Connect with us

Recenzje

AUTA 2. Złomek vs. Bond

AUTA 2. ZŁOMEK VS. BOND to emocjonalna jazda bez trzymanki, w której Pixar zaskakuje i wzrusza jak nigdy dotąd. Czas na nowe przygody!

Published

on

AUTA 2. Złomek vs. Bond

Jaki Pixar jest – każdy widzi. Po 25 latach działalności i 11 pełnometrażowych mistrzostwach świata, niekończących się momentach ekranowych wzruszeń, uniesień i zachwytu, czasami ma się perwersyjne marzenie zobaczyć, jak geniusze z Emeryville dają ciała. Jak ich niekończący się zespołowy potencjał, który nie ma sobie równych w historii kina, choćby na chwilę wyświetli niebieski ekran śmierci. Żeby ich litery w logo przewróciły się pod naporem własnych pomysłów, skacząca lampa połamała przeguby, a żarówkę szlag trafił tak skutecznie, że nawet WALL-E nie będzie w stanie jej wymienić na energooszczędną.

Advertisement

Bo na dłuższą metę to już staje się nudne. Co film to zachwyt, peany, ochy, achy i śpiewne onomatopeje. Oglądanie w kółko niesamowitej latającej sztuczki iluzjonisty Davida Copperfielda też może się znudzić, choć za pierwszym razem pozostawia widza w niemym zachwycie. Gdyby choć raz spadł, byłoby ciekawiej. Potem może latać dalej. A Pixar spadać nie ma zamiaru, choć po tylu latach można już ustawić jego tytuły na drabince atrakcyjności i nie wrzucać wszystkiego do wora z oceną „10/10. Między kolejnymi filmami można sobie ustawić pixar-wow-filtr na niski poziom tolerancji i obiecać sobie wzmożoną czujność na zasadzie „no dobra, teraz mnie tak łatwo nie kupicie.

A oni, tak po prostu, zaserwują miażdżącą emocjonalnie scenę w spalarni śmieci, wobec której widz pozostaje bezbronny jak dziecko, pozamiatany jak Plac Czerwony i ślepo zachwycony jak bezmózga jankeska małolata na widok Justina Biebera. Nie ma rady. Pixarowscy emocjonalni terroryści z każdym filmem rosną w siłę, pomimo zalewu renderowanych bajek ze wszystkich stron świata. Mimo wszystko pomyślałem sobie, jak by to było, gdybym na kolejnego Pixara poszedł z nastawieniem defetystycznym i brakiem wiary w to, że gadające samochody są w stanie sprzedać filmową magię po raz drugi. Że spojrzę z niesmakiem na świat, z którego ludzie nagle zniknęli, a ich miejsce zajęły maszyny.

Advertisement

Pewnie ich wymordowały ekologicznym paliwem dodawanym do żywności, a potem zutylizowały i urządziły się wśród nietkniętych wspaniałości naszej cywilizacji. I bawią się na całego, wożąc się po całym świecie. Tym powinien zająć się rewizjonistyczny prequel. Żartowałem.

Zygzak McQueen osiadł na zasłużonych laurach w Chłodnicy Górskiej. Ale od czego są przyjaciele. Złomek, sprowokowany telewizyjnym wystąpieniem włoskiego wyścigowca Francesco Bernoulliego, załatwia zaskoczonemu Zygzakowi udział w trzech wyścigach World Grand Prix, organizowanych przez Milesa Axleroda, byłego potentata naftowego, obecnie orędownika biopaliw. Jest tylko jeden warunek – auta muszą się ścigać na tymże ekologicznym paliwie. W tym samym czasie brytyjski agent Finn, wysłany w tajnej misji na platformę wiertniczą, dokumentuje transport urządzenia przypominającego wielką kamerę telewizyjną.

Advertisement

Trop wiedzie prosto do Tokio, gdzie ma się odbyć pierwszy z wyścigów World Grand Prix. Jest tam także nasza ekipa z Zygzakiem i Złomkiem, który nagle musiał skorzystać z olejowej toalety. Podczas próby przekazania nagrania na opony agentki Liliany Lifting, Finn zostaje w tej samej toalecie napadnięty przez bandytów z platformy (ta recenzja nie ma charakteru politycznego!). Agent w ostatniej chwili podczepia aparat z nagraniem do podwozia Złomka, który nieświadom niczego odjeżdża. Tymczasem na torze dzieją się rzeczy zdumiewające. W kilku autach nagle wybucha paliwo. To sprawka tajemniczego urządzenia prof.

Zündappa, które umożliwia wybuch biopaliwa na odległość. Groteskowy naukowiec działa na zlecenie zbrodniczego, międzynarodowego syndykatu naftowego, kontrolującego wydobycie największych światowych złóż. Kiedy widowiskowo eksplodująca ekobenzyna zniechęci auta do jej kupowania, oczy wszystkich ponownie zwrócą się na producentów starej dobrej wachy. Wokół prostodusznego Złomka zaczynają się dziać rzeczy znacznie ciekawsze od kibicowania Zygzakowi, z którym się zresztą pokłócił…

Advertisement

Ileż tam się dzieje! Zasady sequela (mocniej, więcej, szybciej – zwłaszcza to ostatnie) John Lasseter wypełnił skrupulatnie. Bohaterów w tajnych misjach mieliśmy już w Iniemamocnych, którzy czerpali ze starych Bondów garściami. Tym razem mamy kinetyczne przełożenie na animację Bondów z Craigiem. Uspokajam – maksymalnie oczojebnego montażu, będącego w Quantum of Solace denerwującym popisem samym w sobie, w Autach 2 nie ma.

