nowości kinowe

LINIA ŻYCIA. Pacjent zmarł

Jeśli plakat horroru jest bardziej niepokojący niż sam film, to coś chyba poszło nie tak.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Remake bez życia

Linia życia sprzed 27 lat to dość specyficzna produkcja. Nigdy nie miałem okazji jej obejrzeć i żeby uniknąć porównywania jednego filmu do drugiego, postanowiłem nie zmieniać tego przed seansem recenzowanego obrazu. Dzieło Joela Schumachera nie odniosło szczególnego sukcesu finansowego ani artystycznego, ale z czasem wśród pewnych grup dorobiło się miana filmu kultowego. Zgodnie ze współczesnym trendem kapitalizowania tęsknoty za latami 80. i 90. postanowiono kontynuować tę historię (przynajmniej w teorii, bo to praktycznie remake). I jasne, wielu zapewne powie, że to kolejny dowód na wypalenie i brak pomysłów w branży filmowej. Nie będę kłócić się z takimi zarzutami, ale bez zastanowienia wybiorę taki remake zamiast następnego nawiedzonego domu i medium porozumiewającego się z demonami. Koncept fabularny Linii życia jest niezwykle interesujący i zdecydowanie stanowi powiew świeżości w gatunku zdominowanym ostatnio przez demoniczne byty i egzorcyzmy. Śmierć kliniczna, powrót do życia i przyniesienie czegoś niezdefiniowanego z zaświatów? Ciekawa odmiana, szkoda tylko, że wykonanie całkowicie zaprzepaszcza potencjał tej historii.

Słuszne obawy budzi już sam początek. Po całkiem intrygującym wstępie zapoznającym nas z bohaterami i ich codziennym życiem w szpitalu, bez żadnego rozbudowanego wprowadzenia przechodzimy do kluczowego momentu – eksperymentu polegającego na zarejestrowaniu zmian psychicznych w mózgu podczas śmierci klinicznej. Nie jest nam dane obserwować, jak główna bohaterka dojrzewa do takiej decyzji, nie wiemy, jak długo eksplorowała ten temat. Postanowienie o poddaniu się takiemu eksperymentowi powinno być ważnym momentem, do którego prowadziłaby zgrabnie zbudowana droga. „Zgrabny” z pewnością nie jest jednak określeniem, na które zasługuje scenariusz nowej Linii życia. Dziwne zmiany w tonacji opowieści, toporne, a czasem wręcz kuriozalne dialogi, postaci nakreślone grubą, kosmatą krechą – nigdy nie będę w stanie zrozumieć, jak takie teksty zostają zatwierdzone jako podstawa do nakręcenia filmu. Jak to możliwe, że ktoś nie złapał się za głowę i nie powiedział chociażby, że postać i kwestie Jamiego (zagranego w sposób wywołujący zgrzytanie zębów) to jedno wielkie nieporozumienie? Widać tu próby nadania bohaterom głębi i do pewnego stopnia wychodzi to w przypadku Raya, ale trudno z tego powodu przymknąć oko na całą resztę. Warto jednak nadmienić, że Ellen Page i Diego Luna (Cassian w Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie) są jednymi z nielicznych światełek w ciemnym tunelu, jakim jest ten film.

Kolejnym plusem jest z pewnością zaskoczenie w postaci losu jednego z kluczowych bohaterów oraz kilka autentycznie niepokojących i klaustrofobicznych scen halucynacji (zwłaszcza na statku). Niestety i ich czar mija, kiedy okazuje się, że nie niosą one za sobą większych konsekwencji dla bohaterów i nic z nich nie wynika. Nie oczekuję bryzgającej krwi i festiwalu śmierci, ale przez zachowawczość filmu i uciekanie się do najbardziej oklepanych form straszenia stosunkowo szybko przestałem odczuwać jakiekolwiek napięcie.

Kurczowe trzymanie się PG-13 i przewidywalne jumpscare'y to choroba tocząca gatunek horroru, a Linia życia jest tego idealnym przykładem.

Pierwsze często jest oznaką przedkładania potencjalnego zysku nad wartość obrazu, a ostatnie to nic więcej, jak brak pomysłu i kreatywności. Jedno i drugie znajduje także swoje odzwierciedlenie w warstwie wizualnej filmu. Wizje nawiedzające bohaterów podczas śmierci klinicznej to przecież pole do nieskrępowanego niczym popisu! Niestety nie ma w nich nic intrygującego czy pogrywającego z oczekiwaniami widza, a jedyne, czym naprawdę straszą, jest kiepskie CGI. Lepiej wypadają wspomniane już sceny z urojeniami, ale to zdecydowanie za mało, żeby można było mówić o sukcesie w budowaniu grozy przez film.

Reżyser niestety zupełnie nie czuje, na czym powinien polegać dobry horror. Niektórych zaskoczyć może fakt, iż odpowiedzialny za tę produkcję jest nagradzany Niels Arden Oplev, znany między innymi z adaptacji Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. W tym filmie zdaje się jednak zupełnie zagubiony. Wiele scen z aktorami jest tak niezgrabnych, że można pomyśleć, że kręcono je tylko raz i niezależnie od uzyskanego rezultatu przechodzono dalej. Dziwne efekty zwolnionego tempa i momentami kompletnie dziwaczny montaż każą się zastanawiać, co poszło nie tak podczas produkcji i dlaczego nikt tego nie powstrzymał. Szkoda, bo ta historia miała naprawdę duży potencjał i bardziej kompetentni twórcy mogliby przerazić nas prawdziwie niepokojącym i niejednoznacznym filmem. Rzeczywisty efekt pozbawiony jest jednak pomysłu, realizacyjnej sprawności i – uwaga, uwaga – życia.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane