nowości kinowe

Misiaczek

To film dziwaczny, nieszablonowy, eksperymentujący nie tylko na poziomie opowiadanej historii, ale i aktorstwa.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

To nie Ted, ale jest się do czego przytulić

Trening. Dieta. Regeneracja. I samotność. W swojej krótkometrażówce z 2007 roku pt. „Dennis” Mads Matthiesen opowiedział historię tytułowego pakera o szerokości barów jak u szafy trzydrzwiowej. Zrobił to szybko, bez brawury – Dennis pakuje swojego bica, zjada węglowodanowo-proteinowe śniadanie, żegna się z apodyktyczną matką, idzie na randkę, potem trafia na imprezę pełną rozkrzyczanych dziewczyn, które chcą, aby pokazał „taniec klaty”.  Znamy takie z ulicy – przy swoich chłopakach udające, że kręci ich hipsterska grzywa, ale jednak nie mogą się oprzeć dobrze zrobionemu najszerszemu grzbietowi. Dennis robi to wszystko nieporadnie, zupełnie nie wie, jak postępować z kobietami, wraca więc smutny do ciasnego mieszkania, gdzie czeka na niego matka z kolacją.

Nie brzmi imponująco, pewnie niejeden miłośnik męskiego kina oczekiwałby kilkunastu walk w drodze powrotnej, ale ta kameralna opowieść zawiera dużą dawkę prawdziwości, głównie dzięki zoranej bruzdami oraz sportowymi znojami twarzy Kima Kolda – prawdziwego duńskiego kulturysty, który jak na naturszczyka radzi sobie przed ekranem nieźle.

 

Matthiesen, zachęcony ciepłym przyjęciem „Dennisa”, postanowił zrobić film pełnometrażowy. Fabuła „Misiaczka” jest prawie identyczna – trening, dieta, regeneracja, samotność i zaborcza matka. Tym razem jednak Dennis postanawia wyjechać do Tajlandii w poszukiwaniu szczęścia i wielkiej miłości. Dziwny ten krok, bo dbający o tężyznę fizyczną paker powinien domyślać się, że prędzej można przywieźć stamtąd rzeżączkę niż żonę na dobre i złe. Owa podróż ma jednak za zadanie wyrwać kajdany, które Dennis sam sobie nakłada, obudzić w sobie prawdziwego bohatera (temat seks-turystyki staje się w trzecim akcie wcale nie mniej ważny niż cierpienia starego karka). Co z tego, że wygląda niczym Arnold w czasie najlepszych lat, skoro wobec nowo poznanych ludzi i kobiet czuje się bezradny?

Matthieson zabiera nas więc w świat ludzi wyobcowanych, znamy takich z siłowni, sport nigdy nie był dla nich najważniejszy, to tony zżeranych odżywek i łykane według zegarka pigułek witaminowych mają być najszybszą drogą do osiągnięcia społecznego sukcesu. Na szczęście reżyser nie bawi się w psychoanalityka – siłowni nie można demonizować, to miejsce, w którym spotyka się ludzi spracowanych, o twardych poglądach i charakterach, niestety jeden na kilku ćwiczących to właśnie Dennis, napędzany kompleksami, starający się wygrać z czymś, z czym pozornie nie da się zwyciężyć. W życiu zazwyczaj nie jest tak, jak u duńskiego reżysera – zamiast wyrastać na chłopaków „do rany przyłóż”, zaczynają zatruwać świat dookoła, próbując wyważyć wszelkie drzwi za pomocą sztucznie dopompowanych mięśni, w których płynie więcej kreatyny niż krwi.

Toksyczne związki, emocjonalne dyktaty, ciche przyzwolenia na bycie ofiarą losu – galeria dziwacznych postaci jest w misiaczku naprawdę rozbudowana. Śledzenie perypetii Dennisa to wręcz terapeutyczne doznanie dla wszystkich chudzielców, którzy udają, że oglądając mięśnie bohaterów kina akcji, współczują im kuriozalnej anatomii. Współczucie powinno dotyczyć całkiem innych elementów życia pakera, czyli właśnie wspomnianego reżimu treningowego i życia według kulturystycznych tabel. „Misiaczek” wyraźnie sugeruje, że to matka jest głównym powodem zagubienia poczciwego Dennisa, lecz za słabo zaznaczone jest, że mężczyzna – paradoksalnie, szukając wyjścia – sam zamyka się w świecie małych i większych obsesji. Trening, dieta, regeneracja. I powtórzmy to jeszcze raz: trening, dieta, regeneracja, w nieskończoność.

 

Nie sądzę, żeby „Misiaczek” był naprawdę filmem godnym nagrody Off Camera i chociaż to solidne dzieło, mam wrażenie, że to tylko krótkometrażówka wzbogacona o kilkadziesiąt dodatkowych stron w scenariuszu. Często pretekstowych. Już wyróżnienie na festiwalu w Sundance bardziej pasuje do tego działa, bowiem to film dziwaczny, nieszablonowy, eksperymentujący nie tylko na poziomie opowiadanej historii, ale i aktorstwa. Kim Kold jest najjaśniejszym punktem „Misiaczka”, udało mu się wykreować postać dobrodusznego olbrzyma, któremu kibicuje się od początku do końca. Sympatyczny jest ten osiłek, który zamiast napinać się w każdej scenie niczym wilkołaki w „Zmierzchu”, odtrąca zaloty prostytutek z gorącej Tajlandii. I dlatego właśnie, kiedy spotyka kogoś wartego zainteresowania, buzia widza uśmiecha się dobrodusznie. Dobry olbrzymy może jednak zwyciężyć. Jakoś szybko Dennis znajduje wyjście, a przecież widz chciałby zobaczyć go otłuszczonego, porzucającego sztangielki i proteinowego batoniki, lecz – szczęśliwego. Trening. Dieta. Regeneracja. Miłość.

 

Ostatnio dodane