Nawet w 3D, które lawiny gwałtownych cięć nie lubi, sceny akcji porywają dynamiką i nie męczą percepcji. Jakość animacji i pieczołowitość oddania najmniejszych detali architektonicznych jest obezwładniająca. Ale to tylko technika, której opanowania pixarowcy już nikomu udowadniać nie muszą. Wizualnie dostajemy dokładnie to, czego oczekujemy od Johna Lassetera, pamiętając pierwsze Auta. I znacznie, znacznie więcej.

Advertisement

Nieoczekiwanie ciężar filmu został przesunięty na poczciwego Złomka, zgodnie z bajkowym schematem, że wiejski prostaczek okaże się potężniejszy od całego świata, nie tracąc po drodze nic ze swego charakteru. Zygzak McQueen i reszta bohaterów pierwszego filmu zeszła na drugi plan, bo akcja została dość szybko wyciągnięta z dobrze prosperującej Chłodnicy Górskiej i rzucona w największe cywilizacyjne tygle tego świata. Można dostać prawdziwego zawrotu głowy od mnogości miejsc odwiedzanych przez bohaterów, wraz z humorystycznymi akcjami osnutymi wokół stereotypów, związanych z Japonią, Włochami czy Londynem (zwłaszcza scena w tokijskiej toalecie, gdzie Złomek walczy z automatem umilającym czas podczas wymiany oleju). Zupełnie jak w Bondach. A nasze znajome autka w tym środowisku radzą sobie świetnie.

Jest tylko jedno ale. Te przetasowania sprawiły, że twórcy musieli Złomkiem wypełnić większość filmu. A ten stary, zardzewiały holownik wciąż gadał jak najęty, nieprzerwanie popełniał gafy, dosadnie komentował wszystko wokół siebie i robił więcej zamieszania, niż było to konieczne. Dubbingujący go w polskiej wersji językowej Witold Pyrkosz nagadał się tu chyba więcej, niż we wszystkich odcinkach Janosika i M jak miłość razem wziętych. W połowie filmu ma się szczerą ochotę wsadzić ten kłapiący na prawo i lewo złom do hydraulicznej prasy, żeby dać wreszcie odpocząć uszom i pozwolić na zwykłe filmowe „dzianie się”.

Advertisement

Jest to kompletne przeciwieństwo artykulacyjnej ascezy WALL-E, w którym triumfowało „czyste kino”, nieskażone tonami słów.

Na szczęście twórcy mieli dla Złomka solidne wsparcie. Kiedy pałeczkę przejmuje Finn, agent Jej Królewskiej Mości, dubbingowany przez Piotra Fronczewskiego, od razu robi się gorąco od akcji. Podobnie jest ze scenami, w których do gry wraca Zygzak. Antropomorfizacja świata aut mogła sobie poszaleć dużo szerzej, niż w pierwszym filmie – mamy auta-bandytów starej daty, auto-królową brytyjską, nawet auto-papieża, oglądającego wyścig we Włoszech. Facjaty dodano także samolotom i statkom morskim. Prof. Zündapp, w formie miniaturowego samochodu Janus, produkowanego w RFN w latach 50., z monoklem w lewym oku przypomina jednocześnie Blofelda z bondowskiego You only live twice i groteskowych filmowych naukowców, którzy po II wojnie zostali przechwyceni do zachodniego świata, by w szaleńczym amoku konstruować straszliwe superbronie.

Advertisement

Zgodnie z językiem, w oryginale mówił on głosem Thomasa Kretschmanna. Rewelacyjnym pomysłem było ubranie międzynarodowej mafii naftowej w stare karoserie z obu stron żelaznej kurtyny. Na widok paliwowego bandyty, przypominającego radzieckiego zaporożca, od razu robi się jakoś tak bardziej swojsko. Niestety – żadnej syreny ani warszawy podczas seansu nie uświadczymy. Nie ta liga.

No i znowu to samo. Ochy i achy. Mój zaprogramowany defetyzm ostatecznie poległ, choć w trakcie pożywił się natarczywą nadaktywnością Złomka. Przez tę postać ma się kilka razy ochotę rzucić ten ekranowy świat na nowe tory i obejrzeć bondowskiego spin-offa Aut bez udziału postaci z pierwowzoru. Ale i tak jest pięknie. W skali całego Pixara Auta 2 nie są w stanie zmieść z mojego prywatnego topu Iniemamocnych oraz Potworów i spółki, ale jakość pierwszego filmu osiągnęły, a chwilami nawet przekroczyły.

Advertisement

Tekst z archiwum film.org.pl (29.06.2011).

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *