Connect with us

Publicystyka filmowa

WAKACYJNE KINO DROGI. Najprzyjemniejsze filmowe podróże

WAKACYJNE KINO DROGI to zbiór filmów, które przeniosą Cię w letnią podróż pełną emocji, śmiechu i niezapomnianych przygód.

Published

on

Kino drogi jest gatunkiem niesamowicie pojemnym, a próba stworzenia listy najlepszych filmów drogi zdaje się zadaniem tak karkołomnym, jak i zbędnym. W ramach tej kategorii znajdziemy bowiem równie wiele pełnych brawurowych pościgów filmów akcji czy bawiących do łez komedii, co wyciskających łzy dramatów. W doborze swojej listy postanowiłem więc wczuć się w wakacyjny klimat – a że środek lata kojarzy się przede wszystkim z luzem, najodpowiedniejsze zdały mi się filmy proste, lekkie i przyjemne, które równie dobrze można by zastąpić, samemu siadając za kółkiem i na cały regulator puszczając I’m Gonna Be (500 Miles) zespołu The Proclaimers (oczywiście śpiewając, bez śpiewania się nie liczy).

Advertisement

Skoro słowo się rzekło, z poczucia obowiązku przeproszę was za brak tak kultowych pozycji, jak Easy Rider czy Znikający punkt (oraz całej masy innych, nie mniej znaczących dla gatunku tytułów, jakich nie sposób wymienić, by kogoś nie pominąć), ale też filmu stosunkowo młodego, którzy niespełna dekadę temu na nowo wyznaczył szlak dla tego typu produkcji – Wszystko za życie. A teraz, wesoła kompanio, ruszamy w drogę!

Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej (2006)

Advertisement

Miało być prosto, lekko i przyjemnie, ale na początku zaryzykuję filmem, który przynajmniej dla części (zapewne dość dużej…) społeczeństwa jest zupełnym przeciwieństwem tych określeń. Pomijając przekraczający wszelkie granice dobrego smaku humor i obraźliwe dla wielu społeczności fragmentyBorat jest filmem drogi pełną gębą, a przebycie Stanów Zjednoczonych jest dla naszego kazachstańskiego bohatera niczym innym niż tłem dla wewnętrznej walki i próbą odnalezienia swego miejsca w świecie. Nie zapominajmy też o głównym celu podróży: pogoni za miłością!

Nieraz zdarza mi się wybuchnąć śmiechem, choć każdą ze scen widziałem po kilka, kilkanaście razy. To jednak nie wszystko! Mam świadomość, jak odbierany jest Borat. Może jestem złym człowiekiem, ale paradoksalnie właśnie emocje, jakie u niektórych wywołuje ta produkcja, zawsze były dla mnie najzabawniejszą częścią seansu. Potwierdzone info: quasi-dokumentalne komedie z Sashą Baronem Cohenem powinno się oglądać w towarzystwie, a najlepiej z osobami, które za zaproponowanie tego tytułu będą nas odsądzać od czci i wiary – bo choć Cohenowa satyra ma uderzać przede wszystkim w zakłamujących swe wolnościowe ideały Amerykanów, w gruncie rzeczy wymierzyć można ją przeciw każdemu, kto nie ma pojęcia, czym jest dystans, za to aż nadto orientuje się, w którym miejscu odczuwa się ból dupy.

Advertisement

Podróż za jeden uśmiech (1972)

Polski akcent na liście. Za sprawą wiecznie odgrzewających stare kotlety stacji telewizyjnych Podróż za jeden uśmiech stała się filmem, na którym wychowywaliśmy się właściwie wszyscy. Nieważne, czy urodziłeś się u schyłku lat pięćdziesiątych, czy zaledwie kilkanaście wiosen temu – niemal na pewno w leniwe, wakacyjne poranki zdarzyło ci się śledzić serial bądź film o przygodach Poldka i Dudusia. I nie ma w tym nic złego, bo pasjonująca podróż nad morze tych dwóch urwisów to całkiem niezła rozrywka. Można jedynie pozazdrościć fantazji.

Ich noce (1934)

Advertisement

Kino drogi jako takie pojawiło się co prawda w latach sześćdziesiątych, wyrażając panujące nastroje społeczne i obrazując zbuntowaną młodzież, która bez zbędnego marudzenia ruszyła w podróż w poszukiwaniu szczęścia i wolności, jednak nie oznacza to, że wcześniej nie robiło się takich filmów. Choć Ich noce Franka Capry są przednią komedią romantyczną, nie sposób pominąć tu okoliczności, w jakich mają miejsce najważniejsze wydarzenia filmu. Zadziorna i buntownicza Ellie nie umie pogodzić się z decyzją ojca, który nie akceptuje jej wybranka – Kinga (Jameson Thomas). W pogoni za miłością wyrusza więc do Nowego Jorku, spotykając na swojej drodze liczącego na niezły temat, cynicznego dziennikarza, Petera, który stawia jej ultimatum: jadą razem lub doniesie na Ellie jej ojcu. Tak rozpoczyna się pełna gagów i zbiegów okoliczności podróż, podczas której – w myśl zasady „kto się czubi, ten się lubi” – ścierają się dwa charaktery.

Zamiast rozpływać się nad nagrodzoną pięcioma Oscarami w najważniejszych kategoriach (pierwszy z trzech zdobywców Oscarowego Pokera w historii!) produkcją, która pozwoliła wypłynąć Clarkowi Gable’owi i Claudette Colbert na szerokie wody, po prostu odeślę was do recenzji oraz zachęcę do seansu.

Advertisement

Beavis i Butt-Head zaliczają Amerykę (1996)

Borat miał być jedyną pozycją, której lekkość i przyjemność nietrudno będzie podważyć, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać. Pełnometrażowy spin-off kultowego już serialu Mike’a Judge’a, którego powstanie zawdzięczamy złotym latom MTV, to dość nieoczekiwana i – jak można się domyślić – do granic możliwości absurdalna podróż naszych dwóch niezbyt rozgarniętych bohaterów przez Stany Zjednoczone. Zaczyna się niewinnie: podczas drzemki ktoś kradnie Beavisowi i Butt-Headowi telewizor, ci zaś ruszają na jego poszukiwania, w międzyczasie wplątując się w spisek i zdobywając dwie nominacje od Złotych Malin.

Można się spierać, czy film jest lepszy od serialu, czy może nie dorasta mu do pięt, ale pewne jest jedno: taka historia mogła powstać tylko i wyłącznie w głowie twórcy Życia biurowegoIdiokracjiDoliny krzemowej.

Advertisement

The Blues Brothers (1980)

The Blues Brothers jest jedną z tych produkcji, jakie bez wahania dopisałbym do listy filmów, które mnie ukształtowały. Co prawda nie noszę na co dzień stylowego garnituru, rzadko zakładam okulary, a kapelusza nie posiadam w ogóle, w życiu też nie będę w stanie wykonać takiego scatu, jak Elwood podczas śpiewania Rubber Biscuit, ale łączę się z Jakiem w nienawiści do nazistów z Illinois, a każdy muzyczny element filmu po prostu uwielbiam! Droga jest tu równie ważna, co plejada gwiazd jazzu, soul i bluesa, która przewija się w jej trakcie, wykonując niezapomniane kawałki. Nic tylko oglądać i śpiewać razem z nimi.

Advertisement

Sekretne życie Waltera Mitty (1947/2013)

Z tym tytułem zawsze mam jeden problem: nie jestem w stanie stwierdzić, która z wersji jest lepsza. Zarówno oryginał w reżyserii Normana Z. McLeoda (Małpi interesKońskie pióra), jak i niedawny remake Bena Stillera, który wcielił się także w tytułową postać, mają swoje plusy i minusy. Napisana przez Jamesa Thurbera w latach trzydziestych ubiegłego wieku historia marzyciela, który zdecydowanie za często próbuje uciekać od swego nudnego życia wprost do krainy fantazji, jest mi wyjątkowo bliska, a jeśli dodamy do tego ciekawy soundtrack na czele ze Space Oddity Davida Bowie’ego, jestem w stanie wybaczyć Stillerowi przesadne uwspółcześnienie i spłycenie fabuły, którą w gruncie rzeczy sprowadzono do wątku miłosnego.

Prosta historia (1999)

Advertisement

Na koniec film, bez którego nie wyobrażam sobie tej listy. Niby Prosta historia nie jest produkcją rozrywkową – wręcz przeciwnie, na widok staruszka, który postanawia na traktorku (a właściwie kosiarce) przejechać kilkaset kilometrów, by pogodzić się z chorym bratem, trudno nie zacząć zastanawiać się nad sensem ludzkiej egzystencji, ale mimo wszystko zawsze wyczuwam w tym filmie olbrzymią dawkę pozytywnych emocji, które zastępują mi wszelkie śmich-chichy.

Tym bardziej że mowa przecież o czymś, co wydarzyła się naprawdę! I choć Prosta historia nie jest najgłośniejszym z tytułów w dorobku Davida Lyncha, warto poświęcić mu te niespełna dwie godziny, a potem samemu ruszyć tyłek z kanapy i udać się we własną drogę, najlepiej, by odwiedzić kogoś bliskiego.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *