W ciemność Star Trek - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

W ciemność Star Trek

Typowy sequel, zrobiony według przepisu: więcej, głośniej, dramatyczniej.




Kosmiczne znużenie




Krzysztof Bogumilski
15.05.2013


Zapraszamy do bloga KINOFILIA, gdzie znajdziecie recenzje Tylera Durdena.

Na wstępie muszę coś wyznać. Nie grzeje mnie twórczość J.J.Abramsa, nie rozumiem zachwytów nad jego osobą i nie wydaje mi się, żeby renoma i zaufanie w branży, jakim się cieszy, były adekwatne do jego dotychczasowych dokonań. Inna sprawa, że mocną pozycję w Hollywood zapewnił sobie bardziej sukcesami finansowymi i telewizyjnymi niż wysokim poziomem filmów kinowych. „Super 8”, które najbardziej mi się podobało, było w porządku, ale daleki byłem od histerycznego zachwytu, jaki zapanował wśród recenzentów po premierze. „Mission: Impossible III” jest przyzwoitym patrzydłem, ale niczym ponad to. „Star Trek” natomiast… no cóż, może nie kolejne patrzydło, ale pozostawił mnie zobojętniałym na to, co oglądam.

I to jest chyba największy problem jaki mam z Abramsem. Technicznie jego filmy są świetne, cieszą oczy, mają ciekawe pomysły, scenariuszowo również są nienajgorsze, ale za każdym razem wyłączam się emocjonalnie podczas oglądania. Festiwal kukiełkowy. Co jest dziwne, bo reżyser całkiem sprawnie sobie radzi z nakreślaniem charakterów postaci i to nawet w buzujących akcją fabułach. Umiejętność stworzenia ciekawego bohatera, to jednak dopiero połowa sukcesu, później jeszcze trzeba zdołać zainteresować odbiorcę jego losem. A z tym Abrams radzi już sobie średnio.

Podobnie jest i z jego najnowszym filmem. „W ciemność Star Trek” oszałamia efektami, operuje galerią wyrazistych postaci, ale pozostawia nieczułym na to, co się dzieje na ekranie. Zaczyna się jednak obiecująco, od zachwycającego wizualnie prologu, w którym jesteśmy wrzuceni w sam środek misji załogi Enterprise na jakiejś prymitywnej planecie. Jest dynamicznie, z humorem, z niebanalną kolorystyką i… tak, w sumie z emocjami. I to by było na tyle. Nie następuje to od razu, ale im bliżej końca filmu, tym mniejsze było moje zainteresowanie tym, co oglądam. Chyba problem leży w osadzeniu lwiej części fabuły na dwóch statkach kosmicznych, z których jeden wyglądał jak iStore, a drugi jak iStore okresu kryzysu finansowego. Bohaterowie biegają po tych pojazdach w tą i z powrotem, robią przeskoki w próżni z jednego do drugiego (notabene świetna scena), następnie jeszcze więcej po nich biegają, czasem nimi trochę wstrząśnie, czasem się pomiata, rzucając z jednego końca pomieszczenia na drugi, czasem spadną z jakiś metalowych rusztowań, ale ogólnie to szlajają się cały czas po tej samej scenografii. Fani uniwersum będą pewnie zadowoleni, mnie dramatyczne wstrząsy mostkiem kapitańskim przestały interesować z chwilą zakończenia przygody z serialem „Star Trek: Następne pokolenia”, czyli w okolicach pojawienia się pierwszego zarostu. Po pełnometrażowej fabule oczekiwałbym bardziej zróżnicowanych lokalizacji.

Aktorsko jest różnie. Z zaskoczeniem zauważyłem, że lekko mnie zaczął irytować Chris Pine, któremu bliżej do ruszającego się kartofla, niż do charyzmatycznego, uwodzicielskiego kapitana, za którego próbuje uchodzić. Rozczarowuje również nieco Zachary Quinto, który chyba stracił zainteresowanie postacią. W wielu scenach gra bez przekonania, kontynuuje wprawdzie to, co z powodzeniem wykreował w pierwszej części, ale brakuje już w tym energii. Świetny jest natomiast Benedict Cumberbatch (jako niejaki John Harrison). W dużej mierze jest to rola oparta na świetnie mu już znanej postawie zimnokrwistego, diablo inteligentnego, osobnika o sztywnej postawie, ale nie mniej dobrze się czuje w sekwencjach akcji, gdy może pozwolić sobie na kilka fikołków, jak i podczas okazjonalnych wybuchach gniewu. Wyrazista i zapadająca w pamięci rola.

O pozostałych aktorach, znanych już z pierwszej części, mogę powiedzieć w zasadzie to samo, co o Quinto. Kontynuują to, co zaprezentowali poprzednio, większych powodów do narzekań nie ma, ale brakuje już w tym świeżości, zapału, błyskotliwości. Mnie osobiście taka zachowawczość nieco znużyła. Szczególnie blado zaprezentował się Simon Pegg, który w porównaniu z eksplozją aktorskiej ekspresji, jaką pokazał w zeszłorocznym „A fantastic fear of everything”, wypada niczym własny cień.

O filmie, można w sumie powiedzieć to samo, co o aktorach w nim występujących. To, co najbardziej cieszyło w pierwszej części, czyli powiew świeżości, przewietrzenie zatęchłych pomieszczeń statku Enterprise, odrodzenie tematu, zabawa w reinterpretacje startrekowej mitologii i błyskotliwie wykorzystywanie ikonicznych elementów, tym razem ma już lekko zjełczały posmak. Na większość nawiązań do starych filmów reaguje się wzruszeniem ramion, ujawnienie prawdziwej tożsamości głównego przeciwnika jest twistem na miarę ostatniego Batmana i postaci granej przez Marion Cotillard (czytaj: zaskoczone będą chyba tylko osoby, które przez ostatni rok nie miały dostępu do internetu), rozczarowuje nowy wygląd Klingonów oraz znikoma ilość ekranowego czasu, jaką im poświęcono, brakuje rozmachu scenograficznego i realizacyjnego.

Nie zrozumcie mnie źle, oszałamiających technicznie efektów tutaj w bród, a bohaterowie bynajmniej nie siedzą przez cały film tylko na pokładzie Enterprise. Ale o efektach ciężko powiedzieć coś więcej, jak to, że były wykonane zawodowo. Co z tego, jak brakowało im charakteru. Cały film przedryfowałem, ciesząc oczy cyfrowymi widokami, które natychmiast zapominałem. Zabrakło niestety wyrazistych scenografii. Oprócz wspominanej już, skąpanej w czerwieni planecie z prologu i ładnych (acz mało oryginalnych) futurystycznych ziemskich miastach, w zasadzie nic więcej nie pozostaje w głowie po seansie.

Z rzeczy, które cieszą, należy wymienić delikatne pociągnięcie wątku ze zmodyfikowaną linią czasową, do której doszło w poprzedniej części. Wzorem poprzedniej odsłony, również i na kolejny kawałek Beastie Boys znalazło się miejsce. Fajna, acz nieco niewykorzystana, jest również relacja Harrison-Kirk, rodząca skojarzenia z thrillerem o pewnym doktorze gustującym w ludzkim mięsie. Pomysł jest niestety zaledwie zarysowany przez Abramsa. Pewnym potencjałem dysponowała też kontynuacja wątku trudnej przyjaźni pomiędzy Spockiem a kapitanem Kirkiem, przeplatana uczuciowymi problemami tego pierwszego (okazuje się, że kobiety nie są zachwycone z posiadania obumarłych emocjonalnie partnerów, szok). Ale w sytuacji, gdy odgrywane to było przez nieco zblazowanego aktora i ruszającego się kartofla, bardziej mnie znużyło jak zainteresowało.

Kończąc, chciałbym uspokoić fanów. Jeżeli pierwsza część przypadła wam do gustu, dwójka powinna spełnić oczekiwania. Jest to typowy sequel, zrobiony według przepisu: więcej, głośniej, dramatyczniej. Jest to już uformowany skład Enterprise, więc od razu przechodzi się do rzeczy, bez tracenia czasu na stawianie pionków na planszy i to jest akurat na plus. Brakuje w tym jednak świeżości poprzedniej odsłony, która stanowiła dla mnie podstawową zaletę nowego Star Treka. Bez niej zobaczyłem po prostu kolejnego kolorowego blockbustera, którego zapomnę w mgnieniu oka. Ale przyznaję otwarcie, że Star Trek to już nie moja bajka, czego jestem świadom i osoby wyczekujące premiery również powinny.

Tyler Durden

https://www.facebook.com/pages/Kinofilia/548513951865584






  • Tomasz Kocot

    z tym twistem scenariuszowym a propos Harrisona mogłeś sobie podarować

    • Czemu? Od dawna wiadomo, kogo gra Benedict ;)

      • Widocznie nie wszyscy wiedzą

        • Krzysztof Bogumilski

          Kto nie wie o co chodzi, z tekstu też się tego nie dowie, więc
          nie wiem w czym problem.

          • Tomasz Kocot

            wszyscy się zastanawiali czy to jednak ON czy nie ON, a recenzja to określiła jednoznacznie. Cholera by was wzięła ;)

  • Nie ma jak recenzja pisana przez anty-fana danego reżysera. Nie wierzę w coś takiego jak obiektywizm w danym momencie.

    • Nie antyfana, a nie-miłośnika :)

      • Tia, a świstak siedzi i zawija.

        • Krzysztof Bogumilski

          Po pierwsze, to szczerze, zarówno na początku tekstu jak i
          na końcu, przedstawiłem moje podejście zarówno do Star Treka jak i do Abramsa,
          więc czytelnik wie, na czym stoi.

          Po drugie, nie jestem anty-fanem żadnego reżysera z
          potencjałem, a za takowego uważam Abramsa. Na Star Treka poszedłem z pozytywnym
          nastawieniem, chciałem, żeby mi się to spodobało, a na Star Wars w jego
          wykonaniu i tak czekam.

          Po trzecie, myślałem, że w obiektywne recenzje, tak jak i w
          Św. Mikołaja, wierzą tylko dzieci.

          • Recenzja rozpoczynająca się dość długim wykładem o tym jakim przeciętniakiem jest reżyser a jego obrazy to co najwyżej patrzydła. Nie kupuję tego. Jakoś taką śmiesznością i karykaturą mi to zalatuje.

    • Kris

      Nie ma to jak recenzja „fanboja” danego reżysera. Obiektywizm zagwarantowany. Film zwykle dostaje 12/10 jak jest dobry, a jak trochę gorszy to tylko 10/10.

      • Bingo. Właśnie o to mi chodzi. Na czorta komu recenzje?

  • Mat Blood

    zgadzam się z recenzentem co do Abramsa.

    Film zobaczę dopiero na blureju bo coś czuję, że to taki Iron Man2

  • Dawid Sosin

    ciekaw jestem tego filmu, lubie scifi, tak jakos szczegolnie ;)

  • kartofelek007

    Zgadzam się z przedmówcami. Osobiście wolałbym przeczytać recenzję kogoś kto lubi dany tym filmów. Więcej pozytywnych emocji w recenzjach a nie tylko narzekanie i doszukiwanie się super wysublimowanych przesłań. Jeżeli dany film to nie nasza bajka, moim zdaniem lepiej przekazać tekst komuś innemu. Bo tak to na tym cały portal cierpi.

    • w okolicach premiery pojawi się druga recenzja, tym razem fana JJa. Oczywiście daleka od obiektywizmu, bo i jak :)

  • uważam, że nie należy zamieszczać spojlera z innego filmu, mnie to akurat nie dotyczy, ale może trafić się ktoś kto nie oglądał DKR

  • JJ

    To jakieś kuriozum, że gość nieznoszący Abramsa rezencuje jego film ?!?!

    • Adam

      kuriozum jest perfidny spoiler bez ostrzeżenia a potem zasłanianie się tym że każdy kto się interesował czytał …. no a potem „recenzent” mówi o obiektywizmie i profesjonalizmie

  • a ja dopiero obejrzałem i zapraszam do przeczytanai recenzji u mnie






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Na krańcu świata

Następny tekst

KMF w Cannes. Dzień 0: Oczekiwania



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE