George’a Pala z 1953 roku. Tym razem inwazję oglądamy jednak z perspektywy zwykłego człowieka. Ray Ferrier jest rozwiedzionym ojcem, który podczas ataku obcych próbuje przede wszystkim ocalić swoje dzieci.

Spielberg rezygnuje z klasycznej opowieści o naukowcach i obronie całej cywilizacji na rzecz chaotycznej historii ucieczki. Nowoczesne efekty specjalne pozwoliły stworzyć gigantyczne trójnogie maszyny, ale reżyser często pokazuje katastrofę z poziomu ulicy, bezpiecznej odległości nie ma tu praktycznie nigdy. Film korzysta z dorobku wcześniejszej ekranizacji, lecz przede wszystkim pozostaje własną interpretacją Wellsa.
Niewidzialny człowiek (The Invisible Man, 2020)
Leigh Whannell wykorzystał klasyczny koncept H.G. Wellsa w sposób, który ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi ekranizacjami Niewidzialnego człowieka. Cecilia Kass ucieka od kontrolującego ją partnera, a po jego rzekomej śmierci zaczyna podejrzewać, że mężczyzna znalazł sposób na osiągnięcie niewidzialności i teraz ją prześladuje.

Najciekawszym pomysłem jest całkowite przesunięcie perspektywy: niewidzialność nie jest już przede wszystkim naukową osobliwością, lecz narzędziem przemocy i kontroli. Film buduje napięcie wokół pustych przestrzeni, niewidocznych ruchów i pytania, czy Cecilia rzeczywiście jest obserwowana. Elisabeth Moss musi zagrać bohaterkę reagującą na zagrożenie, którego widz przez długi czas również nie może zobaczyć. To zdecydowanie nowa wersja, a nie klasyczny remake.
Solaris (Solaris, 2002)
Steven Soderbergh zmierzył się z jednym z najbardziej wymagających filmów sci-fi w historii kina, tworząc nową wersję Solaris Andrieja Tarkowskiego z 1972 roku. Chris Kelvin zostaje wysłany na orbitującą wokół Solaris stację kosmiczną, gdzie załoga zaczyna doświadczać tajemniczych zjawisk związanych z planetarnym oceanem. Wkrótce Kelvin spotyka osobę, która nie powinna istnieć.

Soderbergh ograniczył skalę historii i zamiast budować przede wszystkim filozoficzną epopeję, skoncentrował się na pamięci, stracie i niemożności pogodzenia się z przeszłością. George Clooney gra bohatera bardziej wycofanego niż tradycyjny protagonista kina sci-fi, a całość utrzymana jest w melancholijnym, niemal romantycznym tonie. To zupełnie inna interpretacja Stanisława Lema niż film Tarkowskiego, ale właśnie dlatego trudno sprowadzić ją do zwykłego remake’u.

