Recenzje
W IMIĘ OJCA. Prawo żywi się zbrodnią jak pluskwa krwią
W IMIĘ OJCA to emocjonująca opowieść o błędach wymiaru sprawiedliwości, ukazująca złożoność ludzkiej natury i systemu prawnego.
Gdyby tak prawo stanowione znów przestało istnieć, a rodzaj ludzki cofnął się do przebóstwionej natury, czy nasza bezcenna kultura faktycznie by upadła? Od zarania wpaja się nam stosy zasad, lecz w praktyce późniejszego życia udaje się nam przestrzegać zaledwie kilku podstawowych. Inne łamiemy notorycznie w myślach. W realnym życiu zbytnio się obawiamy kary. W imię ojca Jima Sheridana to nie tylko biograficzna historia pomyłki brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, lecz także wybitnie analityczny film ukazujący, na czym zasadza się system prawodawczy jako taki – niezależnie od państwa i ustroju.
Definiuje go i pasie zbrodnia dokonywana faktycznie albo teoretyczna jej możliwość. Winny i tak musi zostać znaleziony, inaczej system nie będzie miał racji bytu, a wtedy ludzie go tworzący staną się niepotrzebni. Nie ma nic gorszego niż nie być przydatnym.
Kto jest winny, a kto nie popełnił zbrodni, wydaje się zatem sprawą drugorzędną. Równocześnie chęć bycia potrzebnym zupełnie nie dotyczy głównego bohatera filmu W imię ojca, Gerry’ego Conlona (Daniel Day-Lewis). Co obchodzi drobnego złodzieja, lekkoducha, którego interesuje tylko ćpanie i seks, jakiś tam konflikt nie wiadomo o co między IRA a Wielką Brytanią? Taki właśnie człowiek, bez perspektyw, bez kontaktów, niewyrobiony w układach rządzących dwulicowym światem, wydaje się doskonałym narzędziem dla polepszenia statystyk. Nie ma żadnej logiki w takim operacyjnym postępowaniu ani policji, ani prokuratury, bo nikt w tym przypadku jej nie wymagał.
Wręcz przeciwnie. Nadrzędnym celem systemu było najpierw wykreowanie, a później podtrzymywanie w społecznej świadomości wizerunku Irlandczyka-katolika jako współczesnej czarownicy – publicznego wroga, którego istnienie usprawiedliwia akty terroru dokonywane przez Anglików w Irlandii Północnej. Oczywiście jest i druga strona (IRA), równie skutecznie umywająca ręce od sprawy Conlonów. I po co to wszystko, można się zastanowić? Współcześnie znów coś zaczyna się dziać na linii Irlandia Północna – Wielka Brytania. Czy nie daje do myślenia powiązanie między reaktywacją konfliktu o Ulster a Brexitem? Przypomnę tylko, że znakomita większość mieszkańców Irlandii Północnej była za pozostaniem w Unii. Czyżby nieco rozleniwiony od czasu porozumienia wielkopiątkowego w 1998 roku system politycznych zależności i sporów znów miał ochotę na trochę smakowitej i zyskownej wojny?
W powyższym kontekście film Sheridana jest niemal jak fabularyzowany zapis dokumentalny. Nieważne jest przy tym to, że zawiera mnóstwo luk i zmian w historii sprawy Conlona wprowadzonych po to, żeby zachować interesującą formę dzieła kinematograficznego. Kluczowe są jednak samo jego powstanie, sukces i rozgłos, który zdobyło na całym świecie. Niemała w tym zasługa Daniela Day-Lewisa i partnerującego mu w roli jego ojca Giuseppe Pete’a Postlethwaite’a. Ich naprawdę artystyczna gra aktorska, przypominająca nieco spotkanie dwóch wielkich osobowości w pozbawionym publiki, opuszczonym teatrze, pokazuje, że żaden stworzony przez ludzi system opresji nie ustrzeże się błędów, chociaż swoje ofiary skutecznie łamać umie.
Nie zapominam również o Emmie Thompson. Należą się jej wyrazy uznania za oszczędność środków aktorskiego wyrazu, za pomocą których przekazała ogromną dawkę emocji. Jak widać, da się bez kompulsywnych wrzasków.
Z końcowych napisów w filmie Sheridana możemy przeczytać, że Gerry ma się dobrze i prowadzi spełnione życie. Dzisiaj, w 2018 roku, już wiemy, że nigdy nie powrócił do społeczeństwa jako normalny jego członek. A może inaczej, bo co to za szczęście być „normalnym” członkiem stada, gdy szukało się przez całą młodość nieskrępowanej wolności. Gerry nigdy potem nie był już szczęśliwym człowiekiem, a namiastek przyjemności szukał w alkoholu, narkotykach i samobójstwie. Zmarł w 2014 roku na raka w wieku 60 lat. Politycy, wielkie pieniądze i układy jednak wygrały. Żadni prokuratorzy ani policjanci odpowiedzialni za tragedię w sprawie Conlonów i ich przyjaciół nie ponieśli konsekwencji.
Produkcja W imię ojca to kolejne spotkanie na planie filmowym reżysera Jima Sheridana i aktora Daniela Day-Lewisa. Powinno zatem wyjść z tego coś, co wpisze się w historię kinematografii XX wieku. Ich poprzedni film, Moja lewa stopa, takim się okazał. Szczególnie jednak na tej fali warto nie ulegać emocjom przy ocenie tego, jak to określają niektórzy krytycy, dramatu sądowego. Film nie jest pozbawiony wad i grania na emocjach pod publiczkę.
W porównaniu z Moją lewą stopą dzieło Sheridana wydaje się spójniejsze, lepiej zmontowane, wzbogacone pełną ideologicznych wtrętów muzyką, lecz z równie przesłodzonym zakończeniem. Z wad – to przede wszystkim zbytni patos w zaprezentowaniu procesu Gerry’ego oraz jego rodziny. Na sali sądowej za dużo się go wkradło, co jednak aż tak nie przeszkadza właśnie dlatego, że Sheridan nie chciał zrobić amerykańskiej wizji owego dramatu rozgrywającego się głównie na sali rozpraw. Dzięki wprowadzeniu rozbudowanych elementów sensacyjnych (wątek Belfastu i życia w więzieniu) film nie nudzi zawiłością prawniczych wątków, a wciąga widza w historię przetrwania zwykłych ludzi, którzy, co brzmi może zbyt górnolotnie, walczą o prawdę.
Prawda w tym sensie jest zgodnością z faktami, a nie jakąkolwiek ideologią. Katolicy mogą nie lubić anglikanów i odwrotnie, a ateiści mogą żywić to samo uczucie wobec całej reszty towarzystwa skłonnego do klękania przed jakąś wizją Boga. Żadnej z tych grup to nielubienie, nienawiść albo chęć zemsty nie dają jednak legitymacji do wykorzystania prawa, żeby wykreować sztuczny i kłamliwy wizerunek przeciwnika w celach wyłącznie politycznych. O tym zdaje się być film Sheridana. To piętnuje, ale jednocześnie nie skupia się na analizie, kto pierwszy zaczął, czy IRA, czy Anglicy.
Dociekanie tego typu nie ma sensu z punktu widzenia kinematografii. Dopiero to my, widzowie, możemy sięgnąć po książki historyczne i przeanalizować, co się stało setki lat temu, jeszcze w XVI wieku, w relacjach katolickich Irlandczyków z protestanckimi Anglikami, czego pokłosiem był konflikt o Irlandię Północną (m.in. powstanie wielkanocne), dość ułomnie rozwiązany w 1921 roku podziałem terytorialnym, który niefortunnie dla przyszłości regionu zrównał granice państwowe z podziałem religijnym i etnicznym.
„Pomóż mi!” – to ostatnie słowa Gerry’ego skierowane do ojca. Gerry zostaje wyprowadzony z sali rozpraw z wyrokiem dożywotniego więzienia za coś, czego nie zrobił. Nikt z nas nie jest w stanie wyobrazić sobie gniewu i strachu, które zapanowały w umyśle tak osądzonego człowieka. W tej rozpaczliwej sytuacji pozostał mu jedynie ojciec – ta biologicznie zaprogramowana potrzeba schowania się w ramionach tego, który powołał go do życia i którego archetyp zapisany w katolickiej ideologii wyznawanej przez Irlandczyków jest tak wszechpotężny. Nie tym razem. W konfrontacji z mechanicznie działającym systemem prawa przegrywają zarówno człowiek, jak i jego wizja boskiej prawdy.
Świat od setek lat tworzy prawa, kodeksy, nieustępliwie walczy ze zbrodnią. Walka ta jednak niezbyt się udaje, skoro więzienia są pełne. Porażką wymiaru sprawiedliwości jest odwieczne skupianie się na wymyślaniu stosownej kary oraz jej wykonaniu zamiast na poszukiwaniach realnych przyczyn niezmiennego od lat stanu rzeczy, czyli odpowiedzi na pytania: Dlaczego ludzie popełniają czyny uznane za przestępstwa? Oraz: Czy istnieją jakieś ponadczasowe kryteria uznawania danych zachowań człowieka za złe bądź dobre?
Od epoki starożytnego Rzymu, czyli przez całkiem długi czas, wykształcił się homeostatyczny system współpracy między przestępcami, policją a sądami. Szeregowi uczestnicy tej „zabawy” raczej nie są świadomi, że biorą udział w projekcie na skalę światową. Gdyby teraz ludzie niebędący członkami systemu nagle doznali jakiegoś boskiego oświecenia i przestali łamać prawo, nastąpiłaby rewolucja, a przestępcami staliby się ci, którzy obecnie stoją na straży porządku. Nie wytrzymaliby bycia nieprzydatnymi. A wszystko to przez to, że tę skomplikowaną kodeksową machinę, która ma nas chronić przed ludzkim złem, obsługują właśnie ludzie.
Gerry Conlon (poniżej na zdjęciu) jest więc nieuniknioną ofiarą złożoną na ołtarzu utrzymania politycznego, religijnego i etnicznego status quo. Jeśli faktycznie sądzimy, że w jakimkolwiek ustroju państwowym jednostka się liczy, to tak jakbyśmy wierzyli, że uda się nam w XXI wieku założyć hippisowską komunę na Marsie.
