Connect with us

Publicystyka filmowa

PAN DOŁU, czyli Jego Wysokość Szatan w kinie

W filmie PAN DOŁU, czyli Jego Wysokość Szatan, zgłębiamy istotę Odwiecznego Przeciwnika w dobie cyfrowej, stawiając pytania o sens i emocje.

Published

on

Czy zgłębianie istoty Odwiecznego Przeciwnika ludzkości ma jeszcze sens w epoce Internetu, erze cyfrowego przekazu, genetyki wyposażającej ludzi w niemal boskie możliwości czy broni jądrowej, dzięki której można, używając symbolicznego czerwonego przycisku, obrócić w perzynę życie na naszej planecie? Czy postać Szatana budzi jeszcze jakieś emocje, czy może stała się jedynie niewiele znaczącym symbolem, wirtualnym straszakiem stanowiącym przeciwwagę dla Nieomylnego i kojarzonym głównie z groteskowym wizerunkiem rodem z „Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga?

Advertisement

Odnoszę wrażenie, że przy obecnych, wciąż rosnących możliwościach ludzkości, postać Pana Ciemności jakby zbladła, zapadła się w sobie i skurczyła, ustępując miejsca znacznie bliższym w ogólnym pojęciu zagrożeniom: wojnom w rozmaitych punktach zapalnych naszego globu, chorobom cywilizacyjnym, terroryzmowi. A i w kinie pojawia się ostatnio jakby rzadziej. Czyżby jedna z najbardziej „nośnych” i atrakcyjnych dramaturgicznie postaci – bohaterów twórczości filmowej odchodziła do lamusa historii, podobnie jak bohaterowie westernów, film noir czy aktorzy kina akcji lat 80-tych? Prawdziwy to dla Szlachetnie Urodzonego afront, niegodny bynajmniej postaci tego kalibru i tak dla kina (i nie tylko) zasłużonej.

Sąd Ostateczny

„Sąd Ostateczny”, obraz Hansa Memlinga, ukończony w 1471 roku

Nie jest celem niniejszego tekstu analiza Jego wpływu na twórczość filmową od czasu braci Lumiere, choć bez wątpienia znaleźliby się tacy, którzy nie widzieliby powstania wielu mniej lub bardziej godnych uwagi dzieł wielkiego ekranu bez Jego udziału. Swoją drogą taka analiza mogłaby się okazać niezwykle interesująca.

Być może któryś z moich klubowych kolegów bądź koleżanek podejmie się ryzyka stworzenia czego podobnego. Kto wie? Ale ad rem. Szatan jako bohater filmowych opowieści, wbrew wygłaszanym gdzieniegdzie złośliwym opiniom przedstawicieli wrogiego obozu, cieszył się całkiem sporym wzięciem również wśród aktorów. Nie można nie wymienić tutaj takich tuzów ekranu, którzy zdecydowali się służyć Mu swoją cielesną powłoką, jak: Robert De Niro, Al Pacino, Gabriel Byrne czy szczególnie ostatnio popularny Viggo Mortensen. Co warte szczególnej uwagi, niezwykle rzadko zdarzało się, żeby twórcy filmu obdarzali Go cechami, jakie zazwyczaj są Mu przypisywane przez wierzenia ludowe lub utarte schematy rozpowszechniane przez rzeczników Góry. Weźmy na warsztat choćby tych już wymienionych.

Advertisement
Kadr z filmu "I stanie się koniec"

Gabriel Byrne w filmie I stanie się koniec

Na początek tej doborowej stawki Gabriel Byrne, który pojawił się w wyjątkowo kiepskim filmidle, End of Days. Jego gwiazdą (mocno i tak przez Byrne’a przyćmioną, co, zważywszy na różnicę aktorskiej klasy, nie dziwi) był obecny gubernator-elekt Kalifornii, Arnold Schwarzenegger. To chyba jeden z nielicznych przypadków, w którym nasz Bohater (w wykonaniu Byrne’a właśnie) sprawia wrażenie gotowego na wszystko chama, nie pozbawionego jednak pewnego szelmowskiego uroku, który Byrne nawet w tak kuriozalnej otoczce „wygrał” bez zarzutu.

Kadr z filmu "Harry Angel"

Robert De Niro w filmie Harry Angel

Ale gdy spojrzymy już na kreacje Ala Pacino w Devil’s Advocate, a szczególnie Roberta De Niro w Angel Heart, widzimy obraz prawdziwej klasy, charyzmy, która wręcz rozpiera ekran.

Książę Ciemności ukrywający się w filmie Alana Parkera pod wiele mówiącym pseudonimem Louis Cyphre to wyrafinowany arystokrata, przewrotny wielbiciel miejsc religijnego kultu, a jednocześnie chłodny, konsekwentnie dążący do celu piekielny komornik.

Kadr z filmu "Adwokat diabła"

Al Pacino w filmie „Adwokat diabła

Szatan Taylora Hackforda z kolei, używający artystycznego pseudonimu John Milton, to mentor, nauczyciel mamiący żółtodzioba wizją nieskrępowanej wolnej woli, a po trosze kabotyn i efekciarz. To Wielki Orator uwielbiający słuchać własnych wywodów, dowcipniś i pan nocy bez skrępowania uczestniczący w nierzadko perwersyjnych zabawach. Niesłusznie, nawiasem mówiąc, tzw. krytyka filmowa nie doceniła świetnej, trochę przerysowanej i nie stroniącej od groteskowych akcentów roli Ala Pacino.

Kadr z filmu "Armia Boga"

Viggo Mortensen w filmie „Armia Boga

Lekkim nietaktem wydawać się może wymienianie w tak znamienitym towarzystwie aktora, któremu „wielkość”, chyba trochę niezasłużenie (bo rzemieślnik to charyzmy zupełnie pozbawiony), przyniosła doskonała skądinąd saga Petera Jacksona oparta na absolutnie ponadczasowym dziele Tolkiena. Chodzi oczywiście o ulubieńca pań, Viggo Mortensena, którego niemal epizodyczna, a jednak pozostająca w pamięci rola w Armia Boga (filmie, który, aczkolwiek zupełnie przyzwoicie obsadzony, do historii kina raczej nie przejdzie) wydaje się jednym z ciekawszych dokonań w jego dotychczasowej, niezbyt błyskotliwej, karierze.

Czy to sam fakt wcielenia się w postać tak znamienitą dodał mu splendoru, czy może wizja Diabła jako ucieleśnienia wszelkich ludzkich strachów (w tym tych najbardziej dziecinnych, jak „ktoś” czający się pod łóżkiem czy za niedomkniętymi drzwiami sypialni) tak działa na wyobraźnię? Nie wiem. Ale mimo kilku lat od momentu, kiedy ten film obejrzałem po raz pierwszy, właśnie postać Mortensena wysuwa się w mojej pamięci na pierwszy plan.

Advertisement

Kadr z filmu "Dziecko Rosemary"

Zanim jakaś z co bardziej feministycznie nastawionych Szanownych Czytelniczek, które zdołały dotrzeć aż do tego momentu, zarzuci mi, że pole do popisu w szatańskich sferach znalazły również niewiasty, spieszę donieść, że w tej chwili zajmę się właśnie nimi, a na dokładkę dorzucę jeszcze dziecko, a może nawet dwoje do kompletu. Z uwagi na fakt, że w najwybitniejszych dokonaniach filmowych, które Jego Wysokość wzięły sobie za bohatera wiodącego, niebagatelną rolę odegrały właśnie one, nie mogą, rzecz jasna, zostać pominięte. Tak się bowiem złożyło, że bodaj najdoskonalsze dzieło w historii filmu satanicznego ma za bohaterkę kobietę.

Szatan płci żeńskiej? Prowokacja to czy celuloidowa projekcja skrzywdzonej męskiej dumy? Eteryczna Mia Farrow tym razem jednak „tylko” matkuje naszemu bohaterowi w Rosemary’s Baby, bo o tym wybitnym dokonaniu Romana Polańskiego właśnie mowa. W tej ekranizacji bestsellerowej powieci Iry Levina (która, warto wspomnieć, znacząco przerosła literacki pierwowzór), jak wieść gminna niesie zagrał modny wówczas w pewnych kręgach Anton Shandor LaVey, mieniący się samym Czarnym Papieżem. Niestety, wcieliwszy się w postać Ojca dał się tak ucharakteryzować, że do tej pory nikt go w tej kilkusekundowej scenie, w której się pojawia, rozpoznać nie potrafi. Jeśli o mnie chodzi, z dwojga Złego wybieram brzuch Mii Farrow.

Advertisement

Kadr z filmu "Dziewiąte wrota"

Polański po latach wrócił do tematu, który nas interesuje ekranizacją innej powieści, tym razem z europejskiego podwórka. Chodzi oczywiście o Ninth Gate oparty na świetnej książce Arturo Perez-Reverte’a, Klub Dumas. W przeciwieństwie jednak do doskonałego poprzednika, Dziewiąte Wrota nie dorównały jakością pierwszorzędnej prozie pierwowzoru, nawet mimo obsadzenia w roli diablicy samej żony reżysera. Swoją drogą, że też w wizji twórcy tej klasy właśnie Emanuelle Seigner wydała się tą odpowiednią. Choć z drugiej strony, przy takiej Catherine Zecie-Jones dla przykładu Johnny Depp wiele do powiedzenia by nie miał.

Kadr z filmu "Egzorcysta"

Ponownie jednak cofnijmy się w historii filmu lat dwadzieścia kilka. Jest rok 1973, obecny mąż Catherine umawia się z jej matką, a jeden z prawdziwych czarodziejów kina, William Friedkin, kończy pracę nad filmem dla gatunku i jego bohatera przełomowym. Przełomowym, bo bodaj najbardziej ze wszystkich przed nim i po nim docenionym przez krytykę i Amerykańską Akademię Filmową. The Exorcist, bo o nim mowa, stał się dla kina spod znaku odwróconego pentagramu tym, czym, nie przymierzając, Adam Małysz dla polskich skoków – symbolem.

Advertisement

Paradoksem jest to, że zarówno przed nim, jak i po nim nakręcono filmy co najmniej mu dorównujące. Historia jednak chciała, że gdy mowa o horrorze okultystycznym, zazwyczaj jako pierwszy na myśl przychodzi właśnie on. Książę Ciemności jako obiekt swojej fizycznej manifestacji wybrał tym razem kilkunastoletnią Regan, w której rolę wcieliła się Linda Blair. Młodziutka Linda, która, nawiasem mówiąc, powtórzyła swoją rolę w bez porównania słabszej kontynuacji tego klasyka gatunku, nie była jedynym dzieckiem, które dostąpiło tego zaszczytu. Niespełna 3 lata po Egzorcyście na ekrany wchodzi kolejne znaczące dzieło, w którym Antychryst ma odegrać rolę zasadniczą.

Chodzi oczywiście o Omen Richarda Donnera z Damienem – kilkuletnim chłopcem, którego zadanie na naszej smutnej planecie nie jest trudne do odgadnięcia. Swoją drogą Regan i Damien, gdyby inwencja twórców pozwoliła na stworzenie filmu łączącego ich losy (tzw. cross – over), mogliby stworzyć ekranową parę, której łatwo pewnie byśmy nie zapomnieli.

Advertisement

Kadr z filmu "Omen" (1976)

W ten sposób udało mi się zamknąć tę krótką i nad wyraz subiektywną listę różnej klasy dokonań filmowych, które upatrzyły sobie za bohatera Odwiecznego Przeciwnika we własnej szatańskiej osobie. Spojrzenie na ten krótki przegląd tych bardziej lub mniej porywających płodów ludzkiej imaginacji w ostateczności sprowadza nas do nieuniknionej konstatacji. Szatan upostaciowiony w ich wizji obrał sobie za zadanie mniej więcej to, do czego dziś sami jesteśmy zdolni i do czego w sposób nieunikniony dążymy – unicestwienia. Czy to ludziom brakuje wyobraźni, czy Jego istota zwyczajnie wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom? Dlaczego akurat na naszym ziemskim padole Szatan miałby zdobywać tak istotny w naszym mniemaniu przyczółek? Z miliardów planet w miliardach galaktyk właśnie nasz kawałek kosmicznej skały wziął na swój metafizyczny celownik? Mniemanie, jakoby wybrał On właśnie nas, żeby się ujawnić i zdobyć rząd nad naszymi marnymi duszami wydaje się z gruntu, ale bardzo po ludzku, egoistyczne, podyktowane naszym przekonaniem o własnej unikalności. Co jednak, gdy rozważymy nasz czas i miejsce we Wszechświecie? Czy takie stanowisko w skali Uniwersum to aby nie nazbyt duża pewność siebie, by nie powiedzieć zwyczajna bezczelność?

Tekst z archiwum film.org.pl.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *